CL 1: Przed wyprawą do Chile
Iza Sapuła
Ze zdwojoną intensywnością ruszyły przygotowania do wyprawy. Nasz samolot wystartuje 1 listopada zabierając nas do Chile, kraju pełnego kontrastów, gdzie najbardziej suche miejsce na świecie spotyka się z oceanem, kraju, który ze wchodu na zachód można przemierzyć w kilka godzin ale z północy na południe potrzebne już będzie kilka dni. Nasza wyprawa przez miesiąc poruszać się będzie po najbardziej suchym i nieprzyjaznym miejscu na świecie, po Atakamie, gdzie amplituda temperatur między dniem i nocą jest ogromna, gdzie łatwiej znaleźć garść soli niż łyk czystej, słodkiej wody, ale też gdzie wzbijające się do lotu flamingi, wschody i zachody słońca sprawiają, że każdy podróżnik chciałby na zawsze zapamiętać takie chwile w niezmienionej postaci.
Uczestnicy:
Jarosław Łączka Z zawodu psycholog, z zamiłowania oceanograf, który jeszcze bardziej niż ocean ukochał góry. Podróżnicza pasja towarzyszyła mu od dzieciństwa, początkowo głównie w planach, teraz od kilku lat skutecznie realizuje swoje plany i marzenia. Z podróżniczą pasją ramię w ramię kroczy fotografia. Wiele krajobrazowych zdjęć z wypraw w których uczestniczy Jarek jest właśnie jego autorstwa. Marzenia prowadzą go na szczyt Elbrusa 5642 m npm w sierpniu 2002 roku, tego samego roku w grudniu staje na szczycie najwyższego na świecie czynnego wulkanu Cotopaxi 5897 m npm w Ekwadorze. W 2003 roku bierze udział w wyprawie na górę swoich marzeń, Alpamayo w Peru 5947 m npm. Do dziś twierdzi, że to jedna z najpiękniejszych gór świata. W marcu 2004 roku wyjeżdża w samotną podróż po Borneo. Dziel tam czas pomiędzy góry a w szczególności Kinabalu 4095 mnpm a nurkowanie. Tego samego roku uczestniczy w wyprawie na Pik Lenina 7100 mnpm w Kirgistanie. Jarek, to „mózg” wyprawy do Chile. Z nadzwyczajną konsekwencją zaplanował każdy krok tego wyjazdu. Z sobie tylko zrozumiałym uporem, często nocami zdobywał niezbędne informacje. Liczymy na to, że jego upór pozwoli zrealizować pełen plan wyprawy.
Leszek Rybarczyk Entuzjasta, pełen energii i optymizmu miłośnik samochodów terenowych. Instruktor narciarstwa, który każdą wolną chwile spędza aktywnie, ostatnio najczęściej wędrując po bezdrożach swoim wojskowym Czapajewem. W 1999 roku uczestniczy w samochodowej wyprawie do Maroka gdzie staje na szczycie Jebel Tubkal i zjeżdża z niego na nartach. W 2000 roku jedzie do Bangladeszu i Nepalu gdzie wspina się na sześciotysięczne szczyty. W 2001 roku rowerem, podróżuje po Gwinei a w 2003 uczestniczy w spływie katamaranem górska rzeka Czeremosz na Ukrainie. Początek 2004 roku to podróż do Azji południowo - wschodniej. Podczas tej podróży odwiedza Hong-Kong, Macau, Wietnam i Kambodżę. Dziś z fascynacją opowiada o wędrówkach po dżungli, zagubionych tam świątyniach i penetracji podziemnych kanałów Vietcongu. Przełom 2004/2005 spędza w Afryce. W ciągu niecałych 2 miesięcy pokonuje 12 0000 km samochodem przez Saharę i dociera do Zatoki Gwinejskiej. Podróżuje przez Maroko, Mauretanię, Mali, Burkina Faso, Togo i Ghanę. Leszek, to nawigator podczas wyprawy do Chile. Jego techniczna wiedza i umiejętności oraz doświadczenie w poruszaniu się po bezdrożach pustyni okażą się bezcenne podczas wędrówki po mało przyjaznej Atacamie.
Izabella Sapuła Psycholog, niepoprawny pasjonat który kocha góry, podróże, konie i fotografię. Swą przygodę w górach wysokich rozpoczyna w 2002 roku na Kaukazie od zdobycia najwyższego szczytu Europy, Elbrusa 5642 m npm. Jeszcze w tym samym roku bierze udział w wyprawie do Ekwadoru, podczas której staje na szczycie najwyższego na świecie czynnego wulkanu Cotopaxi 5897 m npm. Wyprawa do Ekwadoru owocuje wielką fascynującą Ameryka Południową. Jak sama mówi, w Ekwadorze zostawiła kawałek swojej duszy. Rok 2003 to udział w wyprawie na Alpamayo 5947 m npm w Cordyliera Blanca w Peru. Niedługo potem upór i konsekwencja prowadza ją ponownie do Ekwadoru (tym razem samotnie), by stanąć na szczycie Chimborazo (6310 m npm), którego zdobycie rok wcześniej uniemożliwiła choroba. W roku 2004 uczestniczy w wyprawie na Pik Lenina w Kirgistanie. Łatwość w nawiązywaniu kontaktów i otwartość w naturalny sposób czynią ja idealnym specjalistą od kontaktów międzyludzkich i międzykulturowych, oraz gwarantują pozostałym uczestnikom wyprawy, że oprócz gór i pustyni dostrzegą również interesującą kulturę i ciekawych ludzi. To Iza załatwia większość spraw związanych z bezpośrednim kontaktem z ludźmi: począwszy od pozwoleń na wspinaczkę w ministerstwie turystyki aż po „aguardiente” u Indian.
CL 2: Pierwsze dni w Ameryce Południowej

Jesteśmy w San Pedro de Atacama. 14 godzin w samolocie, później 23 w autobusie do Calamy i tam mocno zaczęła się nasza przygoda, bo ukradziono nam jeden plecak. Ubrania jakoś przeżyjemy. Gorzej, że zaginęła część sprzętu w góry. Na szczęście dobry nastrój opuścił nas tylko na chwilę i teraz realizujemy nasze plany. Ze względu na brak namiotu musimy zmienić plan aklimatyzacji. Licancabura w Boliwii - wulkany Lascar i Sairecabur, reszta wyprawy na razie bez zmian: San Pedro De Atacama - do San Padro dotarliśmy o północy, ale piękno tej oazy ukazał nam w całości dopiero słoneczny poranek. Wąskie uliczki, domki budowane z suszonej na słońcu cegły, cudowny kościółek, w którym wszystkie symbole wiary są kolorowe i radosne. Na głównym placu, pośród budowli z białej cegły, rosną zielone palmy a horyzont zamykają ośnieżone wulkany. 2,5 - tysięczne miasteczko tętni życiem do późnych godzin nocnych, oczywiście poza południową sjestą. Dziś wyruszyliśmy zobaczyć największy w Chile Salar de Atacama oraz Laguny Chaxa, Miscanti i Miniques. W środku ogromnego Salaru znajduje się laguna Chaxa. Miliony lat temu był tu Ocean Spokojny. Po wypiętrzeniu łańcucha gór Domeyki (to pierwsze polskie nazwisko spotkane na Atacamie) cześć słonych wód została zamknięta w niecce pomiędzy tym łańcuchem a Andami. Wielkie jezioro zaczęło parować. Można tu znaleźć bogate złoża litu, saletry no i soli. Dziś lagunę Chaxa zamieszkują flamingi. Nad Salarem górują wulkany: Licancabur, Juriques i Lascar. Od zachodu horyzont zamyka Cerro Quimal. Góry te łączy legenda powtarzana przez Atacamenos. Licancabur i Juriques byli przyjaciółmi. Oprócz przyjaźni łączyła ich też miłość do tej samej kobiety, Quimal. Qimal odwzajemniała miłość do Juriquesa, ale to Licancabur poprosił jej ojca - Lascar - o jej rękę. Lascar oddał córkę Licancaburowi. W noc poślubną Licancabur dowiedział się, że Oimal jest w ciąży z Juriquesem. Jej ojciec, Lascar, był w tak wielkim gniewie, że podmuchem ognia obciął głowę Juriquesowi. Na uwagę zasługuje fakt, że do dziś Lascar to jeden z bardziej aktywnych wulkanów. Jak każda miłosna historia i ta ma swoje szczęśliwe zakończenie. Każdego dnia o świcie Juriques rzuca swój cień na Quimal, a Qimal dotyka swym cieniem Juriquesa z każdym zachodem słońca. I tym sposobem kochankowie po dziś dzień są razem. Laguna Miscanti i Miniques rozciągają się u stóp wulkanów o tych samych nazwach i są jednymi z piękniejszych lagun na Atacamie. Spacer nad ich błękitnymi wodami, pośród ośnieżonych wulkanów, to prawdziwa przyjemność, o ile o wysokości 4100 m n.p.m. nie przypomni nam ból głowy. Rada dla wybierających się do Chile Zanim przyjedziesz do tego ciekawego kraju weź kilka lekcji hiszpańskiego. Im więcej - tym lepiej.

CL 3: Na skraju Salar de Atacama
Jesteśmy tu już tydzień i powoli przyzwyczajamy się do tego, że wszędzie pełno jest piasku i kurzu. W ostatnich dniach odwiedziliśmy dwie małe miejscowości leżące na skraju Salaru de Atacama - Socaire i Toconao. Szczególnie ta ostatnia miejscowość zasługuje na kilka słów opisu. Toconao to najbardziej zielona oaza w środkowej części Atacamy. Co oczywiste, zawdzięcza to wodzie a w szczególności jej umiejętnemu wykorzystaniu. Jej mieszkańcy podzielili wioskę na część mieszkalną i uprawną. Dzięki systemowi kanałów z grodziami mieszkańcy z dużą dyscypliną dzielą się wodą. W oazie tej spotkać można różnego rodzaju warzywa a nawet drzewa owocowe: pomarańcze, figi, śliwki, gruszki, jabłka itp. Rośnie tam też kilka rodzimych gatunków, których nazw nie sposób zapamiętać.

Aby zobaczyć gejzery El Tatio wstaliśmy o 3 rano. Mordercza godzina, ale było warto, gdyż na 6 rano przypada ich największa aktywność. Gejzery znajdują się na wysokości 4300 m n.p.m. Pole gejzerów to zerodowana przez gorącą wodę powierzchnia. Chłodne wody gruntowe ogrzewane są przez skały, które z kolei ogrzewa lawa wulkaniczna. Wzrastające w ziemi ciśnienie wyrzuca obłoki pary i strumienie gorącej wody, czasem na wysokość kilku metrów. Spływająca z kraterów zasolona i pełna minerałów woda tworzy rzekę Rio Salto, która po 50 km wpada do Rio Loa. Niesamowite jest wrażenie, kiedy na wysokości ponad 4000 m, w mrozie, o wschodzie słońca, obserwować można eksplozje pary i gorącej wody. Jeden z większych gejzerów nosi nazwę Frances, co zawdzięcza mrocznej sławie mordercy. Trzy lata temu francuski turysta podszedł zbyt blisko krateru, krucha krawędź załamała się i wpadł do wody o temperaturze 90C. Wschody słońca towarzyszą wyjazdom na gejzery El Tatio, natomiast zachody najlepiej ogladać w Cordyliera Del Sal, która rozciąga się na zachód od Salaru. Znajdują się tam słynne doliny Valle de la Muerte (Dolina Śmierci) i Valle de la Luna (Dolina Księżycowa). Tajemniczo i groźnie brzmiąca nazwa Dolina Śmierci ma swoją banalną historię. Zasłużony dla San Pedro de Atacama belgijski duchowny, ojciec Gustawo La Paige, wędrując po okolicy nazwał dolinę "marte". Nic niemówiąca mieszkańcom Atacamy nazwa, skojarzyła się z "muerte" i tak powstała Dolina Śmierci. Obie doliny to cudowne krajobrazy powstałe w wyniku działalności wiatru i specyficznych warunków klimatycznych. Składają się głównie z czerwono - brązowych skał i piasku i łudząco przypominają widziane na filmach krajobrazy z księżyca i Marsa.

CL 4: Kradzież i wulkan Lascar
07.11.2005 W związku z kradzieżą naszego plecaka musieliśmy pojechać dziś do Calamy na policję. Zaraz po kradzieży spisano raport na posterunku w San Pedro. Tam też dostaliśmy kartkę z datą, godziną i adresem, gdzie mamy stawić się w poniedziałek. Wybraliśmy się do Calamy, odnaleźliśmy posterunek i… usłyszeliśmy, że ten posterunek to nie jest miejsce, które zajmuje się kradzieżami. Z ogromną uprzejmością i zaangażowaniem wskazano nam kolejny adres, pod którym możemy załatwić swoją sprawę. Po chwili poszukiwań dotarliśmy pod wskazany adres. Po godzinie oczekiwania wreszcie naszedł czas na "nasz numer". Pani zapytała czy mamy tylko jeden dokument, co zasugerowało nam, że czegoś nam brakuje. Zatem pani zadzwoniła na posterunek w San Pedro, kilkakrotnie ją przełączano do innych osób, by wreszcie usłyszeć, że nie ma kopii naszego raportu. Gdzieś zaginęła. Oczywiście zapewniono nas znowu z ogromną uprzejmością, że policja z San Pedro właśnie szuka tego dokumentu i jak tylko go znajdzie to… oddzwoni do Calamy. Mamy tylko poczekać. Czekaliśmy pierwszą godzinę... i drugą. Po długim czekaniu, tym razem bez kolejki, podeszliśmy do "pani w okienku", aby zapytać, jakie są szanse, że policja z San Pedro zadzwoni i co się stanie, jeśli nie złożymy doniesienia. Dopiero wtedy usłyszeliśmy, że przypadki kradzieży są dość częste, nigdy nie znajduje się zagubionych rzeczy a jeśli nie złożymy doniesienia, to nic się nie stanie, bo przypadek tej kradzieży jeszcze tak naprawdę nigdzie nie zaistniał. Szczerze mówiąc nie wiem czy jest szansa, aby zaistniał nawet po złożeniu doniesienia, jeśli raporty giną... Zastanawiam się nad olbrzymią uprzejmością ludzi z Chile. Wszyscy są tu bardzo mili i otwarci (poza kradzieżą plecaka mamy same miłe doświadczenia). Wszyscy interesują się z ogromnym zaangażowaniem tobą i twoimi problemami. Jak się jednak okazuje, kiedy przychodzi do konkretów w załatwianiu różnych spraw, albo podano nam zły adres, albo zgubiono raport na którego pisanie straciliśmy pół dnia itp. Pamiętam, że Wojciech Cejrowski pisał, że w którymś z państw Ameryki Południowej notorycznie był okłamywany. Wszyscy z ogromną uprzejmością wskazywali mu niewłaściwe adresy, albo wskazywali drogę na tyle niejasno, że musiał o nią pytać ponownie. Jak się później okazało, robiono to w dobrej wierze, bo przyznanie się do tego, że nie można pomóc, albo odmowa pomocy, uznawane tam były za brak uprzejmości. A w tym kraju w dobrym tonie było być uprzejmym. Nie pamiętam, o jakim kraju była mowa, ale mam coraz silniejsze wrażenie, że chodziło o Chile... 08.11.2005 Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy pobudką o 4 rano. Nasz plan to aklimatyzacja na wulkanie Lascar. To ten sam wulkan, który w legendzie opowiadanej przez Atacamenos obciął głowę podmuchem ognia Juriquesowi zakochanemu w Quimal. Lascar to najbardziej aktywny wulkan w okolicy San Pedro. Wybucha co 4 lata a ostatnia erupcja była w 2000 roku. W 2004 roku mieszkańcy San Pedro czekali na wybuch… i czekają do dziś. Wchodząc na wulkan mieliśmy nadzieję, że erupcja nie nastąpi podczas naszej wyprawy. Wulkan jest łatwy technicznie, a trudność sprawiają: pola penitentów, piarg oraz unoszące się na zboczach opary z krateru. Po kilku godzinach marszu stanęliśmy na szczycie. Różne źródła podają różną wysokość - nasz GPS wskazał 5466 m n.p.m. Męczące wejście w pełni rekompensuje widok ze szczytu. Olbrzymi i bardzo głęboki krater sprawia wrażenie jakby góra była rozerwana przez kolejne erupcje. Wydobywający się z krateru dym bardzo drażni gardło i żołądek a kamienie pokrywa warstwa żółtego siarkowego osadu. Ponad tym "piekłem" rozpościera się piękny widok na Salar, Altiplano oraz ośnieżone szczyty sąsiednich wulkanów.
CL 5: Muzeum w San Pedro de Atacama
10.11.2005 Dziś wieczorem wyruszamy do Copiapo. Dwanaście godzin autobusem a dalej wynajętym autem na pustynię. Tam czeka na nas Ojos del Salado i Nevado tres Cruces. W San Pedro de Atacama znajduje się muzeum założone przez jezuitę, ojca Gustavo La Paige. Maleńkie muzeum doskonale obrazuje historię kultury atacameńskiej. Od pierwszych ludów, które pojawiły się tutaj 12 tys. lat temu i zajmowały się głównie łowiectwem, poprzez początki osadnictwa i hodowli (ogromne znaczenie miało skrzyżowanie dzikich gatunków vicunia i guanaco oraz wyhodowanie w ten sposób lamy), wpływy kultury Tiwanaku znad jeziora Titicaca w Boliwii po podbój tych terenów przez Inków i Hiszpanów. Największe wrażenie w muzeum robią słynne andyjskie mumie.

CL 6: Ojos del Salado

11.11.2005 Zgodnie z planem przyjechaliśmy do Copiapo. Tu czeka nas cała masa spraw organizacyjnych. Wynajem samochodu zajmuje znacznie więcej czasu niż przypuszczaliśmy. Kiedy spóźniony o 2 godziny pracownik przychodzi do biura wynajmu już wiemy, że nie zdążymy wyjechać dziś na pustynię. Musimy zmienić opony na bardziej wytrzymałe i użyteczne w trudnych górskich warunkach, dodatkowe paliwo itp. Trudno... W związku z kradzieżą sprzętu udajemy się tez do Aventurismo. Musimy zapłacić za pozwolenie na wspinanie na Ojos i jeśli to możliwe wynająć brakujący sprzęt. Dzięki olbrzymiej uprzejmości i zrozumieniu właścicieli Aventurismo udaje nam się skompletować sprzęt. Jutro ruszamy. Rada dla wybierających się na Ojos del Salado lub po prostu na pustynię. Jeśli wypożyczasz auto i jedziesz na pustynię koniecznie zadbaj o odpowiednią ilość dodatkowego paliwa. Prawdopodobnie na pustyni przez wiele setek kilometrów nie spotkasz nikogo, kto będzie mógł ci pomoc, jeśli ci tego paliwa zabraknie. Sprawdź pojemność baku, spalanie. Nie zapomnij o niczym, bo na pustyni będziesz zdany na siebie... albo licz na szczęście… Nie zapomnij też o dobrej mapie (a takie kupisz w alpenverein) lub namiarach GPS. Auto najbezpieczniej wypożyczyć w międzynarodowej firmie. 12.11.2005 Mamy dzień spóźnienia wiec nie zatrzymujemy się na nocleg tak, jak zwykle to wszyscy robią w Laguna Sanata Rosa - 3800 m n.p.m. Zatrzymujemy się tylko na chwilę przy stadzie flamingów.

Nie ma tam oprócz nich absolutnie nikogo. Przemierzając setki kilometrów na pustyni nie spotkaliśmy żywej duszy. Pustynia zmieniała swój koloryt. Skały stawały się piaszczystymi wydmami, wydmy zamieniały się w bezkresne płaskowyże - czasem kamieniste, czasem pokryte drobnymi trawami. Zachwyca, jak mała kropla wody daje początek nowemu życiu na pustyni. Wszędzie tam, gdzie pojawia się żółty lub zielony kolor, są drobne rośliny, które potrafią wykorzystać odrobinę wiosennej wilgoci. Już przy Santa Rosa zadziwia to, że jest bardzo zimno. Zakładamy ciepłe polary. To dla mnie niespodzianka - zawsze myślałam o pustyni, jak o miejscu, gdzie palące słońce wysusza wszystko dookoła. Tu, na Atacamie, wszystko wysusza wiatr. Jest tak silny, że zostawienie otwartych drzwi w samochodzie grozi ich urwaniem. Mam nadzieję, że ten wiatr jest chwilowy… Niestety, ta nadzieja do końca zostaje niespełniona. Na Santa Rosa po raz pierwszy odsłania się Nevado Tres Cruces. Jest taki piękny i potężny, że emocje, jakie budzi, zapierają dech w piersiach. Jedziemy do Laguna Verde – 4500 m n.p.m. - gdzie rozbijamy namiot. 13.11.2005 Pierwsza noc należała do bardzo zimnych. Jak się później okazało wszystkie noce są tu takie. Od pierwszego dnia zakładamy na siebie wszystkie ubrania, które mamy. Jest straszliwie zimno i w dodatku wciąż wieje lodowaty wiatr. Przestaje wiać tylko na około dwie godziny rano. Budzimy się, rozbijamy zamarznięta wodę w butelce, aby ugotować kubek gorącej herbaty. Ręce tak marzną, że musimy nosić rękawiczki. Zimno rekompensuje piękny widok Laguna Verde. Kolor tego jeziora zmienia się wraz z porą dnia - od czystego błękitu o poranku, poprzez turkus, aż do ciemnego granatu wieczorem. Jest piękne. Na brzegu laguny są gorące źródła, które w weekendy ściągają tu turystów na ciepłe mineralne kąpiele. My przyzwyczajamy się do tego, że wszystko ma lekko słony smak. Zostaniemy tu do jutra. W ciągu dnia wychodzimy aklimatyzacyjnie na Mulas Muertas, około 5800 m n.p.m. Wieczorem musimy dopełnić jeszcze jednego obowiązku - pozostawić paszporty u carabineros, którzy stacjonują przy Laguna Verde. Z rozmowy wynika, że nie jest to znowu taki poważny obowiązek i moglibyśmy umknąć uwadze carabineros, ale skoro już się pojawiliśmy, niezręcznie było się wycofać. Tym bardziej ze carabineros, jeśli już ktoś potraktuje ich poważnie i przyjedzie do nich z paszportem, w teatralny wręcz sposób demonstrują powagę sytuacji i swoją władzę. Trochę to śmieszy a my byliśmy nawet poirytowani, bo dowiezienie i później odbiór paszportów z Laguna Verde to w sumie około 52 km ( dla nas bardzo dużo, bo zaczęliśmy mieć obawy, że mimo dodatkowego baku paliwa nie wystarczy nam go na powrót). Kolejny mroźny poranek. Znowu rozbijamy lód w butelce na kubek herbaty. Staje się to codziennym rytuałem. W nocy było – 10 stopni Celsjusza! Namiot w środku jest oszroniony, wydychana przez nas para natychmiast zamarza. Czekamy aż pierwsze słoneczne promienie ogrzeją namiot, choć trochę. Wreszcie... Szybkie śniadanie i codzienna krzątanina, zanim znowu zerwie się lodowaty wiatr. Dziś składamy nasz tekstylny "dom" i jedziemy do Atacama Refugio. Warunki do jazdy są tu bardzo trudne. Nasz GPS zwariował. Mamy namiary GPS, ale niestety droga, którą wskazuje, w dużej mierze prowadzi przez olbrzymie penitenty. Są cudne, ale niestety blokują nam przejazd. Szukamy objazdów, tracimy paliwo, nigdzie nie widać drogi. Ojos del Salado nie jest popularną górą, w dodatku dopiero teraz, od tygodnia, trwa sezon. Nie ma więc śladów kół innych aut. Jedyne, co nas prowadzi, to intuicja i doświadczenie w terenowej jeździe Leszka. Wreszcie, przebijając się przez ogromne głazowiska, docieramy na wysokość 5200 m n.p.m. Jak najszybciej rozbijamy namiot żeby schronić się przed lodowatym wiatrem. Noc zaczyna się dla nas bardzo szybko... Chronimy się we trójkę przed zimnem i wiatrem w namiocie. Jedyne, co możemy tam robić, to zasnąć i to już około godziny 18:00. Tym bardziej, że w nocy znowu będzie tak zimno, że trudno zasnąć, bo zimne stopy i szalejący wiatr budzą co kilka godzin. Leszek nie czuje się najlepiej, a my z Jarkiem wychodzimy wynieść wyżej trochę wody. Przyda się w Refugio Tejos. 15.11.2005 W nocy było koszmarnie zimno. Jesteśmy już zmęczeni zimnem i wiatrem. Wiatr wieje tak mocno, że jeśli trzeba iść pod wiatr, to odbiera oddech. Nie mamy więcej ciepłych ubrań, a wszystko, co mięliśmy, nosimy na sobie. Rozmawiam z Alberto, który w Refigio Atacama pełni rolę koordynatora wejść na górę. Alberto mówi, że listopad i grudzień to bardzo zimne i wietrzne miesiące. Wiem już, że lepiej nie będzie. Będzie zimno i będzie wiał ekstremalnie silny wiatr. Niestety, tego nie przewidzieliśmy. Wszystkie relacje, które czytaliśmy na temat tej góry mówiły o tym, że sezon trwa od listopada do marca. Żadna z nich nie mówiła jednak o tym, że w sezonie są jeszcze dwa sezony... Tego dnia znowu wychodzimy wyżej. Leszek czuje się już lepiej. Rada dla wybierających się na Ojos del Salado: Z uzyskanych informacji wynika, że sezon trwa od listopada do marca, przy czym, w listopadzie i grudniu można się spodziewać bardzo silnego, lodowatego wiatru. W styczniu i lutym są bezwietrzne dni, świeci cudne słońce, ale zdarza się tzw. "bolivian wind", co w praktyce oznacza, że podczas wspinaczki nagle nad górą pojawia się wielka chmura, z której sypie śnieg i w kilka minut pokrywa Ojos del Salado białą "kołderką". Jeśli wolisz silny, lodowaty wiatr listopad i grudzień to dobre dla ciebie miesiące. Jeśli wolisz wspinać się w śniegu, ale w bezwietrznej i słonecznej pogodzie, wybierz styczeń lub luty. Możesz też wejść na Ojos poza sezonem, czyli od kwietnia do października. Wówczas nie płacisz za pozwolenie. Procedura pozyskania pozwolenia jest taka sama - zgłoszenie do ministerstwa turystyki, wyznaczenie kalendarza swojej wyprawy itp. Jedyna różnica jest taka, że za to nie płacisz. 16.11.2005 Wyruszamy do Tejos Refugio. Zabieramy wszystko, co będzie nam potrzebne u góry i podczas ataku szczytowego. Nie ma tego aż tak wiele, tym bardziej, że wszystkie ubrania nosimy na sobie. Trochę sprzętu, jedzenie i woda. Idą z nami jeden Francuz i dwóch Chilijczykow. Są zmęczeni a Erick (Francuz) nie czuje się ostatnio najlepiej. U nas ze zdrowiem też coraz gorzej. Leszek trochę ma problem z palcami, to nie są jeszcze odmrożenia, ale jest na dobrej drodze. Jarek właśnie skończył leczenie antybiotykami, ale mówi, że czuje się dobrze. Ze mną też jest ok… przynajmniej tak mi się wydawało. Jest początek sezonu, więc wiemy, że przed nami nie było na szczycie żadnego zespołu, co trochę nas martwi, bo nie będzie widać drogi. Jest w tym oczywiście dreszczyk emocji, mamy szansę być pierwsi. Docieramy do Tejos Refugio. Tejos to blaszany kontener na wysokości 5800 m n.p.m., który jak oaza ratuje życie wspinaczom. Tejos chroni przed wiatrem (przed mrozem nie specjalnie, bo o poranku w kontenerze było – 12 stopni Celsjusza). Kiedy docieramy do Tejos, mój od początku bagatelizowany ból gardła i ucha dają o sobie znać ze zdwojoną siłą. Z chwili na chwile czuję się coraz gorzej - ból głowy, trudności w oddychaniu, niemiarowe bicie serca, mdłości... Klasyczne objawy choroby wysokościowej, co trochę mnie dziwi, bo nie jestem po raz pierwszy na takiej wysokości, nawet podczas tej wyprawy. Przejdzie... Ale nie przechodzi. Jest coraz gorzej. Nie tylko nie zabrałam antybiotyków na moje ucho (bo po co dźwigać) ale też leczenie powyżej 5000 m n.p.m. mija się z celem. Czuję się coraz bardziej osłabiona i kiedy podmuchy lodowatego wiatru przewracają mnie kilka razy, ze łzami w oczach podejmuję decyzję o tym, że na 5800 m n.p.m. kończy się dla mnie przygoda z Ojos del Salado, przynajmniej w roku 2005. Chłopcy, wiedząc, że musze jak najszybciej zjechać na dół, podejmują decyzję o tym, że tej nocy zaatakują szczyt. Źródło: informacja własna Godzina 4 rano. Temperatura na zewnątrz -25 stopni Celscjusza, w kontenerze -12 stopni. Dla mnie nic się nie zmieni tego dnia, ale jestem podekscytowana i trzymam kciuki za Jarka i Leszka. Bardzo chcę, aby udało im się wejść na szczyt. Wreszcie wychodzą. Wychodzi z nimi Erick i dwóch Chilijczykw. Teraz mogę tylko sobie wyobrażać, co czują. Słyszę silne podmuchy wiatru a jeszcze pamiętam jak bardzo jest lodowaty. Mam gorączkę, więc jest mi na przemian zimno i gorąco (preferuję ten stan, kiedy mi gorąco). Po trzech godzinach wraca Leszek i natychmiast walczy o swoje palce. Wycofał się z wysokości około 6000 m n.p.m. Trudno powiedzieć, jak skończyłaby się ta przygoda dla Leszka, gdyby się nie wycofał. Przypuszczam, że bylibyśmy teraz w jednym ze szpitali albo właśnie walczylibyśmy o wcześniejszy powrót do kraju po to, by ratować jego stopy. Jarek walczy dalej. Coraz silniejszy wiatr, coraz częstsze podmuchy. Około godziny czternastej słyszę przez radio jak Erick mówi, że są na 6400 m n.p.m., ale zawracają. Słyszę też Jarka, który mówi, że idzie dalej. Trochę się martwię. Wiem, że droga jest niewidoczna, wiem jak bardzo ten wiatr odbiera siły i wychładza. W dodatku Jarek idzie w pożyczonym sprzęcie. Prawie nic nie jest jego, wiec trudno powiedzieć czy może liczyć na buty, raki, rękawice itp. Musi przekroczyć potężne pole śnieżne a nie ma ze sobą czekana. Jestem zła, że jestem chora i nie ma mnie tam, gdzie chciałabym być. Po kolejnych dwóch godzinach słyszę przez radio Jarka głos "schodzę na dół". Czuję się bardziej spokojna, choć wiem, że naprawdę będę spokojna dopiero wtedy, kiedy Jarek już będzie na dole. Wiem, że w górach zejścia są najtrudniejsze, bo ludzie są najbardziej zmęczeni, spieszą się na dół, są mniej uważni. Jarek dotarł na wysokość 6740 m n.p.m. Był blisko szczytu, bo góra ma 6893 m n.p.m. Jemu więc najtrudniej pogodzić się z faktem, że nie stanął na szczycie. Jest mi smutno, że nie stanęliśmy na szczycie Ojos del Salado. Pamiętam jednak, że kiedyś, kiedy zdobywając jedną ze swoich gór, majacząc w gorączce, zakładałam raki, ktoś bardzo mądry powiedział mi "ta góra tu zostaje, jeśli będziesz żywa i cała, zawsze możesz tu wrócić. Ona będzie czekać". Pamiętam to zdanie bardzo wyraźnie i staram się je sobie przypominać, kiedy upór bierze górę nad rozsądkiem. Ze względu na stan naszego zdrowia Witold Paryski nadal jest pierwszym i jedynym polskim zdobywcą Nevado Tres Cruces. Choć nadal, kiedy zamykam oczy, widzę potężne kształty Tres Cruces dokładnie takie, jak widziałam je oglądając się za siebie, kiedy wyjeżdżaliśmy z Santa Rosa, wiem, że to była słuszna decyzja. Fajnie jest robić coś po raz pierwszy, fajnie jest kroczyć śladami pierwszych zdobywców, ale jeszcze fajniej jest mieć z tego prawdziwą radość i satysfakcję... dlatego, że jest się w miejscu, o którym się marzyło a nie dlatego, że bije się rekordy. Kiedyś tu wrócę, pewnie w w lutym albo styczniu, bo nad lodowaty wiatr preferuję śnieg. Atacama to jedno z najbardziej niegościnnych miejsc na ziemi… Kiedy pisałam te słowa miesiąc temu, nawet w 1/10 nie miałam pojęcia, co to oznacza. Pamiętam wyprawy na lodowce Pamiru czy Cordillera Blanca w Peru. Noce były zimne, ale w ciągu dnia mogliśmy wspinać się w krótkich rękawkach i ogrzać się nawet na wysokości powyżej 5000 m n.p.m. Pamiętam, że kiedy otrzymaliśmy pozwolenie na zdobywanie Ojos del Salado, powiedziałam "teraz nic nas nie powstrzyma przed zdobyciem tej góry". Dziś, z pokorą przyznaję, że nawet nie miałam pojęcia, jak bardzo się mylę. Tu, na Atacanmie, mimo wciąż błękitnego nieba i świecącego słońca, nie było ani jednego ciepłego dnia. Dziś, kiedy piszę, że Atacama to jedno z najbardziej surowych i niegościnnych miejsc na świecie dokładnie wiem, co to oznacza, bo jeszcze czuję zimny dreszcz, jak oddech Atacama, na moich plecach. Atacama jest piękna - z gamą kolorów lagun, różnych odcieni maleńkich oaz, kolorów skał i piasku. W krajobraz Atacamy w moich oczach na zawsze wpisany zostanie silny lodowaty wiatr i brak zapachów. Atacama nie pachnie - woda, padłe zwierzęta, piasek... wszystko jest bez zapachu. Jest bezludna, jakby nikt nie chciał burzyć tego surowego porządku.

CL 7: La Serena
23.11.2005 Nasze auto jest po pustynnej eskapadzie uszkodzone. Naprawa zajmie kilka dni, dlatego zmieniamy auto. Nowa kamionetka. Ruszamy na południe, do oddalonej o 350 km La Sereny. Jedziemy Panamericaną, najpierw przez Atacamę, wzdłuż Cordyliera de Domeyko a później wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Mijamy wiele przydrożnych kapliczek, czasami zbudowanych z drewna, czasami z kamienia a czasami po prostu z kartonu i opon. Wieczorem docieramy do La Sereny. La Serena to kurort wypoczynkowy dla całego Chile a głównie dla mieszkańców Santiago. Jest wczesna wiosna więc tłoczne, zwykłe ulice są jeszcze puste. Uwagę przyciąga kolonialna zabudowa. Jest mglisto i wilgotno. La Serena jest wciśnięta między góry a brzeg oceanu, co jest przyczyną mgieł. Wystarczy wyjechać 20 km na północ lub południe, aby opalać się na słonecznej plaży. Cały jeden dzień poświęcamy na to, aby włóczyć się po okolicznych wioskach rybackich, cieszyć podniebienie lokalnymi morskimi przysmakami. Dolina Elqui La Serena leży u wrót słynnej w całym Chile dolinie Elqui, znanej przede wszystkim z produkcji rodzimego alkoholu Pisco. Tam też się udajemy. Do doliny Elqui udajemy się głównie ze względu na Pisco. Okazuje się jednak, że jest to przepiękna dolina zwana królewskim ogrodem Santiago - ze względu na wiele upraw i liczne winnice. W podroży towarzyszy nam Bill, Chilijczyk, który przez pół życia zajmował się "podróżowaniem". Mieszkał w Argentynie, Boliwii, Kanadzie i Columbii. Dusza włóczęgi. Kilka lat temu na stałe osiadł w Chile a teraz towarzyszył nam w podroży po dolinie Elqui. Kiedyś, mieszkając w Kanadzie, związany był z Polką, co prawdopodobnie było główną przyczyną jego sympatii do nas. Podróżując po dolinie Elqui odwiedzamy plantacje papayi i chirimoyi. Im wyżej wyjeżdżamy, tym bardziej te plantacje ustępują miejsca winnicom. Wyobrażam sobie jak trudno utrzymać winnice w trak trudnym terenie. Winnice usytuowane są na zboczach gór, wszystkie systematycznie nawadniane metodą kropelkową, co wymaga nie tylko ogromnego trudu, ale również olbrzymich inwestycji. Wreszcie odwiedzamy największą kompanię produkującą pisco CAPEL, gdzie mamy też okazję spróbować różne odmiany tego trunku. Jednak największe wrażenie robi na nas jedna z pierwszych destylarni założonych w tym teranie przez Hiszpana Rodrigueza. Jest maleńka i już, kiedy przekracza się stare skruszałe drzwi, chłód piwnicy i lekko winny zapach pisco sprawiają, że czujemy się jak w XVIII wieku. Mam wrażenie, że czas się tu zatrzymał a Ridriguez, popijając pisco, nadal gra w tych piwnicach w karty ze swymi kompanami. Do dziś są tam stare urządzenia wykorzystywane do produkcji tego trunku i choć dziś mają już wartość bardziej muzealną to nadal można tam kupić doskonałej jakości rodzimy alkohol. Cała dolina Elqui sprawia wrażenie sanktuarium poświęconego Gabrieli Mistral. Jak mówi nam Bill, była ona pierwszą w Ameryce Południowej laureatką literackiej nagrody Nobla. Odwiedzamy jej dom w wiosce Monte Grande, który właściwie stanowi izbę przy starej szkole, grób i miejsca, w których bywała w dzieciństwie. Chilijczycy są bardzo dumni z Garbieli i Bill długo snuje opowieść o jej smutnym i pełnym łez życiu. Bill zaprasza nas do domu swojej ciotki, która wzrusza się słysząc, że jesteśmy z Polski. Jej siostra mieszka w Republice Czeskiej, tak więc Diana z przyjemnością słucha polskiej mowy. Dla nas to również wielkie przeżycie. Największe wrażenie robi na mnie zawsze to, co jest prawdziwe. A tu jesteśmy w prawdziwym domu, gdzie mieszkają prawdziwi ludzie. Wszystko jest naturalne i "tutejsze" - herbata, masala (słodki alkohol) i życzliwość. Zbliża się wieczór a my wśród winnic wracamy do wioski Vicunia odwiedzając po drodze garncarza, który wytwarza ceramikę opartą na wzorach produkowanych przez zamieszkujące niegdyś te tereny ludy Diaguitas. Charakteryzowały się one bardzo drobnymi, geometrycznymi zdobieniami. O zmroku ruszamy w góry do obserwatorium astronomicznego Mamalluca. Jest to jedno z kilku obserwatoriów na tym terenie, a jedno z wielu w Chile. Atacama, ze względu na bardzo czyste i suche powietrze, wysokie góry i brak chmur, to doskonałe miejsce dla obserwatorium, co wykorzystuje wiele państw na świecie. "Spektakl" w Mamalluca to prawdziwa uczta dla miłośników gwiazd i astronomii. Przez pół nocy, z użyciem wielkich teleskopów, śledzić można było Wenus, Marsa, Mgławice Magellana, Alpha Centauri i wiele innych gwiazd. Dla mnie największą gwiazdą tego wieczoru był Luis, student, który z szaleńczą pasją opowiadał o gwiazdach i "niebie". Obawiam się, że nikt nie podzielał tej pasji z taką intensywnością, marznąć o północy. Punta de Choro Kolejny dzień to wyjazd do oddalonego o 80 km na północ od La Sereny Punta de Choros. Tam wynajmujemy łódź rybacką i płyniemy do pobliskich wysp Damas i Choros, które od 1991 roku stanowią rezerwat pingwinów humboldta. Szary Pacyfik rozświetla słońce, kiedy wśród skał dostrzegamy lwy morskie. Wygrzewają się w słońcu całymi rodzinami. Dorosłe osobniki są leniwe i z niechęcią odwracają głowy, kiedy próbujemy złowić ich "portrety", maluchy z wielkim uporem wskakują do wody po to by za chwilę niezgrabnie wychodzić na brzeg. Wyspa Choros to raj dla obserwatorów zwierząt, co swego czasu potwierdził spędzający tu wiele czasu Jacques Custeau. Oglądamy tam również pingwiny Humboldta, kilka gatunków kormoranów, pelikany i całą masę innych morskich ptaków. Nie udaje nam się dostrzec występujących tu delfinów butlonosych. Czas spędzony z Billem i jego rodziną był nie tylko ciekawy, bo odwiedziliśmy ciekawe miejsce. Był też niezwykły, bo zawsze fascynują mnie ludzie, którzy żyją w innej kulturze, fascynują mnie ich zwyczaje, przyzwyczajenia, gusta i sposób myślenia. Przemierzając setki kilometrów Panamericaną byłam przekonana, że przydrożne kapliczki to małe sanktuaria. Chile w dużej mierze jest krajem katolickim, więc nie zdziwiłoby mnie to bardzo. Bardziej zdziwił mnie fakt, że kapliczki te, to miejsca pamięci dla tych, którzy na tej drodze zginęli. Podobnie jak u nas w Polsce, przydrożne krzyże przypominają o tych, którzy odeszli. Nie dziwi fakt, że ludzie stawiają tu kaplice jako miejsca pamięci umarłych, dziwi jednak ich ilość. Pobocza "bezpiecznej", bo prawie pustej i prostej, Panamericany są tu usiane przydrożnymi kapliczkami, co obrazuje mnogość wypadków na tej drodze. My żegnamy się z La Serena i po rozmowach z Billem bardziej rozważnie niż dotąd wracamy Panamericaną do Copiapo. Dalej udamy się do Santiago.

CL 8: Santiago de Chile
28.11.2005 Od dwóch dni jesteśmy w Santiago de Chile. Mieszkamy na poddaszu w hotelu usytuowanym w starym mieście. Dookoła piękna stara zabudowa, cudowna architektura, którą szpecą kraty we wszystkich oknach. Właśnie te kraty tworzą rysę na przekonaniu powtarzanym we wszystkich przewodnikach, że "Chile to bezpieczny kraj". Kraty w oknach spotykamy wszędzie - na prowincji i tu, w samym sercu Chile, w Santiago. Jest coraz cieplej i z każdym dniem czuje się nadchodzące lato. Santiago tętni życiem prawdopodobnie bardziej niż zwykle o tej porze roku, bo w grudniu są wybory prezydenckie i parlamentarne. Na każdym kroku wiece, przemarsze, demonstracje... Wszystko milknie tylko w godzinach sjesty, kiedy można przemierzyć Santiago nie natykając się na korki i tłumy mieszkańców. Po miesiącu czasu w Chile sami nabieramy lokalnych nawyków i w czasie sjesty nie ruszamy się z wygodnych, zacienionych ławek w parku. Wieczorem we wszystkich uliczkach starego miasta słychać muzykę i w wielu miejscach można natknąć się na tańczących tradycyjny taniec Cuecas. Fascynuje mnie ta otwartość, radość, witalność. Wielu przechodniów daje się zaprosić do wspólnej zabawy. Na ulicach spotkać można tak tańczących Cuecas, Tonadas jak argentyńskie tango. Mam wrażenie, że zatłoczone w ciągu dnia Santiago wieczorem nabiera nowego blasku. Można tu oprócz wielu fascynujących miejsc, muzeów, odwiedzić okoliczne winnice. Wybraliśmy się do dwóch winnic leżących w dolinie Maipo. Pierwsza z nich to jedna z najstarszych w Chile, Vina Undurraga, założona w 1882 roku przez Francisco Undurrage. Dziś winnica ta to wielka posiadłość, w której uprawia się wiele odmian winogron, a między innymi szczep Carmenere, który we Francji wyniszczyła plaga filoksery. Ta różnorodność i bogactwo Chile wynika ze specyficznego klimatu i warunków środowiskowych. Andy i Kordyliera Nadbrzeżna oraz Atacama i rejon antarktyczny stanowią naturalną barierę dla filoksery. Stosunkowo suchy i słoneczny klimat sprzyja dojrzewaniu owoców i chroni przed grzybami. Dziś Winnica Undurraga to wielkie nowoczesne imperium, w którym produkuje się olbrzymie ilości wina, z którego część eksportuje się do ponad 50 krajów na pięciu kontynentach. Wystarczy jednak zejść do chłodnych piwnic, w których wino leży w wielkich dębowych beczkach, aby zrozumieć, że wino ma nieśmiertelną duszę a jego produkcja nigdy nie straci romantyzmu. W prawdzie pracownicy winnicy wydają się szydzić z europejskich mitów na temat wina to widać, że ci ludzie to pasjonaci, którzy prawie całe życie spędzają właśnie w tej winnicy. Druga odwiedzona przez nas winnica to Cava del Roco. Jest to maleńka rodzinna winnica prowadzona przez hiszpańską rodzinę, która kupiła winnice w latach 60. Wiele elementów procesu produkcji wykonywanych jest tu manualnie. Sam właściciel śmieje się z tego naklejając ręcznie etykiety na butelki. Winnica ta ma dużo bardziej tradycyjny charakter. Produkuje się tu znacznie mniejsze ilości wina, jednak z taką sama pasją i miłością. Odwiedzanie winnic, smakowanie wina, celebrowanie tradycyjnego posiłku pastel de chochlo… Wszystko to ma dla nas niecodzienny charakter, który prawdopodobnie zawdzięczamy właśnie temu, że świat wina jest nieco magiczny. Złośliwi powiedzą, że magia wzrasta wraz z ilością wypitego wina… Aby odwrócić się od tych patetycznych tonów, podaję przepis na tradycyjne trunki chilijskie: Jote: Chilijczycy piją czerwone wino z Coca Colą Pisco Sour: 3 objętości Pisco, 1 objętość soku z cytryny, odrobina ubitego białka Z moich doświadczeń wynika, że Pisco Sour smakuje dużo lepiej niż czyste Pisco. Mimo dużej ciekawości poznawczej nie odważyłam się spróbować Jote.

...na zakończenie... Już jutro wracamy do kraju. Szesnaście godzin lotu do Frankfurtu i kolejne dwie do Poznania. Wydaje się, że to koniec podróży. Wiem jednak, że takie podróże nigdy się nie kończą. Każdego dnia spotykasz nowych ludzi, spotykają cię nowe radości i musisz rozwiązywać nowe problemy. Każdy dzień to spotkanie z samym sobą, ze swoimi słabościami, pasjami, oczekiwaniami, pragnieniami i smutkami. Każdy dzień to tysiące nowych doświadczeń, które zmieniają nas nawet, jeśli tego nie chcemy. Wiem więc, że takie podróże zmieniają nas i tym samym mają swój ciąg dalszy…