Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
    Ostatnio dodane wyprawy
 
« lista wypraw
Tytuł wyprawy: Za Bramą Słońca - Boliwia 2007
Data wyprawy: 28.05.2007 - 23.06.2007
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Boliwia,
Miejsce docelowe: Boliwia
Atrakcja: Cordillera Real, Occidental, Salar de Uyuni, Lago Titicaca, Isla del S
Kategoria: wspinaczka, trekking
Autor wyprawy:
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
 
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Termin
    28.05.2007 - 23.06.2007
  • Z notatnika podróżnika

     

    30.05.2007

    Carinosos saludos desde Bolivia!

    Wczoraj wieczorem po wielu godzinach lotu wreszcie wylądowaliśmy w La Paz. Linie lotnicze zgubiły Jarka plecak. Boję się nazywać to tradycją, bo nie chcemy sie przyzwyczajać do takich przygód, ale w Chile, Jarek tez po kradzieży plecaka został z ograniczona ilością dobytku... Miejmy nadzieję, że to tylko przypadek.

    Wciąz mamy nadzieję, że linie lotnicze dostarczą nam plecak zanim nadejdzie dzień powrotu do Polski, jednak staramy się nie zmieniać naszych planów. Ostatecznie w La Paz wylądowaliśmy we dwójkę. Leszek z ważnych powodów osobistych musiał pozostać w Polsce.

    Przylatując do Boliwii, wiedzieliśmy, że będzie to niezwykłe miejsce, jednak chyba nie spodziewaliśmy się, że aż tak bardzo. Wczoraj kiedy wysiadaliśmy przed hotelem uderzył mnie słodko-mdły zapach, który znam tylko z Ameryki Południowej. Na dłuższą metę nie jest przyjemny, ale przyznam, że już za nim tęskniłam. 

    La Paz to najwyżej położona stolica na świecie - 3800 m n.p.m., co stanowi spore wyzwanie dla każdego turysty. Możesz doświadczyć pierwszych objawów choroby wysokościowej zanim jeszcze wyjdziesz w góry. Choć z drugiej strony po raz pierwszy w życiu mamy okazję aklimatyzować się w hotelu i na ulicach miasta...

    Dziś włóczyliśmy się ulicami La Paz. Miasto jest przepięknie położone. Centrum miasta usytuowane jest w dolinie, do której jakby spływały domy położone na stokach. Niesamowite wrażenie, choć architektura nieco przygnębiająca. Na nad tym wszystkim góruje ośnieżony i potężny Illimani.

    Jeszcze bardziej zdumiewające jest dla mnie to, co widzieliśmy na ulicach. Tradycyjnie ubrani mieszkańcy na tradycyjnych targach wśród pełnych magii amuletów: Mama Pacha, która opiekuje się rodziną, suszone płody lam, które przynoszą szczęście w nowych domach. Na takim targowisku można kupić szczęście do domu, pracy, szczęście w miłości i wiele innych. Wszystko, czego tylko zapragniesz...

    Jutro jedziemy do Tiahuanaco, jednego z najbardziej magicznych miejsc w Boliwii.

    31.05.2007

    Brama Słońca

    Na długo przed powstaniem największego imperium Ameryki Południowej, jakim było Królestwo Inków na południowych brzegach jeziora Titicaca powstała i rozwinęła się kultura Tiahuanaco zwana też Tiwanaku. Kultura ta istniała znacznie dłużej niż kultura Inków, przez których została zniszczona.

    Mimo zniszczenia o jej trwałości świadczy wiele elementów, które przetrwały do dziś. Na terenie Tiahuanaco wciąż trwają prace wykopaliskowe. Dopiero dziś odkrywamy zasypane w piasku piramidy i kompleksy świątynne.

    Jest wiele hipotez na temat tego, czym tak naprawdę było Tiahuanaco. Mówi się, że było ośrodkiem religijnym i politycznym. Ruiny zajmują obszar o długości około 1000 metrów i szerokości 450 m. Miasto wzniesiono z kamiennych bloków, których waga sięga nawet 175 ton. Doskonale obrobione bryły łączone były ze sobą za pomocą miedzianych klamer. W Tiahuanaco zachowały się ruiny budowli wysokiej na 15 metrów w kształcie piramidy schodowej, która tak naprawdę dziś tylko częściowo przypomina piramidę, bo w dużej mierze jest jeszcze zasypana piaskiem.

    Na terenie wykopalisk znaleziono wiele antropomorficznych posągów, wykonanych z jednolitych, olbrzymich bloków skalnych, które były transportowane z gór, często z dużych odległości. Na wszystkich posągach wykute są symbole. Wiele z nich wciąż jest tajemnicą, bo do dziś nie odszyfrowano ich znaczenia. Na większości posągów powtarzają sie cztery symbole:

    • kondor, który symbolizuje mądrość i jest wysłannikiem bogów
    • wąż, symbol długiego życia
    • ryby, które symbolizują inteligencję
    • puma, która jest symbolem siły, wojny i dominacji

    I wreszcie na terenie wykopalisk znajduje się Brama Słońca. Ból głowy wszystkich archeologów - jak mówia miejscowi przewodnicy. Tak jak wiele hipotez próbuje wyjaśnić, czym było Tiahuanaco, tak jeszcze więcej próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, czym jest Brama Słońca.  

    Najwieksze solnisko swiata - Salar Uyuni.

    Miliony lat temu, kiedy na kontynencie poludniowo-amerykańskim zaczęły się wypiętrzać Andy, zamknęły pomiędzy poszczególnymi pasmami gór część wód oceanu. Tak powstaly płytkie, słone jeziora, które z czasem zaczęły parować tworząc salary.
    Dziś jedziemy na największy salar świata - SALAR  de UYUNI.

    Isla del Sol – Tam, gdzie narodziło się Słońce

    Około 8 rano (około, bo w Boliwii czas to pojecie względne i jeszcze nigdy nic nie wydarzyło się tu w ustalonym czasie) łapiemy autobus do Copacabany, by dalej udać się na wyspę, na której narodzili się pierwsi Inkowie Manco Capac i Mama Ocllo.

     Przebijamy się przez zatłoczone ulice La Paz, mijając zniszczone albo jeszcze nie zamieszkałe domy. Wreszcie jedziemy prawie pustą drogą przez Altiplano. Zasypiam na chwilę, a kiedy otwieram oczy, widzę olbrzymie i lśniące Titicaca, które pięknie kontrastuje z surowym Altiplano. Według starożytnych mitów to w przejrzystej toni jeziora Titicaca narodziło się Słońce. Zawsze poruszają mnie miejsca ze swoją legendą, a Titicaca i Isla del Sol z całą pewnością do nich należą.

    Poza tym jezioro zasługuje na miano niezwykłego choćby z tego powodu, że jest najwyżej położonym na świecie jeziorem żeglownym, poza tym jest tak olbrzymie, że w wielu miejscach woda sięga po horyzont. Jest długie na ponad 230 km i szerokie na około 97 km. Znajduje się na nim wiele wysp, półwyspów i wysepek. A od peruwiańskiej strony są także pływające wyspy, które kiedyś zamieszkiwane były przez Indian.

    Docieramy do Copacabany. Przewodniki podają, że to dość zaniedbana mieścina i nieco nudna, ale atmosfera panująca w mieście przeczy tym opiniom. Copacabana wydaje się być miejscem wręcz uwielbianym przez turystów. Jest piękna pogoda, świeci słońce i choć jest chłodno siadamy nad brzegiem jeziora by zjeść lunch. Podróżuje z nami na Wyspę Słońca Boliwijczyk Eliseo. Po lunchu pijemy piwo i tradycyjnie pierwszy łyk wylewamy na ziemie w ofierze dla Pacha Mama. Fascynuje mnie to, jak w całej Ameryce Południowej mieszkańcom udaje się „żenić” różne bóstwa z wiarą katolicką. Eliseo składa ofiarę dla Pacha Mama, po czym idzie do kościoła pomodlić się o udaną podróż.

    Do Copacabany w XVI wieku trafił wizerunek Matki Boskiej Gromnicznej. Wkrótce potem, jak podają tubylcy, miała tu miejsce seria cudów, a Najświętszą Pannę uznano za patronkę Boliwii.

    Słońce jest już wysoko, kiedy wsiadamy na łódź i płyniemy na Isla del Sol. Do dziś wyspa i jezioro są przedmiotem czci Ajmarów żyjących nad brzegami jeziora. Przypływamy na Fuente del Inca. Oprócz nas jest jeszcze wielu turystów. Trudno od nich uciec w tak niezwykłym miejscu.

    Już na przystani możemy zdecydować się na nocleg, ale nie robimy tego. Chcemy poznać prawdziwą Isla del Sol i prawdziwe życie Ajmarów z wyspy. Ledwie opuszczamy przystań a ruch turystyczny zanika i zamiera. Idziemy wśród eukaliptusowych gajów, mijamy ruiny inkaskich budowli i towarzyszy nam jedynie zachodzące słońce.

    Docieramy do wioski Challapampa. Sądząc po obecności kilku hosteli wioska jest przygotowana na przyjęcie turystów, ale tej nocy oprócz nas w wiosce są sami tubylcy. Wynajmujemy pokój w jednym z indiańskich domów. Kiedy chmara indianskich dzieci oblepiła nas w powitalnym uścisku poczułam się nieco nieswojo. Natychmiast przypomniała mi się historia sprzed kilku lat, gdzie w wiosce boliwijskiej zamordowano białych turystów w podejrzeniu o próbę porwania dziecka. Na szczęście moje obawy były mocno przesadzone, dziecięca otwartość szczera a zaufanie rodziców znaczne. Ta otwartość była tym bardziej miła i zniewalająca, że zaledwie kilka kilometrów od Challapampy, przy przystani, dzieci, które mają kontakt z turystami proszą o pieniądze za zrobienie zdjęcia.

    Pobyt w Challapampie na długo pozostanie w mojej pamięci. Właśnie w takim miejscu, z dala od hałasu, sama zaczynam wierzyć w to, że dawno, dawno temu ze skały pumy narodził się tam pierwszy Inca Manco Capac. Tam gotowa jestem uwierzyć w to, że w jeziorze narodził się Viracocha, ojciec wszystkich bogów, że w jego lśniącej toni powstało Słońce, Księżyc, Pacha Mama i inni bogowie.

    Zasypiamy pod ciepłymi kocami z wełny alpaki w otoczeniu bogów i to nie tylko w sensie magicznym i historycznym, ale też dosłownym. Na ścianach naszego pokoju ramie w ramie wiszą wizerunki Dziewicy z Copacabany i inkaskich bóstw.

    Po wschodzie słońca jemy śniadanie i wyruszamy w drogę powrotną do Fuente del Inca, mijając po drodze tradycyjne wioski Indian Ajmara z Isla del Sol.

     02.06.2007

    Gran Poder – roztańczone La Paz

    Choć czas na Isla del Sol był tak niezwykły, że chętnie pobylibyśmy tam dłużej, postanawiamy wrócić do La Paz, bo dziś jest tam wielka fiesta - Gran Poder, która odbywa się tylko raz w roku.

    Całe La Paz wpatrzone jest w tancerzy. Wzdłuż głównych ulic centrum miasta maszerują roztańczone, kolorowo ubrane grupy tancerzy, przeplatane orkiestrami.

    Przyjechaliśmy do La Paz w godzinach wieczornych i pierwsze kroki skierowaliśmy od razu na ulice. Dostaliśmy się w samo centrum tanecznego szaleństwa, powiedziałabym nawet, że daliśmy się unieść tłumowi i chyba po raz pierwszy z życiu czułam się tak dobrze w tak dużym skupisku ludzi. Muzyka, tancerze, sztuczne ognie... wszystko to sprawiało, że choć zmęczeni, mieliśmy ochotę bawić się. Radość, witalność i ogrom kolorów to słowa, które już na zawsze będą kojarzyć mi się z Gran Poder, największą fiestą w Boliwii.

    Wracając nocą do hotelu mogliśmy oglądać ciemną stronę Gran Poder. Stosy śmieci na ulicy, pijani i coraz bardziej agresywni mieszkańcy La Paz, popychający się i pokrzykujący w kolejkach do przejść pomiędzy ulicami.

    Pomyślałam o 85% ludności boliwijskiej, która jest bardzo biedna. Pomyślałam o tym, że patrząc na lśniący przepych strojów tancerzy być może marzą... A może, choć na chwilę, mogą cieszyć się, bawić i zapomnieć o tym, że są biedni.

    Huayna Potosi 6088m n.p.m. zdobyty!

    5 czerwca 2007 o godz. 7:30 czasu lokalnego stanęliśmy na szczycie Huyana Potosi 6088 m n.p.m.

    04.06.2007

    Wstajemy dość wcześnie i próbujemy spakować cały sprzęt do jednego plecaka. Jarek tradycyjnie zamierza zdobyć szczyt w pożyczonym ubraniu, bo nadal nie mamy jednego bagażu. Dojeżdżamy do Zongo Pass, gdzie znajduje się Refugia Huayna Potosi. Tam jemy skromny lunch i wyruszamy do obozu pierwszego zwanego Campo de Rocas - 5150 m n.p.m. na granicy lodowca. Rozbijamy namiot i trochę leniuchujemy.

    Jest wcześnie więc rozkładam karimatę na kamieniach i cieszę się każdym promieniem słońca, który na tej wysokości jest znacznie cieplejszy niż na nizinach (jeśli w Boliwii możemy mówić o nizinach). W Boliwii jest teraz pora sucha więc pogoda nie rozpieszcza nas wysokimi temperaturami. To cena, którą trzeba zapłacić za mniejszą ilość opadów.

    Późny obiad, bo woda z lodowca długo się gotuje i natychmiast wskakujemy do śpiworów. O 19:00 jesteśmy już w namiocie. I to wcale nie dlatego, że jesteśmy tak zmęczeni, że chcemy szybko zasnąć i też nie dlatego, że tak nakazuje rozsadek, bo w nocy rozpoczniemy atak szczytowy. Jesteśmy w śpiworach tak wcześnie, bo po zachodzie słońca, zimno na tej wysokości jest tak przenikliwe i dokuczliwe, że ciepły śpiwór jest jedynym ratunkiem.

    05.06.2007

    Pobudka o 1 rano. Choć trudno mówić o pobudce, kiedy prawie wcale się nie spało. Ubieramy się w namiocie, wypijamy gorącą herbatę i około 2 rano wyruszamy.

    Rozpoczynamy wędrówkę po lodowcu przy świetle księżyca. Kryształki lodu mienią się i skrzą w świetle czołówek. Droga jest dość stroma ale pierwsze trudności napotykamy na wysokości około 5600 m n.p.m. Ściana wysokości około 60 m i o nachyleniu około 60 stopni wyburza nas z rytmicznego marszu. Pokonujemy ją dość szybko.

    Robi się coraz zimniej. Dla mnie krytyczna jest godzina 4-5 rano. Nie mogę się doczekać wschodu słońca, licząc na to, że trochę mnie rozgrzeje.

    Jesteśmy pod szczytem. Wystarczy podnieść głowę i widać go w świetle księżyca. Dzieli nas jednak od niego kolejna ściana wysokości około 200 m i o nachyleniu 60-70 stopni. Krótki odpoczynek i podejmujemy wyzwanie.

    Jest coraz zimniej. Uderzając czekanem coraz bardziej drętwieją mi z zimna ręce. Wreszcie wschodzi słońce i wreszcie jesteśmy na szczycie.

    Zmęczeni, ale szczęśliwi...

    06.06.2007

    La hoja de coca no es droga – czyli krótka opowieść o liściach koki.

    "...chroń swoje liście z miłością a kiedy czujesz ból w swoim sercu i ciemność w duszy weź liście do ust..."

    Na każdym targu, na każdym straganie, w każdej restauracji i kafejce można kupić liście koki i pić herbatę mate de coca. Leczy bóle brzucha, przyspiesza proces aklimatyzacji na wysokości. Wielokrotnie sami korzystamy z jej zbawiennych właściwości a dziś trafiliśmy do muzeum koki w La Paz. Oto długa historia koki zamknięta w kilku datach i słowach.

    • 2500-1800 p.n.e.- wykryto ślady liści koki w mumiach z północnego Peru
    • 2100 p.n.e. - stwierdzono obecność koki w kulturze z terenów dzisiejszego Ekwadoru
    • 1200-1475 - Inkowie przygotowują olej z rośliny koki i wykorzystują go w trepanacji czaszki oraz w leczeniu nowotworów
    • 1499 - ksiądz Tomasz Ortiz upowszechnia w Europie wiedzę o liściach koki
    • 1609 - kronikarz Garcilazo de la Vega pisze o leczniczych właściwościach koki
    • 1880 - koka trafia na oficjalną listę farmaceutyków w Ameryce Północnej
    • 1884 - Sigmunt Freud publikuje pierwszy artykuł „About Coca”
    • Kokaina staje się powszechnie wykorzystywana w medycynie przez takie postacie jak Karl Koller, Dr William Hall
    • "Parque Davis" zaczyna produkować kokainę na mała skalę
    • 1885 - Anieto Arce, prezydent Boliwii, przyznaje firmie "Parque Davis" pozwolenie na produkcję kokainy
    • 1886 - w USA wprowadza się napój na bazie koki, którego producentem jest John Pemberton. Napój nazwano COCA COLA
    • 1905 - naturalna kokaina zostaje wycofana ze sklepów i zakazana
    • 1914 - The Harrison Low (USA) zakazuje używania kokainy w USA
    • 1950 - Koka zostaje uznana za przyczynę biedy w krajach andyjskich
    • 1961 - na konwencji genewskiej Narody Zjednoczone uznają, że koka powinna zostać całkowicie wyeliminowana. Wprowadza się zakaz żucia koki. Dopuszcza się wykorzystywanie koki jedynie w przemyśle (Coca Cola).

    Obecność koki na przestrzeni wieków pokazuje jak wielkie ma ona znaczenie dla rozwoju kultury andyjskiej. Dopiero w oczach i rękach białych „stała się” ona kokainą.

    Legenda mówi:
    "...kiedy biali konkwistadorzy dotknęli liści koki, wszystko co znaleźli stało się jadem dla ich ciał i szaleństwem dla ich duszy..."

    Na dachu Boliwii – Sajama zdobyta!

    07.06.2007

    Legenda mówi, że Illimani górujący nad La Paz z zazdrości o wysokość odciął głowę sąsiedniej górze Mururata i wyrzucił ją daleko od La Paz.. Tak właśnie powstała Sajama, najwyższy szczyt Boliwii 6542 m n.p.m.
    Chcemy stanąć na dachu Boliwii i przeżyć przygodę...

    Brak plecaka, sprzętu i kilka innych okoliczności sprawiają, że postanawiamy skorzystać z oferty agencji górskiej Adolfo Andino (zresztą godnej polecenia) i jedzie z nami guide Paulino. Decydujemy się na transport publiczny, bo wydaje nam się, że wtedy czeka nas większa przygoda. I to prawda, to zdecydowanie prawda.

    Siedzimy właśnie w autobusie na około 20 osób. Okazuje się jednak, że może on pomieścić zdecydowanie więcej. W autobusie unosi się zapach jedzenia. Rozpoznaje mandarynki. Innych zapachów nie potrafię zidentyfikować a jest zbyt tłoczno abym mogła cokolwiek zobaczyć. Zapewne jednak, co jest tu bardzo powszechne, wszyscy jędzą teraz obiad z woreczków foliowych. Na ulicach, w sklepach i w autobusach widać Boliwijczyków, którzy nieustająco są w porze lunchu. Woreczki foliowe to nieodłączny element ich ekwipunku i jędzą z nich absolutnie wszystko - choć wydaje się to niemożliwe, jędzą z nich również zupę...

    Moje senne obserwacje zachowań współtowarzyszy podróży przerywa blokada na drodze. Jak się okazuje dotyczy cystern z gazem. Wszystkie inne samochody, łącznie z naszym autobusem przepuszczane są boczną drogą. Hasła wypisane na ścianach i murach emanują entuzjazmem dotyczącym Evo Moralesa. Kiedy jednak patrzę na blokady, słucham o strajkach, mam wrażenie, że wśród ludzi ten entuzjazm topnieje.

    Wreszcie docieramy do wioski Patacamaya. Tu kupujemy baterie, jemy lunch, przesiadamy się do innego busa i wyruszamy do wioski Sajama.

    Wydawało mi się, że teraz dotrzemy do wioski maksymalnie w 3 godziny, zdążymy wynająć muły i jeszcze dziś dotrzemy do bazy.

    To, że siedzę teraz w „jadłodajni” w wiosce Sajama, popijam mate de coca najlepiej świadczy o tym jak bardzo byłam w błędzie. Po pierwsze bus wyjechał z godzinnym opóźnieniem, bo czekaliśmy na jednego pasażera, który natychmiast po tym jak wsiadł do busa beztrosko zasnął. Kierowca próbował odwrócić uwagę pozostałych pasażerów (choć nie mam pojęcia po co, bo tu i tak nikt czasu nie traktuje poważnie) jeżdżąc w kółko po mieście i zatrzymując się średnio co 200 metrów. Poza tym ta podróż nauczyła mnie, że boliwijskie busy są z gumy. Do busa, w którym wygodnie podróżować może około 8 osób, można również wepchnąć 21. Nie mogłam uwierzyć, ale coraz bardziej jestem przekonana, że Boliwia jeszcze nie raz mnie zaskoczy i pewnie wielu rzeczy nauczy...

    08.06.2007

    Wstajemy wcześnie bo przed nami długa droga. Nie zatrzymamy się w bazie na nocleg, ale od razu pojedziemy do campo alto. O świcie nie ma już śladu po zapachu kadzidła, którym wczoraj pachniała cała Sajama. To prawdopodobnie z powodu palenia traw przez Indian na altiplano.

    Sajama to wioska często odwiedzana przez turystów z powodu gejzerów i gorących źródeł. Leży ona u podnóża 3 wulkanów: Parinacota, Pomerape i Sajama. Znacznie mniejsza ilość turystów przyjeżdża tu zdobywać góry, choć akurat Sajama daje ku temu powody, bo jest najwyższym szczytem Boliwii.

    Jemy śniadanie, część sprzętu pakujemy na muły i wyruszamy. Idziemy drogą pomiędzy wulkanami, lamy przyglądają nam się z ogromną ciekawością i ufnie pozują do zdjęć. Są takie dostojne, a przyozdobione kolorowymi kawałkami wełny wyglądają jak damy.

    Docieramy do bazy. Tam czekamy na muły, pakujemy plecaki i wyruszamy do campo alto na wysokość 5600 m n.p.m. Droga jest coraz bardziej stroma i coraz trudniej się wchodzi ze względu na piarg. Dwa kroki w górę i zsuwam się w dół - i tak bez końca. Wreszcie widać namioty na campo alto. Jeszcze kilka metrów zapadania się w pyle wulkanicznym i jesteśmy na miejscu.

    To maleńki obóz na maksymalnie 5 namiotów. Jest miejsce dla nas, bo oprócz nas jest jeszcze tylko jeden zespół z Colorado. Są tu od dwóch dni i trochę z politowaniem i niedowierzaniem patrzą na nas, kiedy mówimy, że dziś wyruszyliśmy z wioski i dziś w nocy atakujemy szczyt. Rozbijamy namiot, Paulino gotuje herbatę i ciepła kolacje. Przed nami około 5 godzin na odpoczynek przed atakiem szczytowym. O spaniu nawet nie marzę...

    09.06.2007

    Najtrudniej wyjść ze śpiwora. Nawet w namiocie czuje przejmujące zimno. Sajama ma opinie lodowej i niezbyt gościnnej damy. Wyraźnie to czuję każdym receptorem. Jest zimno i wieje lodowaty wiatr.

    Dość marudzenia, czas wstawać (choć nie bez trudu). Do namiotu wpada na chwilę Paulino. Jemy śniadanie. Paulino przygotował mate de coca. Mam ochotę, aby chwila, w której trzymam w dłoniach gorący kubek z herbatą trwała wiecznie.

     Nie trwała!
    Uprząż, raki, czekan, czołówka i ruszamy.

    Już na początku uderzają mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, nie ma tu drogi. Każdy idzie tak jak mu wygodnie, co może być zgubne, bo w wielu miejscach lodowiec jest przepaścisty. Po drugie, już od samego campo alto zaczyna się pole penitentów. Powiedziałabym nawet, że prawie cała Sajama jest nimi najeżona.

    Pamiętam, kiedy będąc w Chile na Lascarze zachwycałam się ich niezwykłym kształtem widzianym w świetle księżyca. Jak grupa modlących się pokutników. Dziś odkrywam inne znaczenie słowa PENITENTY. I nadal związane jest ono z pokutą, tylko tym razem tych, którzy muszą się przez nie przedrzeć.

    Mówi się, że Sajama nie jest górą trudną technicznie i to prawda, ale nadużyciem było stwierdzenie, że to góra łatwa. Lodowiec jest stromy, trzeba mieć dość dużą tolerancję na ekspozycje, bo sporo przepaścistych miejsc na grani a ponadto penitenty, brak drogi, silny, lodowaty wiatr i przenikliwe zimno utrudniają wspinanie. Odcinki skalne zmuszają do większej koncentracji a naszym wysiłkom przygląda się nadgryziony w połowie księżyc. Idziemy, idziemy, idziemy...

    Prawie błagam Paulino, aby poszedł trawersem bo lodowiec jest stromy a tubylcy z tego co widzę chodzą direct do celu (pewnie trzeba się urodzić na wysokości ponad 4000 m n.p.m. żeby pozwolić sobie na taką, w moim przekonaniu, ekstrawagancję...).Kilkakrotnie wydaje mi się, że widzę szczyt. Pytam Paulino "Es la cumbre?". A Paulino za każdym razem odpowiada, że nie. Mam nadzieję, że okłamuje mnie po to, aby za chwilę zrobić mi niespodziankę i oznajmić, że jesteśmy na szczycie. Niestety Paulino nie kłamie.

    Jesteśmy coraz wyżej, coraz trudniej się oddycha, wieje coraz silniejszy wiatr i jest coraz zimniej. Wchodzimy od południowo - zachodniej strony więc nawet wschodzące słońce nas nie rozgrzewa.

    Kiedy tracę nadzieję, Paulino wreszcie mówi, że jesteśmy na szczycie. Szczerze mówiąc już dawno wydawało mi się, że na nim jesteśmy, ale na Sajamie plateau szczytowe jest tak dużych rozmiarów, że kiedyś rozegrano na nim mecz piłki nożnej. Trzeba umieć znaleźć punkt uznawany za szczyt.

    Zatem to jest SAJAMA. Zimna, niegościnna i najwyższa w Boliwii - 6542 m n.p.m.

    Czas wracać do wioski!

    13.06.2007

    Salar de Uyuni

    Podróż z La Paz do Uyuni trwa jak mowią mieszkańcy Boliwii około 12 godzin. I znowu słowo "około" okazuje sie kluczowe i znowu doświadczamy tego, że w kwestii określania czasu nie można ufać tubylcom. Jesteśmy na terminalu na 30 minut przed terminowym odjazdem autobusu. Autobus planowo powinien odjechać do Uyuni o godzinie 19.00 ale podjechał na stanowisko dopiero około 20.00 i pewnie gdybyśmy nie zaangażowali się w pakowanie na dach paczek i worków Indian to wyjechalibyśmy nie o 20.40 ale jeszcze później. Wreszcie jednak
    wyruszamy. Autobus ma oznaczenie 5 gwiazdek, cokolwiek to oznacza, choć z widocznych objawów to jest obecność kocy na każdym siedzeniu. Pomyślalam że ma to uzasadnienie bo to ostatecznie bardzo długa trasa. Okazało sie, że nie odległość ma tu znaczenie ale panujące w autobusie temperatury. Nie praktykuje się korzystania z ogrzewania w autobusach, jak widać nawet tych pięciogwiazdkowych. Pokornie jednak znosimy wszelkie niewygody i spóźnienia, bo o 10.00 jesteśmy umówieni na to aby przesiąść się do jeepa i pojechać w dalszą podróż wgłąb salaru. O świcie ze zdziwieniem odnotowujemy fakt, że droga którą się poruszamy to droga polna i to w dodatku nie najlepszej jakości. Własciwie to nie wiem dlaczego wydawało nam sie że droga łączaca dwa znaczące punkty na mapie powinna być lepszej jakości. Wkrótce też zaczynamy z niepokojem spoglądać na zegarki, bo dawno minęła 7 rano, czyli godzina o której mieliśmy być w Uyuni. Kiedy docieramy do Uyuni jest 10.30. Punktualność nie jest najmocniejszą stroną Boliwijczykow. W zasadzie zdążylismy się do tego przyzwyczaić i nie robi to na nas większego wrażenia, ale dzisiejsze ponad 3 godzinne spóźnienie kosztuje nas w
    konsekwencji spóźnienie na transport, którym mieliśmy udać się na salar. Utknęlismy więc w Uyuni na całą dobę.
    Położona na skraju slaru mieścina nie zachwyca ani architekturą ani atrakcjami. Uwagę przykuwa złomowisko starych pociągow i wszechobecna sól. Kryształki soli błyszczą się w piasku, a drzewa pokryte solą wydają się być marmurowe.

    14.06.2007

    Poranne cafe con leche i idziemy do jeepa którym podróżowac będziemy po salarze. Wyjeżdżamy z opóźnieniem (nic nadzwyczajnego) z powodu obchodów rocznicy zakończenia wojny z Paragwajem.  Orkiestry, parady, defilady, sztandary i składanie kwiatów pod pomnikami przypominającymi dawne dzieje.

    Wreszcie udaje nam się wyjechać z Uyuni i na chwile zatrzymujemy się w wiosce Colchani. Wszyscy mieszkańcy wioski zajmują się zbieraniem soli, pracują całymi rodzinami a za 50 kg soli otrzymują 1 boliwiano (1/8 dolara). Jest to najtańsza siła robocza a wszelkie pomysły z wprowadzeniem maszyn natychmiast upadały ze względu na znaczne zwiększenie kosztów "produkcji". Z Colchani wjeżdżamy na olbrzymi ocean soli. Wygląda jak białe morze siegające aż po horyzont. Salar Uyuni położony jest na wysokości 3653 m npm i zajmuje powierzchnię 12 tys km kwadratowych. Docieramy do hotelu Playa Blanca całkowicie zbudowanego z soli. Jest położony zaledwie kilkanaście kilometrow od Colchani i wygląda  bardziej na atrakcję turystyczną niż miejsce pobytu turystów, choć oczywiście można tam przenocować. Zatrzymujemy się tu na chwilę by za moment udać sie na Isla de Incahuasi (co znaczy dom Inków). Wyspa na słonym lądzie, porośnieta kaktusami Cordon, które w tych okolicach jak i na północy Chile wykorzystwane są do budowy domów.                                         

    Po lunchu przez słoną równinę udajemy się do San Juan i tu zostajemy na noc. W indiańskiej izbie stoją dwa łóżka pokryte ciężkimi ręcznie tkanymi derkami, puste ściany, cementowa podłoga i jedna świeczka. Czuję się trochę jak w klasztornej celi, choć ciepło jakie otula mnie  w tej izbie szybko usypia.  Od czasu kiedy jesteśmy w podróży, to nie wschody i zachody słońca wyznaczają  rytm naszego życia. Wyznaczają je pewne zdarzenia i cele. Śpimy wtedy kiedy jest taka mozliwość a nie wtedy kiedy jest noc. I właśnie teraz przez chwilę poczułam że mogę zasnąć. Przez chwilę, bo z uśpienia wyrywa mnie Vincent. Po salarze podróżujemy w 6-o osobowym teamie. Dwoje Nowozelandczykow, Chilijczyk, Francuz no i my. Vincent znalazł bar w którym podają grzane wino. To bardzo interesująca alternatywa dla naszych skromnych  "pokoi". W barze spędzamy znaczną część wieczoru chroniąc się przed nocnym chłodem pustyni. Nasza hiszpańsko-angielska dyskusja nabiera rozmachu wraz z upływem czasu i iloscią wypitego wina. Ostatnia godzina to silnie zaangażowane rozważania nad znaczeniem zwrotu "manana, la manana", które nie prowadzą w konsekwencji do jednoznacznych ustaleń.

    15.06.2007

    Śniadanie i ruszamy w dalszą drogę. Na chwilę zatrzymujemy sie przy czynnym wulkanie Ollague. I dalej jedziemy do Lagun: Canapa, Hedionda, Honda, Charota i Ramaditas. Krótka przerwa przy skalnym drzewie (Arbol de Piedra) i jedziemy do ceglasto-czerwonej od alg Laguny Colorada gdzie zatrzymujemy się na noc. Szczerze mowiąc laguny nieco mnie rozczarowały. Być może dlatego, że wciąż mam w pamięci turkusową Laguna Verde z Chile pod Ojos del Salado. Ale przecież nie pojechaliśmy tylko po to aby oglądać laguny. Pojechaliśmy też po to aby przeżyć przygodę, a ta nas nie opuszcza nawet na chwilę. W wiosce przy Laguna Colorada  Indianie zapraszają nas do sześciosobowej izby. Jest tak zimno, ze rozważamy możliwość zsunięcia wszystkich łóżek, a w
    dodatku w okolicy nie ma nic gdzie można kupić grzane wino. Pozostaje nam gorąca mate de coca. Trasa, którą przemierzamy naszym jeepem po salarze i jego okolicach jest dość czesto uczęszczana przez turystów. Po raz kolejny spotykam się z tym, ze Indianie próbują wychodzić na przeciw potrzebom "gringos", choć absolutnie tych potrzeb nie rozumieją. Konsekwencją tego są takie udziwnienia jak prąd, włączany tylko wieczorem (w nocy radź sobie sam z latarką albo świeczką), w dodatku włącznik prądu zwykle znajduje się nie przy drzwiach do pokoju ale zupełnie po drugiej stronie, prysznic z brodzikiem, w którym nie ma odpływu wody. Przykłady możnaby mnożyć. Chyba nawet nie można Indianom zarzucić braku zmyslu praktycznego. Oni po prostu nie korzystają z takich "wygód" i nie mają wyobrażenia jak je zorganizować aby działały sprawnie i praktycznie.

    16.06.2007

    Godz. 4.30 rano - wstajemy nie bez bólu, bo temperatura zniechęca do tego aby wytknąć nawet nos spod koca.
    Czas jednak goni. Gejzery są najbardziej aktywne wcześnie rano, kiedy jest duża różnica temperatur pomiędzy temperaturą pary a temperaturą panujacą na zewnątrz. Prawie w ogóle nie rozmawiając ze sobą pakujemy plecaki i ruszamy na spotkanie z nowym dniem. Zaczynamy go przy gejzerach. Jako pierwszy pojawia się  sztuczny odwiert którym wydobywa się z ziemi ogromny strumień gorącej pary. Odwiert został przygotowany z myślą o napedzaniu parą maszyn. Jakich? Nie wiadomo bo pomysł dawno został zapomniany i dziś pozostał po nim tylko dziwaczny słup pary buchajacej w niebo co rano na środku pustyni. W pobliżu znajdują się naturalne gejzery. Nie są duże, jednak nie sposób ich przeoczyć, bo zapach siarki zwiastuje ich obecność juz kilka kilometrów wcześniej.
    Gdyby nie przeraźliwe zimno pomyślałabym że tak właśnie wygląda piekło. Szybko opuszczamy to miejsce i dalej przemierzając bezdroża altiplano docieramy do gorących źródeł. Jest tak zimno, że nie mam ochoty wychodzić z jeepa. I wtedy wstaje słońce. Widok jest oszałamiajacy. Nie mogę tego przeoczyć i nie bacząc na zimno biegnę z aparatem nad brzeg laguny. Tam , nad brzegiem gorących źrodeł jemy szybkie śniadanie (nikomu nie przyszła do głowy kąpiel w ciepłych źródłach i to nie z powodu braku ręcznikow ;-) ) i jak przystało na pustynną włóczęgę ruszamy dalej do granicy z Chile, gdzie zatrzymujemy sie na chwile pod Licancaburem, który kryje wiele inkaskich tajemnic. Tam też rozstajemy sie  z naszymi przyjaciółmi: Vincentem, Jo, Robem i Alanem, którzy przekraczają granicę i udają się do San Pedro de Atacama.
    Wracając do Uyuni mijamy puste wioski, stada lam, pojedynczych ludzi którzy pozdrawiają się wzajemnie. Dziś wieczorem mamy autobus powrotny do La Paz.

    Nadal 16.06.2007 godzina 20.00

    Nie mogę uwierzyć że nasz autobus, który wygląda na luksusowy, punktualnie stanął na przystanku. Jeszcze bardziej zadziwiwjace jest dla nas to, ze wyjechał z zaledwie 10-o minutowym opóźnieniem. Można nawet powiedzieć że wyjechał punktualnie. Otulamy się kocami i już prawie zasypiamy, kiedy nagle ktoś, kto wygląda na machanika zaczyna nerwowo biegać po autobusie. Otwieram oczy i widzę że komuś rozlała się woda, choć dziwi mnie fakt że w tak dużej ilości. Jak sie później okazuje, woda rozlała się nie komuś, ale wylała się z systemu chłodniczego. Po chwili pasażerowie z tylnych siedzeń zaczęli pospiesznie wysiadać a w autobusie pojawiły sie kłęby dymu i pary.  Pozostali pasażerowie z nami włącznie pozostali nieporuszeni i nie drgnęli nawet ze swoich miejsc. Widać z czasem można  przyzwyczaić się do wszystkiego. Jesteśmy zaledwie kilkanaście kilometrów od Uyuni. Z głębi autobusu slychać ciche głosy sugerujące powrót do Uyuni. Widać głosy są zbyt ciche bo choć rozsądek nakazuje powrót nasi kierowcy tego nie robią. Zabierają się za to za naprawę chłodnicy, cokolwiek to w tym kraju oznacza. W końcu jeden z nich krzyczy "Agua, mas agua".  Wszyscy oddajemy swoją wodę mineralną, ale nie ma tego zbyt wiele. W końcu do chłodnicy trafaiają litry fanty, coca-coli i piwa. Nawet nie probuję się zastanawiać jak to zadziała, bo wszystko wydaje sie lepsze od kolejnej mroźnej nocy w sercu pustyni. Ku zdziwieniu nas wszystkich zadziałało! Mało tego, do La Paz dotarlismy nadzwyczaj punktualnie! Od tej chwili Jarek kierowców  autobusu z Uyuni nazywa nie inaczej jak "Orły z Uyuni".
    To jest własnie Boliwia!
    Nie ma reguł czy zasady przyczynowo-skutkowej. Nie wiem jak to działa, ale choć czasem kosztuje trochę wyrzeczeń wciąż mnie fascynuje.

    20.06.2007

    Dziś ostatni dzień przed powrotem do Polski. Włóczymy się uliczkami La Paz. To jedno z najbrzydszych miast, jakie w życiu widziałam. Pierwszeństwa ustępuje mu tylko Lima. La Paz pięknie wygląda tylko nocą, kiedy ciemność kryje biedę, brud i tymczasowość. Nocą światła leniwie spływają ze stoków gór do centrum w dolinie. Wtedy La Paz wygląda wyjątkowo.

    Ale teraz w dzień nie sposób zatkać uszu i nie słyszeć zgiełku na ulicach. Ponad 1 mln mieszkańców tego prawie 9-cio milionowego państwa mieszka właśnie tu, w La Paz. Trudno zatem spodziewać się ciszy i wolnej przestrzeni. Wszyscy chcą być tu nie tylko widziani, ale też słyszani.

    Kierowcy zamiast hamulca używają klaksonów, jeśli do tego dodamy pomocników w busach wykrzykujących nazwy miejscowości, do których jedzie bus i cenę to robi się na prawdę spory hałas. Jeśli zdecydujesz się wsiąść do takiego busa wystarczy machnąć ręką a bus natychmiast się zatrzyma. Nie ważne czy to skrzyżowanie, rondo czy ruchliwa droga w centrum miasta. Możesz wsiąść dokładnie wszędzie.

    Właśnie udało mi się nie wpaść pod koła takiego busa i idę dalej mijając stragany z orzechami, których całą torbę można kupić za 2 boliwiano (1 boliwiano = 1/8 dolara), dalej kilkanaście odmian ziemniaków, które mają tu swoją ojczyznę (w Ameryce Południowej znanych jest ponad 300 odmian ziemniaków), liście koki w olbrzymich ilościach i stragany na targu czarownic.

    Mijam żebraków na ulicach, którym albo spryt albo instynkt samozachowawczy każe usadawiać się przy bankomatach i kantorach. Wdycham spaliny i słodkawo - mdły zapach, który już zawsze przypominać mi będzie Amerykę Południową.

    Mijam czyścibutów, sfeminizowaną policję i tradycyjnie ubranych mieszkańców, których nieodłącznym wyposażeniem są małe radioodbiorniki, często trzymane blisko ucha. Choć to jedno z najbrzydszych miast, jakie widziałam, to jednak urzekło mnie swoją magią i tajemniczością.

    Urzekł mnie Illimani górujący jak strażnik nad doliną, urzekli mnie ludzie, którzy w pierwszym kontakcie zawsze są uprzejmi. Kiedy się ich bliżej poznaje wyczuwa się dystans, taki jaki zwykle trzyma się wobec obcych. Dopiero kiedy uda Ci się przełamać tę barierę, możesz poznać ich proste i szczere serca.

    Jeszcze nie wsiedliśmy do samolotu a już tęsknię za La Paz, za bezdrożami Altiplano, za Boliwią. Hasta Luego powtarzam w myślach i wracam na chwile do "swojego" świata, aby zaplanować kolejną wyprawę.

  • Informacje o miejscu

    Boliwia - Tybet Ameryki Poludniowej - to najbardziej tradycyjne i zarazem najbiedniejsze państwo w Ameryce Poludniowej. Na obszarze zamieszkuje okolo 9 mln mieszkańcow, z czego milion w stolicy La Paz.

  • Przygotowanie ekwipunek

    Jeśli zamierzasz skorzystać z pomocy agencji turystycznych (w jakimkolwiek obszarze - transport, guide etc), których w La Paz jest bez liku, nie musisz zabierać ekwipunku wspinaczkowego. Jesli bierzesz przewodnika z agencji, możliwa jest opcja z wypożyczeniem ekwipunku, co nie zmienia ceny. Chyba, że najlepiej czujesz się mając własny sprzęt (ja też tak mam, ale wspaniałe linie lotnicze Alitalia, "nakłonily" mnie jednak do wypożyczenia sprzętu).

    Poruszając się po Altiplano na pewno musisz mieć ciepłe rzeczy (pamiętaj poruszasz się ciągle na wysokości średnio 4000 m n.p.m): bieliznę termoaktywną, polar, kurtkę chroniącą przed wiatrem, rękawice (w górach b. ciepłe), czapka, okulary przeciwsłoneczne. Noce bywają naprawdę mroźne z lodowatym wiatrem.

    Wybierając się do dżungli warto mieć szybko schnące rzeczy, długie rękawy i nogawki koniecznie repellenty (choć nie należy liczyć na nie zbytnio).

    Wszędzie w Boliwii należy liczyć się z deficytem wody pitnej więc "una botella de agua es nesesita".

  • Przygotowanie - formalności
    Przy wyjeździe do Boliwii do 90 dni wiza nie jest wymagana.
  • Koszty
  • Dojazd

    Stosunkowo trudno było dostać w miarę tani bilet lotniczy. Nasz przelot wyglądał tak:

    Warszawa - Rzym - Buenos Aires (Alitalia) - Santa Cruz de la Sierra - La Paz (AeroSur)

    Wycieczki w okolicach La Paz: można skorzystac z busow, lub wykupić w agencji (Tiwanaku, Titicaca, Isla del Sol, trekking w Cordillera Real)

    Sajama, Salar de Uyuni - autobus z terminalu w La Paz (bilety lepiej kupić wcześniej) lub wykupić w agencji transport prywatny (dużo drożej)

  • Noclegi

    W La Paz nocowaliśmy w hotelu Sagarnaga na Calle Sagarnaga - pokój 2 osobowy z łazienką i ciepłą wodą + tzw "śniadanie"  - 20$

    Na Isla del Sol w chacie u miejscowych Indian - 10bolivianos

    Wioska Sajama w "pomieszczeniach przystosowanych" - 10-25bolivianos

    W górach - namiot oczywiscie

 
Komentarze do wyprawy: Za Bramą Słońca - Boliwia 2007
 
Przysłany: 2008-04-18 11:02:16Skomentuj ten komentarz...
Super wyprawa :) i bardzo fajna stronka o wyprawach. Pozdrawiam i życzę kolejnych pięknych i ciekawych wyjazdów. A z tym plecakiem to naprawdę pech...
Napisał: romek (romek26@o2.pl)
Dodaj nowy komentarz...
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  www.e-gory.pl  
  www.wyprawy.onet.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Chodzieskie Radio Internetowe  
  Magazyn Turystyki Górskiej