Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
 
    Ostatnio dodane wyprawy
 
« lista wypraw
Tytuł wyprawy: VOLCANICA
Data wyprawy: 29.05 - 24.06.2013
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Peru,
Miejsce docelowe: Cordillera Volcanica
Atrakcja: góry wysokie
Kategoria: wspinaczka, trekking, podróż
Autor wyprawy:
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
 
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Dziennik żółtodzioba

    Tomek zaczął pisać dziennik - gorąco zachęcam do lektury Dziennika Żółtodzioba :).

    No i zdecydowałem  się przyleciałem do Ameryki Południowej, a dokładniej do Peru… na wyprawę do której zaprosił mnie  mój Serdeczny Druch  Jarek Łączka (wcześniej raczej łączyła nas enologia… he, he, he?!) . Proces decyzyjny co do wyjazdu był szybki, moja Żona  była zdecydowanie na tak, określając to: jedź i się zresetuj, jestem za to bardzo wdzięczny … Dzieciaki też powiedziały: nie stresuj się i jedź… !

    No to pojechałem….

     

    Po 23 godzinach od wyjazdu z Poznania postawiłem nogę na ziemi Peruwiańskiej, a dokładnie w stolicy Limie, po oczekiwaniu mniej więcej godzinnym za bagażem wybiegliśmy z lotniska, żeby dostać się na dworzec autobusowy (tylko 20 minut taksówką) muszę powiedzieć, że jazda była na najwyższej adrenalinie – to co robią tu kierowcy u nas w „cywilizowanym świecie „ skończyłoby się przynajmniej 15 stłuczkami – nie, nie jak ktoś był w Paryżu i miał wrażenie, że jeździ  się na zderzak – to tutaj jeździ się z zamkniętymi oczami i modli o jeszcze jedną szansę na przeżycie…

     

    W końcu docieramy na dworzec autobusowy – kontrola jak na lotnisku, płacimy za wyjazd do Cusco, który ma trwać ok. 18 godzin – przeżyjemy – chyba …. Czas jest tutaj dość osobliwie traktowany 2 godziny w lewo czy w prawo, jakie to ma znaczenie ? Jednego czego Jarek mnie uczy to – luzik - oni tak mają !

     

    No więc noc w autobusie w wygodnych fotelach, na dolnym pokładzie i jak się okazało to 21 godzin jazdy przez ANDY – widoki są nie do opisania, przepaście zatykają nieco oddech, a zrobienie siusiu w toalecie autobusu graniczy z cudem, oczywiście żeby trafić we właściwe miejsce, a nie na ścianę, czy podłogę . Jedno jest pewne jak tu będziecie jeździć autobusem to do toalety chodzi się w butach !!!! Ja poszedłem w skarpetkach……;)

     

    Przy jednym dłuższym wymuszonym postoju ok. 60 km przed Cuzco – podobno szła procesja, nam się skojarzyło, że to Boże Ciało, udało mi się zaatakować lusterko od autokaru i lekko rozbiłem sobie nasadę nosa. A wszystko dlatego, że autokar został obstąpiony przez lokalnych sprzedawców lodów,  picia, jedzenia, owoców i próbując przejść pod ich parasolami nadziałem się na wspomniane lusterko. Trzeba pamiętać, że tu wszystko jest niżej, a średni wzrost to ok. 150 cm. Z moimi 185 cm wciąż nadziewam się na takie niespodzianki………

     

    Dziennik Żółtodzioba cz.2

     

     

    Króciutko o kolacji jaką urządziliśmy sobie z Jarkiem.

     

    W Peru obok mięsa z alpaki, (bardzo dobre), jagnięciny oraz lamy , króluje wołowina, nie byłbym sobą gdybym nie wypatrzył polędwicy na befsztyki ( ceny w/w mięsa są tu śmieszne kilogram polędwicy 14 soli to mniej więcej 16 PLN ) namówiłem ( właściwie zakomunikowałem co jemy) kupiliśmy 70 dkg, czyli mniej więcej 6 dużych befsztyków, najprostsza marynata pod słońcem czyli sos sojowy( zawiera sól i cukier- cukier w zetknięciu z gorącą patelnią zamyka pory mięsa  przez co befsztyk jest zawsze soczysty), pieprz i odrobina caberneta.

     

    Po lekkim rozbiciu mięsa wkłada się je mniej więcej na pół godziny w marynatę . W tym czasie przygotowałem warzywny RATATUJ (tak, tak to potrawa , a nie bajka…He,He,He…) czyli warzywa takie jak marchew, seler, korzeń pietruszki, szalotka (tutaj są ogromne i słodkie) , łodyga selera naciowego i jeden twardy pomidor pokrojony w ćwiartki aby się nie rozgotował – warzywa dusi się na maśle pod przykryciem (bez wody – oddają soki ) na pięć minut przed końcem dodaje się pomidora i odrobinę czerwonego wina, soli i pieprzu – WARZYWA  NIE MOGĄ SIĘ ROZGOTOWAĆ ! muszą być lekko chrupiące .

     

    Odstawiamy na bok i smażymy befsztyki ja uwielbiam krwiste, Jarek średnie, no i po 5 minutach bierzemy talerze nakładamy RATATUJ i na to ( w naszym przypadku po 3 befsztyki !!!!) do tego butelkę czerwonego wina i SMACZNEGO !!!! ( dokumentacja zdjęciowa w załączeniu)….i jak tu schudnąć ?

     

     

     

     Dziennik Żółtodzioba cz. 3

     

    Po wczorajszym obżarstwie o 7.30 rano czekamy przed naszym hotelem na busa, który ma nas zabrać na wymarzoną wycieczkę do Machu Picchu – zaginionego miasta Inków położonego na wysokości 2430 m n.p.m. nigdy nie odnalezionej przez Hiszpanów, a odkrytej dopiero na początku XX w.

     

    Jest 8.00 stoimy jak te słupy dalej – dwóch dryblasów, z kolorowymi plecakami, wszyscy taksówkarze na nas trąbią …. Taki tu zwyczaj….

     

    8.03 nie wytrzymałem  Jarek dzwoni do biura, które sprzedało nam wyjazd no i echo… nikt nie odbiera (mimo – podobno dyżuru 24 h)

     

    Ok. 8.15 wychodzi właściciel hotelu i szczęka mu opada na nasz widok, ale zaraz robi dobrą mine i mówi, że wszystko co można powiedzieć z całą pewnością o Peruwiańczykach to, to, że nie są punktualni. No cóż czas tutaj płynie znacznie wolniej…., uspokoiło nas to na jakieś 5 minut.

     

    Jarek nie wytrzymuje i idzie zadzwonić z lokalnego telefonu, właściwie to budki telefonicznej w postaci Pani, która siedzi na narożniku ulicy w odblaskowym kubraczku i usługowo użycza (za opłatą oczywiście ) swojego telefonu komórkowego.

     

    Po drugiej stronie telefonu odzywa się właściciel firmy i od razu krzyczy – Byłem po Was i nikogo nie znalazłem….

     

    No, teraz miarka się przebrała, wskakujemy do taksówki i po 5 minutach jesteśmy w biurze.

     

    Facet bardzo zdenerwowany, nie wie co powiedzieć, a Jarek szybka akcja i zjechał gościa po hiszpańsku rzecz oczywista. Pokazałem, o której do niego dzwoniliśmy – nie mógł już nic więcej powiedzieć. Wiem, że to niehumanitarne – dwóch dryblasów (jak na tutejsze warunki) na jednego „Małego” 155 cm, ale w końcu zapłaciliśmy po kila stówek.

     

    Oczywiście dzisiaj o Machu Picchu możemy tylko pomarzyć…. Udało się jednak załatwić wyjazd na zwiedzanie do Świętej Doliny, która mieliśmy zrobić za dwa dni.

     

    Po dotarciu na miejsce i wdrapaniu się (to znaczy ja się wdrapywałem, a Jaro szedł jakby nigdy nic) na sam szczyt twierdzy, mój mentor czyli Jaro (cały czas mnie aklimatyzuje….) tak to się nazywa …. Gania mnie z dwóch tysięcy metrów na prawie cztery i z powrotem, a później jako psycholog mnie motywuje, no nieźle stary, stopy stawiasz OK, tempo masz dobre, a ja ze szczęścia ??? oddechu nie mogę złapać, oczy mi wyłażą z niedotlenienia (na szczęście miałem okulary) tętno około 200, pot mi się leje po plecach i się nie odzywam (wcale nie z wrodzonej skromności) bo nie mogę słowa wykrztusić – 3700m n.p.m. robi swoje dla takiego laika jak ja.

     

    Jak już zacząłem kwękać Jarek mi mówi – niedługo będziesz się aklimatyzował na 4800, a później oszukamy organizm i zanim się zorientujesz zaatakujemy 5600…

     

    - O matko co ON do mnie mówi !???? Co to znaczy !???? Zobaczymy już niedługo…

     

    A teraz kilka porad Żółtodzioba …

     

    - po pierwsze aklimatyzacja na tych wysokościach jest niezbędna !!! (kilka osób z naszego wyjazdu wylądowało w autokarze z maską tlenową)

     

    - po drugie – nigdy nie graj chojraka – krzywdę łatwo sobie zrobić

     

    - po trzecie – wyjeżdżaj tylko z ludźmi , którzy maja pojecie co robią i co robić zanim wejdziesz na większe wysokości

     

    - po czwarte – Twój kompan lub Ty musisz w Peru znać hiszpański, angielski jest używany rzadko i znaczy tyle co polski… do następnego razu.

     

     

    Pierwsze spotkanie z Cocą

     

    Dziennik Żółtodzioba cz. 4

    Jedziemy w kierunku Machu Picchu blisko 7 godzin busem , który na pokładzie ma 16 osób, widoki gór zapierają dech w piersi – dosłownie, bo tutaj drogi nie mają żadnych barier zabezpieczających , przed runięciem w dół …, trzeba  mieć naprawdę nerwy na wodzy lub być pijanym w sztok , żeby nie wskoczyć kierowcy na kolana i samemu próbować poprowadzić „ bezpieczniej”… wspinamy się na przełęcz na wysokości 4316 m n.p.m. ile to mają nasze Rysy , czy Gerlach ??? , z tej przełęczy wyglądałyby jak pagórki … nie obrażając górali z Zakopca. Do tego trzeba dodać , że jest to droga asfaltowa i to dość szeroka – dziwne tutaj też są mrozy w nocy , a w dzień temperatura skacze nawet do 30 stopni i nie ma dziur w nawierzchni – może nasz Premier załatwiłby szkolenie dla naszych drogowców w Peru jak się buduje drogi w skrajnych warunkach pogodowych.

    Niestety sielanka kończy się w Santa Maria – zjeżdżamy z drogi asfaltowej na polną usłaną granitowymi kamieniami – podróż ma potrwać jeszcze godzinę , ta godzina to na razie najdłuższa w moim życiu. COFAM WSZYSTKO co napisałem wcześniej o nerwach – z tej perspektywy to była SIELANKA !!!!

    To co zaczęło się dziać z drogą tutaj to horror przez duże HHHHHHaaaaa , droga szerokości 3 metrów wykuta w zboczu , z lewej przepaść na kilkaset metrów , a MY wyprzedzamy ciężarówkę , która próbuje zrobić nam trochę miejsca wpasowując się w wyłom skalny, lewe koła od przepaści dzieli ok., 20, 30 cm , kierowca wydmuchuje sobie nos w papier toaletowy i kierownicę trzyma łokciami !!!!  Boże czemu ja usiadłem za nim ?! – tak wiem , chciałem podziwiać widoki przez przednią szybę .  Jarek choć przyzwyczajony do wysokości , ma co najmniej niewyraźną minę …. To mnie jeszcze bardziej przeraża …!!!!  Kręci film kamerą  jak lewą stroną ślizgamy się po krawędzi przepaści , ja nie wiem czy się modlić , czy wysiadać , czy może rozbeczeć się z nerwów i bezradności… ??? I tak przez 30 kilometrów…

    W końcu docieramy do Santa Teresa , jak wysiadłem z auta zastanawiałem się czy nie klęknąć i nie całować ziemi ze szczęścia , że przejechaliśmy góry szczęśliwie , powstrzymała mnie jednak perspektywa powrotu w dniu jutrzejszym , nie będę dwa razy brudził kolan w pyle jaki jest tu wszechobecny , zostawię to na jutro , będzie hurtem , ale jako nałogowiec wypaliłem 2 papierosy jeden po drugim ….a myślałem , że tu rzucę … wszystko przez tego kamikadze za kierownicą…

    Nie chce mi się jeść mimo sześciogodzinnego postu i jednej bułeczki na śniadanie. Z Jarkiem wypijamy jedno piwo na spółkę i jedziemy ok. 20 minut do punktu wyjścia . Czyli Hydroelektrowni na rzece Urubamba , stąd plecak na plecy i 10 kilometrów przez prawdziwą dżunglę do miejscowości Aguas Calientes ( Ciepłe Źródła) skąd przed świtem będziemy się wspinać na Machu Picchu . Po drodze Jarek robi mi zdjęcia wśród dzikich bananowców , zbieramy na ziemi wielkie avocado ( występuje ich tutaj ponad 30 gatunków , od maleńkich wielkości małego ogórka do olbrzymich wielkości małej kapusty i wszystkie są jadalne ). Do Aguas Calientes docieramy po dwóch godzinach , jest już noc – ostatnie 300 m drogi w dżungli oświetlają nam świetliki – śmiejemy się , ze są dobrze wytresowane , ponieważ świecą tylko na poboczu drogi . Po zainstalowaniu się w ślepym pokoju ( bez okien na zewnątrz ) jemy kolację, wrzucamy materiał na ODKRYTE .PL ( już go pewnie czytaliście – mam nadzieję ) idziemy spać jest 23 , o 3.30 pobudka . Wychodzimy o 4.30 jest noc ( tutaj słonce wschodzi ok. 6.00 i zachodzi ok. 18 . 00 – nie ma praktycznie zmierzchu noc zapada nagle – to strefa około równikowa i tak jest praktycznie przez cały rok). Idziemy pieszo po śniadaniu – jedna bułeczka z dżemem i margaryną ( można wjechać oczywiście autobusem – trasa jest dość długa i droga  15 dolarów w jedną stronę ) są dwie trasy piesze jedna łatwiejsza, ale DŁUGA wzdłuż drogi dla autobusów , druga czyli ta , którą wybraliśmy ( …o matko…!) czyli pionowo w górę (malusieńkimi zakosami) 450 metrów w pionie !!!! Przeliczając to na piętra , to mniej więcej (raczej więcej ) – ale co tam o drobne nie chodzi – wieżowiec ten miałby 150 PIĘTER !!!! Znacie taki w Europie ???  Punktualnie o piątej strażnik po sprawdzeniu paszportu i biletu wpuszcza nas na teren parku . No teraz tylko w górę i za mniej więcej godzinę powinniśmy być na górze w Machu Picchu …najgorzej jak się komuś coś wydaje …. Jaro mnie pociesza , że inne wejścia jakie nas czekają nie będą , aż tak strome – na wulkanie kąt nachylenia zbocza ma tylko 30 stopni – zaschło mi w gardle ….?! O k…wa  pomyślałem , może pójdę DROGĄ ??? Boże co mnie tutaj czeka , niepokojące było również to , że na 100 osób czekających na wejście my byliśmy najstarsi ….i to znacznie…. ( z pewnością w tym towarzystwie byłem NAJCIĘŻSZY... ładnie to brzmi …niestety nie mówię o mięśniach….) …ale co tam , nie będę mięczakiem i z wojennym okrzykiem na ustach - „ …Jeńców nie BIERZEMY…” !!! ruszyłem pod górę , na początku w świetle czołówek ( latarki na czole) było ciemno jak w ……. Dochodzę do wniosku , że Jaro przesadził ….nie jest tak źle, dam radę… - Zdążyłem tylko o tym pomyśleć ( zawsze wtedy muszę być pokarany, za brak pokory ….macie to samo , czy tylko ja jestem takim pechowcem – jak tylko pomyślę , że cos fajnie się uda – to zawsze musi być odwrotnie , no prawie zawsze…) – schody w pionie , jedne mają 10 cm , następne 45 cm – jak tu złapać tempo.?  Po pierwszej setce (chyba?) czułem , że tętno dobiło do 250 ( może do 300 ? ) , nie dam rady – to się nie da …. Jak doczłapałem do drogi , którą przecina ścieżka po której szliśmy – Jaro na mnie czekał , wycharczałem …, ze pójdę dalej drogą  ??? Jarek jednak nie odpuścił – Dawaj wodę z plecaka , trochę Cię odciążę i idziemy – to nie wyścig , idź spokojnie noga za nogą …. – nie dam rady , nie zmuszę się żeby tam znowu się skrabać ….a to dopiero początek pierwszy z ośmiu odcinków ….

    Chwile odpocząłem – dobra spróbuję , jak inni mogą , ja też muszę …, no i polazłem jak muł pod górę – powoli , ale do przodu , te schody to prawdziwy interwał , raz szybko raz wolno , raz niski schodek , raz wysoki i tak do samego szczytu…

    Po wejściu na szczyt byłem szczęśliwy jak dzieciak , przybiliśmy sobie „ piątki” – wiem jedno bez pomocy Jarka – poszedłbym drogą ….

    Podejście trwało nieco ponad godzinę – 450 metrów w pionie ! Powiem tylko tyle, to naprawdę mordercze  dla takiego Żółtodzioba jak ja…

    Jednego nauczyłem się z pewnością – nie wolno w górach biegać , ja narzuciłem sobie zbyt ostre tempo i dostałem za swoje , idź zawsze spokojnie i miarowo , równym krokiem , oddychaj głęboko – nikt Cię nie pogania i tak jest OK.

     

    MACHU PICCHU

    Trudno to opisać , jakie wrażenie zrobiła ta budowla na mnie – miasto w chmurach …zbudowana z kamienia . Do dzisiaj istnieją tyko domysły jak powstała ? Jak to możliwe , że w XVI wieku spasować kamienie ze skały granitowej ( czyli jednej z najtwardszej jaką znamy) z dokładnością do milimetra bez użycia grama zaprawy – mimo wielu trzęsien ziemi stoi nienaruszona . Dzisiaj mury są prześwietlane w części rozbierane i nikt nie potrafi  ręcznie odtworzyć tak dokładnych spasowań  kamieni jak robili to INKOWIE. Kamienie bywają nieregularne ale każdy do siebie przylega jak klocek LEGO . Brzegi kamieni wyglądają  jak byłyby cięte laserem albo specjalistyczną piłą.

    Inkowie nie znali koła ! Trudno , więc przypuszczać aby dysponowali taką technologią , mówi się , ze kamienie były szlifowane za pomocą piasku i innych twardszych kamieni . Nie jestem znawcą , ale trudno się z tym zgodzić , do dziś nikt nie był w stanie odtworzyć murów tworzonych przez Inków w sposób wyżej opisany.

    Inkowie nie mieli swojego pisma , a może dokładniej rzecz biorąc jest coś co je przypomina  węzełki na sznurkach i tu znowu jest spór badaczy – jedni twierdzą , ze był to sposób zapisywanie liczb , inni znowu , że informacji . Spór trwa.

    Inkowie byli doskonałymi astronomami , znali konstelacje , wyznaczali pory roku z wielką dokładnością , potrafili wyznaczyć kierunki geograficzne co do stopnia ….

    Nikt dokładnie nie potrafi stwierdzić jak transportowano na duże odległości i wysokości kilkudziesięciotonowe głazy , średni wzrost Inka wynosił 150 – 155cm zakładając więc , że mogli być bardzo silni i wytrzymali  mogli je przenosić lub toczyć na balach drzewnych i w tym zakresie jest wiele teorii i hipotez , co jest prawdą pewnie nigdy się nie dowiemy.

     

    No dobra wystarczy tego poślizgu po historii – to musicie zobaczyć ( chociażby na zdjęciach zrobionych przez Jarka na odkryte.pl)

     

    Po zejściu tą sama drogą co weszliśmy ( nie wiem co lepsze? )na dole kolana miałem jak z galarety , mięśnie już nie trzymały – odbyliśmy spacer przez dżunglę – czyli 10 km z powrotem do hydroelektrowni – jak później się okazało jako jedyni z całej grupy . Czyli 24 h 20 km i podejście i zejście na Machu Picchu  , nie wiem  czy łącznie w tym roku tyle przeszedłem ?

    Aha , jak komuś brakuje adrenaliny to wybierzcie się na przejażdżkę do HUANHARACCO z miejscowym „ kamikadze” to po drodze do Machu Picchu .

     

    Do usłyszenia – Żółtodziób ;)

     

    Pamiętnik Żółtodzioba cz.5.

     

    No dobra – do roboty dzisiaj jest 4.06. – to tak żeby nie tracić rachuby czasu .

    Dzisiaj staramy się nadrobić straty snu po powrocie z Machu Picchu i jednocześnie przygotować się do wyjazdu do Arequipy drugiego co do wielkości miasta w Peru ( tzw. Białego Miasta – to z powodu białego kamienia wulkanicznego, z którego została wybudowana – ponieważ leży w sąsiedztwie 3 wulkanów Misti, Chachani i Pichu Pichu , każdy z nich ma w granicach 6 tysięcy metrów wysokości ) .

    Podobno jego mieszkańcy nie mówią o sobie – jestem z Peru , a – ja jestem z Arequipy.

    Arequipa liczy oficjalnie około miliona mieszkańców , ale nieoficjalnie znacznie więcej …

    Miasto jest ośrodkiem kulturalno- oświatowym Peru, no ale o tym później kiedy tam się doczołgamy – oczywiście autobusem ….

    Podróż „tylko 10 godzin” jak na tutejsze standardy to bardzo krótko , przypomnę tylko , że z Limy do Cusco jechaliśmy 22 godziny ????!

    Moja kość ogonowa będzie do wymiany , ale co tam – dzisiaj można wszystko przeszczepić .

    W restauracyjce , którą wybraliśmy od początku jako centrum operacyjne z racji WI-FI i dobrego piwa ( CUSQUEŃA) zjedliśmy lunch , Jaro zupa cebulowa , a ja dla odmiany czosnkowa Pani przyjmując zamówienie spojrzała na nas podejrzliwie- czyżby tak rzadko to zamawiano ? Chyba tak ponieważ czekaliśmy za ich podaniem z pół godziny , pewnie kucharz ze śmiechu wpadł do kotła – aromaty były tak intensywne , że śmierdzieć będziemy ze trzy dni, choć my byliśmy zachwyceni tymi smakami – dobrze , że nasze Panie nie będą miały z nami do czynienia …!

    Muchy na nasz widok ( i zapach) skręcały 3 metry przed nami i przysiadały zdezorientowane na ścianach , przynajmniej tyle dobrego …

    Zawędrowaliśmy to tzw. lokutorium , czyli budek telefonicznych obsługiwanych przez Internet . Pan , który obsługiwał te urządzenia poinformował nas o cenie za minutę , o numerze kierunkowym do Polski ( myślicie , ze to takie oczywiste – nie ?) i zaczęliśmy kręcić, kręciliśmy i kręciliśmy mało słuchawek nie pourywaliśmy , a tu nic – prawdziwa Bonanza…

    PANU się przypomniało , że trzeba po kierunkowym do Polski wybrać cyfrę 50 !!!

    No w końcu odpaliło z 3 minuty rozmawiałem , niestety Jarkowi nie udało się dodzwonić…

    …i niespodzianka ( jak zwykle , gdy chodzi o kasę ) PAN zaśpiewał 22 sole ( to tutejsza waluta), a my w kłótnię , no jak to – przecież miało być 2 sole za minutę !!!, że Jarek w ogóle nie rozmawiał , a ja 3 no może 4 minuty!

    …,a PAN ze spokojem wędkarza, który łowi leszcze( te nigdy się nie śpieszą) oznajmił , że opłata należy się od momentu wybrania pierwszego numeru , NIE WAŻNE , ŻE NIE POINFORMOWAŁ  nas o dodatkowym kierunkowym ….

    No to my WRZASK ( dla zasady…) , no i zjechał 4 sole , chowając się za komputer – ale sukces co ???

    Trzeba z takimi rzeczami tutaj uważać – nie zawsze to co napisane do końca takie jest – najpierw trzeba się dopytać , a później działać – choć jedno jest naprawdę wspaniałe , ludzie są przemili i uprzejmi jednocześnie bardzo uczynni .

    Po tym wydarzeniu – pochodziliśmy po centrum miasta – Jaro zaliczył Brownie w kawiarni , ja dwie kawy i poszliśmy na wcześniej umówione spotkanie DE-GU-STA-CYJ-NE – PISCO w CUSCO – fajnie się rymuje …

    No więc PISCO to narodowa duma Peru , czyli WÓDA z winogron , ale to zbytnie uproszczenie , destylat jest tylko i wyłącznie z czystego , świeżego soku winogronowego a najlepsze podobno ze szczepu QUEBRANTA ( no smakosze wina – kto o takim szczepie słyszał – a uprawiany jest tutaj od XVI wieku ) bez dodatku grama wody , sok poddawany jest krótkiej fermentacji i jednej destylacji , to co pozostaje w kadzi jest wylewane  ( nie tak jak nasza tańsza wódeczka po której główka pęka – u nas nic się nie marnuje )– dzięki czemu alkohol ten jest bardzo czysty , pozbawiony zanieczyszczeń i chemii . Moc jaką osiąga to przedział  od 38 do 43% - najwyżej cenione są SINGLE ( czyli nie mieszane) , ale BLENDY ( różne rodzaje destylatów mieszane w odpowiednich proporcjach) są łagodniejsze – podobnie jak whisky.

    Co ważne alkohol ten nie jest przechowywany w beczkach , a w kadziach z wypalanej gliny

    ( u nas się mówi kamionka) – dojrzewa tam od 3 do 9 miesięcy .

    Widzicie , nie jest to taka sobie wódeczka…

    PISCO jest bazą bardzo wielu drinków – najbardziej znanym jest PISCO SOUR ( pisco, białko z jajka , sok z limonki), ale tak naprawdę  powinno je się pić się bez mała jak koniak , aromaty są silnie wyczuwalne tak jak w winie , wyraźne , długie , bogate i przejrzyste (od owoców , poprzez zioła , aż do orientalnych przypraw) – ale się w kipera (raczej degustatora)zabawiłem co ?

    PISCO pije się w kieliszkach od białego wina lub w małych  kieliszkach takich jak do włoskiej grappy ( tez wódka z  winogron , ale mi smakiem przypomina denaturat ) .

    PISCO to klasa sama w sobie – delikatny smak , krystaliczna czystość i do tego szef barmanów mówiący troche po polsku i ukraińsku , który powiedział to wszystko co wyżej napisałem .

    Jak już zdegustowaliśmy i zrobiła się nam ochota na więcej, (degustacji rzecz oczywista- w barze było ponad dwadzieścia gatunków PISCO) musieliśmy zbierać się do wyjazdu .

    Ruszyliśmy więc marynarskim ( wiecie jak chodzą marynarze ?) żwawym krokiem na dworzec autobusowy , aby dojechać do AREQUIPY…

     

    Pamiętnik Żółtodzioba cz.6

    AREQUIPA – ranek , wysiadamy ze śmierdzącego autobusu ( tak to jest jak jedzie 50 chłopa , okna pozamykane , a klima wyłączona) bierzemy taksówkę i jedziemy do hotelu , tu bęc nie ma dwójek – no to pech , taksiarz zawozi nas do innego (polecanego przez niego za drobną opłatą od właściciela) , ale co tam zmęczenie jest silniejsze niż chęć poszukiwań czegoś lepszego , najważniejsze , ze jest łazienka i ciepła woda . Po kąpieli odzyskujemy rezon i wyruszamy w miasto – ustaliliśmy , że tu spędzimy 3 dni przed wyprawą na wulkan – tak w ogóle miało tu być lato i jest ciepełko , ale stożki wulkanów osłonięte są przez chmury , Jaro mówi , że sypie tam śnieg - ???? O tej porze roku ????

    Widać pogoda nie tylko u nas płata figle…

    Miasto jest super – niska zabudowa  ze względu na częste trzęsienia ziemi , zbudowane ze skały wulkanicznej w kolorze białym ( szarym właściwie) to też podobno niespotykane ponieważ z reguły skała bywa czarna ???

    Właściwie ulice przypominają , ulice w Meksyku – zabudowa kolonialna , widać rękę Hiszpanów. Wszędzie pełno sklepików , ale o dziwo nie ma naganiaczy, poszliśmy szukać innego hotelu , Jarek nie odpuścił i podrałowaliśmy do miejsca gdzie byliśmy rano , okazało się , że wszystko można załatwić – pokój będzie dla nas od jutra. Czyściutko , pachnąco, duże łazienki – EUROPA !!!

    Do popołudnia włóczyliśmy się po mieście , odwiedziliśmy starego znajomego Jarka , który prowadzi agencje turystyczną Eduardo ( czyli Edka) , na plakacie reklamowym przed wejście zdjęcie mojej znajomej , a Jarka żony z banerem Chaty Polskiej na szczycie wulkanu AMPATO , to tam gdzie znaleziono najsławniejszą mumię w Peru o dźwięcznym imieniu JUANITA.

    Porozmawialiśmy ( Jarek porozmawiał ) Eduardo patrzy na mnie z zaciekawieniem jak taki „chudziak” jak ja chce wejść na wulkan , pewnie sobie pomyślał – dam znać policji o ewakuacji bo erupcja murowana jak ten gość zacznie się tam człapać..( wulkan jest aktywny!)

    Zrobiłem poważną minę jakbym był tam przynajmniej siedemnaście razy i pomyślałem sobie , że nie będę się przejmował , nie każdy może być chudy…

    Wróciliśmy do hotelu i do roboty , wpisywanie na odkryte.pl , wrzucanie zdjęć i tak przez kilka godzin ( niech ktoś powie , że my tu nie pracujemy ?!)

    Następnego dnia po odespaniu podróży autobusem – przenosiny do „wymarzonego” hotelu i w miasto szukać lokalnego dworca autobusowego ( lepiej byłoby użyć sformułowania mikro dworca, a jeszcze lepiej szopy, budy, garażu, albo wnęki w ścianie !!!) szliśmy według wskazówek Eduardo , ale NIKT nie słyszał gdzie to jest , znaleźliśmy taksiarza , który podobno wie…. Wsiadamy i jedziemy … po 10 minutach myślę sobie – żono kochana szykuj kasę na okup ( Jaro określił to : Bangladesz ? !) dzielnica co tu mówić podejrzana , z pewnością nas wywiezie i ukatrupią nas , ale kiedy myśleliśmy , ze zawraca bo sam się zgubił okazało się , że to TU !

    Dwie Panie we wnęce , uśmiechnięte z nimi 2 wory ryżu , 5 skrzynek pomarańczy i nie wiem co jeszcze , ale to właśnie stąd odjeżdża codziennie o 6 autobus w miejsce gdzie chcemy się dostać czyli do UBINAS . Panie wypisały nam bilety jak się patrzy zapłaciliśmy po 17 soli

    ( w agencji taki wyjazd kosztowałby ze 300), co prawda w podróży towarzyszyć nam będą pewnie kaczki, kury, owce i kozy , ale przecież to obcowanie z naturą , taksiarz odwiózł nas do centrum , odetchnęliśmy …

    Wybłagałem z racji zainteresowań Jarka o wizytę na tutejszym targu – przekupiłem go ugotowaniem obiadu i niezbędne były do tego świeże składniki….

    To najpiękniejsze targowisko jakie widziałem – można kupić tu prawie wszystko i całość pod dachem ! Ulica , która do niego prowadzi to prawdziwy ul , wszędzie sklepiki z żelastwem , lekarstwami ( od szamanów) , owocami i jedzeniem , po drodze spodobaliśmy się nawet kilku tutejszym  wydekoltowanym pięknością ( tak się wydawało !) ale jak to w wielu miastach i one prowadzą swój biznes . NIE SKORZYSTALIŚMY !!!

    Wchodzimy na targowisko i czuje , że mógłbym spędzić tutaj wiele godzin , góry owoców ułożone na 3 metry równiutko jak na defiladzie , sery ( właściwie tony serów), mięso chyba wszystkie gatunki jakie możemy sobie wyobrazić , ryby ( na czele z przepięknymi tuńczykami), warzywa , których połowy nie znam i budki z jedzeniem , a wszystko świeżuteńkie i aromatyczne .

    Wypiliśmy po dwie szklany świeżego soku z pomarańczy ( 5 zł- 2 szklany!!!)i zjedliśmy przepyszne empanady nadziewane mięsem i serem ( takie bułki – przypominają w smaku hot – dogi z dawnych lat , czyli bułkę nadziewaną pieczarkami) oczywiście doprawiłem sobie to sosem z papryki ROCOTO – jak się kogoś nie lubi to trzeba mu podać i na minimum 2 godziny gościa mamy z głowy , co prawda jeżeli cokolwiek będzie stało do wypicia na stole , ocet , wódka , czy wino pochłonie do gaszenia wszystko – to nie jest banalna przyprawa…

    Rozochoceni chcieliśmy zjeść pieczoną wieprzowinę , wyglądała smakowicie, ale przed wyprawą zachowaliśmy na tyle zdrowego rozsądku , żeby tego nie robić – chociaż dobrze „oznakowany” szlak pod górę pozwala później  szybciej zejść na dół. W każdym razie po powrocie na pewno jej spróbujemy ….

    W hotelu przygotowałem spaghetti po bolońsku i tez było pysznie !

    Dzisiaj przygotowania do wyprawy na wulkan , wiec dzień organizacyjny , zakupy , pakowanie , przepakowywanie po dziesięć razy , potrzebne , niepotrzebne, za ciężkie , nie wygodne i tak w kółko .

    Jaro mówi – każdy gram będzie ważny przy podchodzeniu  - a ty człowieku się stresujesz …, a gdzie lakierki żeby odtańczyć walczyka z radości jeżeli uda nam się wleźć na tę „górkę” …????????

     

    Pamiętnik  Żółtodzioba cz.7. Wulkan

    Budzik zadzwonił 4.15 , przerąbane , z Jarkiem przewracamy się na drugi bok , na szczęście po 5 minutach  włącza się z impetem po raz drugi . Nieprzytomni – bo kto normalny wstaje o tej porze z własnej woli ? Nieszczęśliwi podnosimy się z łóżek ….

    Dzisiaj jedziemy pod wulkan UBINAS , śniadanie jak zwykle- bułka z masłem ( to chyba tradycja ?) docieramy do naszej stacji autobusowej przed 6 .00 , no i co ? Jak zwykle okazuje się , że autobus nie wyjeżdża o 6, jak nam mówiono , a o 7 .00 , mogliśmy jeszcze godzinkę pospać – trudno ….wytrzymamy…?!

    Autobus okazał się lokalną firmą logistyczną poza pasażerami był załadowany na dachu , deskami , skrzyniami , workami z ryżem i makaronem oraz papierem toaletowym nie było na szczęście zwierząt .

    Wyjechaliśmy o 7.00 co na tutejsze warunki było rewelacją .

    Droga asfaltowa szybko się skończyła i zaczęliśmy się wspinać na cztery tysiące metrów.

    Podróż z widokami na ośnieżone wulkany ( śnieg o tej porze roku to tutaj delikatnie mówiąc- nienormalne ….?!) – jak widać i tutaj przyroda płata figle….

    Trzy godziny do celu , kierowca zatrzymał się w najbliższej odległości o wulkanu UBINAS , wyładowali nasze dwa wielkie i ciężkie  plecaki ….i pojechali , zostaliśmy sami w ciszy naprzeciw GIGANTA stojącego przed nami . To chyba żart – ja mam tam wejść ? Zrobiło mi się słabo – na widokówce w Internecie nie wyglądał na takiego molocha….zaschło mi w gardle , Jaro daj się napić (wody rzecz jasna) bo trochę mnie „przytłoczył nasz UBINAS”….

    Po 15 minutach modlenia się aby nastąpiło trzęsienie ziemi , albo niespodziewana erupcja ( wtedy nie musielibyśmy się wspinać )ruszamy pod górę – miękki piach pod nogami , buty lekko grzęzną – już nie biegnę jaka na Machu Picchu – spokojnie krok za krokiem ( właściwie kroczek za kroczkiem – drobię jak baletnica w Jeziorze Łabędzim)

    Plecak wgniata w glebę , serce wali jak na defiladzie z okazji odzyskania niepodległości , brakuje tchu , ale ciągle do przodu – trzeba się szybko zaaklimatyzować , bo tutaj powyżej 4 tys. metrów powietrze jest już bardzo rozrzedzone , co 500 metrów robimy przystanki dla złapania tchu…

    Jaro ma wysokościomierz , zaczęliśmy podejście z 4200 m n.pm. pytam się co pół godziny ILE???? , Jaro mówi jak mantrę 4300, 4400, 4500, - a ja w myślach – mój rekord, rekord, rekord…( fajnie tak bić swoje życiówki co godzinę – nie ?).

    Im wyżej tym trudniej się oddycha , w plecaku 5 litrów wody – gdyby nie była nam niezbędna  to bym ją natychmiast wywalił ….- dopiero teraz zrozumiałem co Jaro miał na myśli -….będzie ważny każdy gram ….

    …4600-rekord- odpoczynek …padam na facjatę , spocony jestem jak mysz.

    Jak ONI wchodzą na Mount Everest ? – jakaś masakra – landrynki w ustach dla zmuszenia ślinianek do pracy , aby nie wysuszyć gardła…

    ….idziemy – mniej więcej na tej wysokości chcemy rozbić obóz , niestety okazuje się , że wybraliśmy zły stok , nie do podejścia na szczyt – zwały kamieni i głazów, musimy przejść na sąsiednią grań ….

    No chyba się poryczę …? , ale mina bojowa i idziemy – wiatr szaleje niemiłosiernie , chmury ciągną tuż nad głowami , Boże będę mógł powiedzieć – chodziłem z głową w chmurach….

    Schodzimy w dól ( w pionie jakieś 100m) i znowu się wspinamy jak muły powoli do góry … 4600 …4700, rekord , rekord…, lądujemy na platformie pod granią na wysokości około 4800 stad w nocy będziemy próbować wejść na szczyt 5600m n.p.m., wyżej nie da się założyć obozu.

    Każdy ruch dla mnie kończy się zadyszką , stawiamy namiot szturmowy , do środka karimaty , śpiwory .

    Nie chce mi się jeść , ani pić …Jarek mówi , że na tej wysokości trudno sen , a ja włażę do namiotu , rzucam się na śpiwór i zasypiam jak dziecko !!!

     Co prawda budziłem się co godzinę , ale to z bólu , ponieważ pod nami twarda gleba , a karimata ma 1,5 cm grubości .kości biodrowe bolą niemiłosiernie – to tak jakby spało się na betonie źle wylanym i nierównym .

    W nocy zrywa się wichura , zaczyna walić cos  w namiot – to grad , albo gruby śnieg . Jaro kilkakrotnie w nocy od środka namiotu zrzuca go , bo grozi nam zawalenie się naszego „domku”.

    Świt -wyczołgujemy się z namiotu i – SZOK- dookoła 20 cm śniegu .

    Już wiemy , że nie pójdziemy w górę , brak zimowego sprzętu takiego jak raki . Jaro z racji doświadczenia mówi , nie będziemy ryzykować – tutaj zwichnięcie nogi to koszmar , nie ma zasięgu dla komórek ( dodaje – to nie Alpy , że zadzwonisz i za pół godziny ląduje helikopter). Tutaj musisz sobie radzić sam , nieco zawiedzeni zwijamy obóz , oddycha mi się lepiej niż wczoraj – aklimatyzacja trwa.

    Zeszliśmy w śniegu i słońcu do „naszego przystanku „ na 4200- podobno ma jechać tędy autobus , który nas wczoraj tutaj podrzucił.

    Po około dwóch godzinach – JEDZIE !!!- skaczemy ze szczęścia w górę – wracamy do AREQUIPY do naszego hotelu . Jaro mówi ( tak mnie ładuje)  - „no , ale że ty spałeś przez całą noc ? Ja oka nie zmrużyłem , a ty chrapałeś jak dziecko”

    No to świętujemy moje rekordy – kolacja , rum , bilard – jest pięknie…

     

    Pamiętnik Żółtodzioba cz.8 – AREQUIPA

    Po powrocie z UBIŃAS zaplanowaliśmy dwudniowy przystanek w AREQUIPIE ,

    …lenistwo…, ale nie do końca – musimy zorganizować wyprawę do źródeł Amazonki – ta największa rzeka na świecie początek bierze ze źródełek wypływających w Andach południowego Peru  – na wysokości ok. 5000m n.p.m. – i tam chcemy się znaleźć…?

    Przewodnik ( tutejszy Indianin) , który miał nas do nich poprowadzić  - zbiesił się ( tzn mimo wcześniejszych ustaleń ) oznajmił , ze najszybciej kiedy będzie mógł z nami wyjść to 17.06 , nie możemy ryzykować żeby na ostatnią chwilę  wracać do Limy na samolot .

    Wzięła nas lekka panika – ruszyliśmy do niezawodnego Eduardo – no i strzał w dychę – Edek ze spokojem nam oznajmił , że ma „ Człowieka Lodu” , który chętnie z nami pójdzie w terminie , który nam odpowiada – no kamień z serca…

    Teraz bez stresu przygotowujemy się dalej – głodni trafiamy na „nasze” targowisko wcinamy pieczoną wieprzowinę ( jest genialna !) i popijamy wielkimi szklanami sok ze świeżych owoców. Pozwolono nam zrobić kilka zdjęć kamerą ( nie jest to miejsce turystyczne – nie spotkaliśmy tam żadnego obcokrajowca) byliśmy tam po raz drugi ( nie ostatni…) jako swojacy wpałaszowaliśmy ze smakiem mięso przy kuchni , która je przygotowuje ( tzn. ze sterty , która jest upieczona – o rany to niebo w gębie , 20 lat temu mama robiła takie cuda ze świeżej wieprzowiny) -pozdrowienia dla naszego SANEPID-u ! Jak ONI tutaj by się znaleźli  z naszymi przepisami  sanitarnymi – to całe …CAŁE !!!! bez wyjątku targowisko zostałoby zamknięte w ciągu godziny , a jest tu ok. 500 stoisk pod dachem wszyscy jedzą , handlują , ćwiartują mięso , rozbierają mięso , oprawiają ryby , gotują , a wszystko to leży na świeżym powietrzu – lodówek jest kilka ( może 3 ???)  w momencie kiedy to piszę byliśmy tam jeść  5 razy – i niemożliwe żyjemy !!! , nawet rozwolnienia nie zanotowaliśmy !!! – to co jest z tymi naszymi wymogami ???!!!

    W każdym razie wieprzowinę ( upieczoną ) bierzemy na wynos – później ląduje w MEGA jajecznicy z 12 jaj – Jarek wniebowzięty ….

    No , ale nie byłbym sobą jakbym nie wziął się za gotowanie , mając tyle DOBRA wokół siebie – cel : GULASZ z wołowiny z szynką wieprzową i warzywami duszony w czerwonym winie i podawany z ryżem o delikatnym smaku carry …..chyba się udał , bo  personel hostalu , poznani Hiszpanie i Chilijczycy i my pochłonęliśmy wszyściutko (a było tego TOCHĘ…) wszyscy pytali o przepis i o to czy jestem kucharzem ?

     Miło było widzieć zadowolone miny…

    Zachciało nam się czegoś słodkiego z Jarkiem – no i wymyśliłem – szarlotka Peruwiańsko- Polska – tzn. wszystkie produkty lokalne , ale przepis i wykonanie polskie !!! ( pewna innowacja to mąka jęczmienna – nie wiem czy u nas można ją kupić – natomiast ciasto kruche z niej wyszło rewelacyjne) .

    Nieskromnie powiem , że mimo zepsutego piekarnika , który rozebrałem , przeczyściłem dysze gazowe i odpaliłem – szarlotka wyszła OK.

    I  znowu kilka osób lekko zwariowało …do tego lody i czegóż więcej w życiu można chcieć ?

    Jak już się opchaliśmy – to czas wrócić na ziemię i pakować się do najcięższej planowanej przez nas wyprawy  - Źródła Amazonki czekają …

     

    Pamiętnik Żółtodzioba cz. 9 – Origen de Amazonas…pot i łzy…..

     

    Jacek Pałkiewicz  - historia polskich odkryć – pierwszy człowiek, który w szalupie przepłynął Atlantyk , odkrywca źródła Amazonki w Peru u stóp Nevado Queuisha kierował wyprawą polsko- włosko – rosyjsko – peruwiańską  w 1996 , odkrycie upamiętnione obeliskiem w miejscu odkrycia ufundowane przez Rząd Peru.

    …cały niezbędny dobytek musimy zapakować we własne plecaki i idziemy bez osiołków…wiec na kilka dni całe zapasy  na plecach, ( kilkanaście kilogramów na głowę ) namiot, śpiwór, ciuchy termiczne , ( szybkoschnące – to bardzo ważne, wyobraźcie sobie bawełnę gdzie plecy są spocone a , ona wchłania jak ręcznik kąpielowy   i nie schnie , a temperatura spada do minus 10 czy minus 15 stopni – życzę każdemu  komfortu spania) , jedzenie , woda , lekarstwa….

    O godzinie drugiej pobudka , o trzeciej wyjeżdżamy w okolice Kanionu Colca – tam zaczniemy i tam mamy zamiar zakończyć naszą wyprawę . O siódmej jemy śniadanie , robimy drobne zakupy w tym oczywiście liście koki ( doskonale wzmacniają organizm i nie mają nic WSPÓLNEGO z narkotykami…) .

    Pakujemy się do taksówki – gdzie siedzą już cztery osoby , które karnie ściskają się na jednym siedzeniu – to dziwne ale tutejsi mieszkańcy mają naszym zdaniem kompleks GRINGOS – to prawdopodobnie pozostałości po kolonizatorach czyli Hiszpanach , czujemy się z tym nieswojo mając w pamięci blisko dwieście lat niewoli Naszego kraju …., utwierdza nas w tym fakt kiedy dojeżdżamy do następnej miejscowości i kierowca taksówki  oznajmia tutejszym mieszkańcom , że dalej nie jedzie bo musi podwieźć Amigos ( przyjaciół) w góry , miejscowi wysiedli bez jednego mruknięcia pod nosem , zapłacili i poszli pieszo…

    Popatrzyliśmy na siebie z Jarkiem i nie wiedzieliśmy co powiedzieć …to jakiś absurd !!!

    Nie mamy nic z kolonizatorów – bo czujemy się głupio i jesteśmy speszeni…ale mamy cel przed sobą .

    Wjeżdżamy na około 4200m n.p.m., dalej błoto i glina – kierowca kasuje tyle , że przez dwa dni nie musi pracować , a my plecaki po kilkanaście kilogramów  i naprzód …

    Zaczyna się – pytamy przewodnika ( Indianina Teo) ile czasu do obozu na pampie

    ( płaskowyżu)- mówi , że maksymalnie  cztery godziny  ( trzeba dać im zegarki i Komunię Świętą ustalić na 9 lat – żeby mogli nauczyć posługiwać się czasem – bez obrazy…) – no to idziemy wesolutcy , rozśpiewani , zadowoleni i rozluźnieni , mijamy opuszczona wioskę z dużym kościołem – robimy sesję zdjęciową  i pytamy przewodnika ( po około dwóch godzinach marszu – ile do obozu ? ), a On  - cztery godziny ….- cholera , czyżbyśmy się przesłyszeli ??? To pewnie wysokość tak działa i niedotlenienie mózgu…, albo czas się rozciągnął?

    …zaczyna padać śnieg – no tego już za wiele – miała tu być pora sucha , a co za tym idzie miało być go…rą…cooooo!!!!-----to my kurtki na siebie ,   za pięć minut gorąco , to my kurtki do plecaków , no to śnieg i grad na nas , to my kurtki  włóż ! No to słońce w nas – ZWARIOWAĆ MOŻNA – poddaliśmy się i kurtki na grzbiet , leziemy dalej w pocie czoła , aż lamy i wikunie patrzą na nas jak na dziwolągów , kto tak szybko zmienia skórę na grzbiecie ? … a to tylko GRINGOS…!

    …Droga usłana zielonymi kamieniami – to TURKUSY – pełno ich wszędzie od małych do kilkokilogramowych  - jest tego tutaj tyle , że na miejscowych nie robią żadnego wrażenia , a na nas OWSZEM…. Zabieram trzy sztuki – zobaczymy może mnie nie aresztują na granicy ?

    Przy następnym odpoczynku  gdzieś na 4500 m n.p.m. ( i około 15 kilometrach , które przeszliśmy ) pytamy ile do obozu ?

    Indianin mówi – jakieś trzy i pół godziny – k …wa ! Co jest w kółko chodzimy czy jak ???!

    Zaczyna robić się zimno , wiatr przewiewa rękawice , po godzinie docieramy do płaskowyżu  i tu dopiero zaczyna się jazda … wiatr , właściwie WIATRZYSKO !

    Drobny śnieg zacina po twarzy – trzeba włożyć okulary przeciwsłoneczne mimo tego , że jest prawie ciemno – wyglądamy jak BANDA  spawaczy szukająca rury kanalizacyjnej w wykopie – pochyleni , niewidzący szukający po smrodzie pęknięcia …leziemy przez jakieś mokradła , kępy trawy modląc się żeby nie wpaść w rozpadlinę błotną – suszenie butów przy minusowej temperaturze jest niemożliwe …zimno , coraz zimniej , chmury robią się czarne widać błyskawice i słychać grzmoty nadciągającej burzy….

    - Co to ?

    - Ja pier….lę  !!!

    - Co my tutaj robimy ???

    Słońce uciekło gdzieś za chmury , a może już za góry ?

    Robi się minus pięć stopni w ciągu kwadransa  !!!

    Rękawice wcale nie chronią przed zimnem – co za badziewie ! – chciałbym tego producenta tutaj widzieć – postawiłbym palanta na tym wietrze na pół godziny i od razu by wiedział jak trzeba produkować odzież , a nie jak przyczepiać metki – co to za cudo …..!

    Przekrzykujemy burzę i pytamy przewodnika – ile do obozu ? – a on na to - półtorej godziny marszu - ze spokojem godnym szachisty…

    Jaro mówi – Dość tutaj rozbijamy obóz !!! – wiatr i śnieżyca zbliża się z zatrważającą prędkością – O… Matko gdzie to lato…….. ?????

    Rzucam kilka niecenzuralnych słów – mając na myśli rozbicie obozu w jakimś osłoniętym miejscu , a nie na równinie , która leży na wysokości 4600 m n.p.m , gdzie wszystkie ( no prawie….)  członki  odpadają z zimna …

    Namiot rozstawiamy w olimpijskim tempie – pięć minut …

    Jarek  nakazuje mi do niego wleźć – bez dyskusji  !!!  Jest szesnasta na dworze ciemno mimo , iż do zachodu jeszcze dwie godziny – nadciągają ołowiane chmury , temperatura spada do minus piętnastu stopni , wiatr wzmaga się do około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę …

    Zaczyna się… – linki od namiotu gwiżdżą jak struny niedostrojonych skrzypiec,  lewy bok namiotu pod naporem wiatru zajmuje połowę wolnej przestrzeni w środku , tropik skleja się z sypialnią pod naporem śniegu – Jaro wali w bok sypialni pięścią, aby śnieg się osunął – nic z tego wiatr przynosi go w ilościach kilkunastu kilogramów na minutę – oby tylko się nie zawalił …

    Mimo tego w namiocie jest przytulnie – ma się wrażenie , ze temperatura  jest dużo wyższa niż na zewnątrz – to zasługa jakości namiotu , który nie przepuszcza wiatru… i śpiworów zimowych , w których się zakopaliśmy …

    Po dwudziestu minutach wraca cisza tak jakby duchy gór się zniechęciły i odpuściły sobie szaleńcze podmuchy - plucie śniegiem i gradem widząc małych i upartych ludzi , którzy  poważyli się walczyć z nimi w parterze …..– a my postanowiliśmy nazajutrz złożyć ofiarę PACHAMAMIE  , aby się na nas nie  złościła , że śmiemy zakłócać porządek i harmonię do tej pory tutaj panującą ….

    Po godzinie od początku burzy nasz Teo ( Indianin – przewodnik) podał nam gorący posiłek – zupę z proszku i rozgotowane nudle z paczki - …ambrozja … cudowne uczucie choć bez smaku rozgrzewające od środka .

    Rozgrzani co nieco , zaczynamy rozcierać w śpiworach przemarznięte stopy , moje duże palce od stóp są zupełnie białe jak śnieg i nie czuję ichhhhhh….

    Jaro z profesorskim spokojem oznajmia – jak cię będą za dwadzieścia  minut bolały to wszystko  OK.- jak nie będziesz ich czuł to znaczy , że odmrożone ….

    No to pięknie , masuję je z piętnaście minut i zaczynam czuć lekki ból – jest dobrze wracam do życia …

    Zgodnie z moją tradycją zasypiam w wygrzanym śpiworze – DZIĘKI  KUBA  , ŻE MI GO ZNALAZŁEŚ !!!!! – bo jakbym przyjechał z takim jaki sobie pierwszy kupiłem , to z pewnością bym zamarzł ( a podobno miało być tu lato…) – ciepło , sen , …kamienie pod siedzeniem , ale to szczegół …..

    Ranek – słońce , cisza , mróz ….

    PACHAMAMA wyszalała się wieczorem – śniegu po kostki ( równina – co będzie na zboczach ?) – jemy , pijemy gorącą kawę –zwijamy obóz – idziemy … Plecak ciężki jak kamień , ramiona nie przyzwyczajone , moje kolce biodrowe nie trzymają pasa biodrowego od plecaka – ponieważ mam obłe kształty jak kaszalot .

    NIE TRZEBA BYŁO PRZEZ TYLE LAT OBŻERAĆ SIĘ  TY GRUBASIE !!!

    A jak dociągnę pas na siłę to oczy mi wychodzą na wierzch jak żabie na randce w bagnistym rowie i nie mogę oddychać – a tlenu tu niewiele ….

    Do celu wg przewodnika trzy godziny marszu – niestety pod górę , czyli około dodatkowych 150 m w pionie i sześć kilometrów w poziomie ….jak ja to kocham ….tylko moje nogi tego nie rozumieją ….

    Po dwóch godzinach  padam na twarz i mówię Jarkowi – Stary nie dam rady , na liczniku mamy 4800m. n.p.m. – nie mogę nabrać pełnych płuc powietrza ,

    Jaro krótko – Teraz ? Kiedy ? Został ? CI ? Ten ? Kawałeczek ?!!!! NIE PIEPRZ !!! TYLKO PODNIEŚ DUPĘ I RUSZAJ NAPRZÓD !!!!!

    Doszedłem ….

    Zostawiamy plecaki i na „lekko” ruszamy do góry – do źródła …

    Po 10 minutach jesteśmy na 4900 przy tablicy  upamiętniającej odkrycie źródła .

    Theo i Jaro rzucają się na mnie z gratulacjami , że doczołgałem się tutaj – stają mi łzy w oczach – k…wa – wszedłem tu , gdzie inni mogą tylko pomarzyć ….chłepczę wodę wyciekającą prosto z pęknięć w pionowej skalnej ścianie , jestem zmęczony , ale szczęśliwy…

    Po godzinnym odpoczynku , zaczynamy schodzić w dolinę , kierując się do drugiego źródła odkrytego przez naszego krajana Jacka Pałkiewicza – niewiele osób stara się dotrzeć do obu źródeł , a już w ogóle w 24h i to bez pomocy zwierząt pociągowych , a my spróbujemy ….

     

    Wydawałoby się , że to podróż romantyczna – zieloną dolinką , miedzy górami , jeżeli bralibyśmy tylko widoki pod uwagę to z pewnością tak by było , ale życie jak to życie bywa przewrotne…

    Wody z MISMI rozlewają się w dolinie na tysiące cieków wodnych , schodząc musimy skakać z kępy na kępę trawy lub mchu – trudno to stwierdzić , jest twarde i nieco wystaje nad wodę …

    Uwaga wytężona , aby nie skąpać się w Amazonce , przy tak niskich temperaturach po zachodzie słońca może się okazać , że mokre buty uniemożliwią dalszy marsz następnego dnia . Po prostu będą zamarznięte , a suszenie na tej wysokości potrwa kilka godzin .

    Skaczemy więc z kępy na kępę jak byśmy tańczyli jakiś obłąkańczy taniec ludowy , wygląda to dość komicznie , ale z plecakiem , który waży kilkanaście kilogramów , dla kicającego , czyli nas , niekoniecznie nas rozbawia .

     Po dwóch godzinach wychodzimy na ścieżkę , którą chadzają stada lam, alpak i osłów – spotykamy jedno takie po drodze liczące około 500 sztuk i „JUHASA” z psami , które nas obszczekują siedząc na zadkach – bo komu normalnemu chciałoby się biegać za jakimiś obcymi łażącymi z tobołami na plecach po górach ?

    Po co ? W jakim celu ?

    Źródła ? Przecież  my z nich wodę pijemy od początku świata…

    Kogo obchodzi , że to początek Amazonki ….?

    No tak – Gringo ….ich nikt nie zrozumie ….

    …i tak szliśmy tracąc nadzieję , że Teo kiedykolwiek dotrze do wyimaginowanego przez siebie obozu , jak zwykle czas dla niego to abstrakcja .

    ON idzie aby dojść , nie ważne kiedy , ważne żeby przed zachodem słońca ….

    Tutaj odmierza się w ten sposób czas od wschodu do zachodu słońca – 12 godzin tyle trwa tutaj dzień – od 6.00 do 18.00 później jest noc i jest zimno , w tych 12 godzinach toczy się całe życie poza miastami….

    Traciliśmy już nadzieje , że dotrzemy do obozu , minęliśmy jedno piękne miejsce nad płynącym potokiem u podnóża  wzniesienia , ale nieeeee…

    Teo miał plan aby wleźć na wzgórze ( CHOĆ MARZYŁEM O UMYCIU SIĘ …) drałowaliśmy 50 metrów w górę , Jarek pojednawczo mówił – jutro rano docenimy te metry ,- no dobra , a co z wodą ???

    Jarek dźwigał mega duży plecak , choć jest o połowę lżejszy ode mnie , szczupły , wysportowany , każdy mięsień wyrzeźbiony – nic wspólnego z „pakerami”- każdy z nich przy braku odżywek białkowych i protein przy takim wysiłku padłby po pół godzinie – zabrał mój śpiwór , aby mnie odciążyć …motywując to tym , ze ja jestem cięższy i tak dźwigam dużo , a musi być sprawiedliwie – taki właśnie jest Jarek – ile wagi ? – Tyle czystego serca ! Ja staram się odwdzięczyć gotowaniem ( wtedy gdy mogę ) , które mam nadzieję , że choć w części  rekompensuje  opiekę nad takim Żółtodziobem jak ja …..

    Rozbijamy obóz, słońce zachodzi , temperatura spada do minus 10 stopni . Zaczynam kaszleć nie wiem czy to przeziębienie , odma płucna , czy płuca domagają się nikotyny od 72 h nie miałem papierosa w ustach ….

    Jarek przemyca mi po kolacji dwie aspiryny – zasypiam , rano- Jaro „ ma wypalone oczy przez słońce” to od odbić promieni od śniegu – na szczęście nic poważnego – to dopiero początek – pomagają okulary Teo , po kilku godzinach wszystko jest OK. Choć ból jest niesamowity – to tak jakby nasypać piachu pod powieki – gałka oczna się zatarła ….

    Okulary w górach to niezbędne narzędzie – tutaj nie pełnią roli gadżetu , ale okularów ochronnych jak u spawacza…

    Ja z kaszlem spokój ….

    ….idziemy cały czas pod górę do źródła pod Quehuisha, znalazłem sposób na pokonanie podejść pod górę – myślę o wszystkim , tylko nie o tym co przede mną , sprawdza się …choć na ostatnim podejściu na przełęcz ( to najniższy punkt między wierzchołkami gór) leżącą na wysokości około 5000 m , zaczynają moje siły fiksować , ale Jarek włącza motywator ( jak zwykle…) stąd Stary to Cię wkopię na górę – brakowało jeszcze około 100 metrów – no i poszło !

    Jesteśmy ….!!!!!

    Zostawiamy plecki na przełęczy , schodzimy jakieś 30  metrów w dół i JEEESSSSST !!!!!

    Źródło – tablica z nazwiskiem Jacka Pałkiewicza i uczestników z Rosji , Peru i Włoch – robimy sesję zdjęciową, nie wierzę , ze to zrobiłem – taki GREENHORN .

    Dwa źródła  w 24h z tobołami na naszych grzbietach bez niczyjej pomocy …

    Jaro twierdzi , że jestem – wśród niewielu , którzy takie coś zrobili ….

    Ja chyba śnię ?

    Uczciliśmy to wydarzenie  łykiem piołunówki przygotowanej przez Teścia Jarka , muszę powiedzieć , że chyba nie piłem tak DOSKONAŁEJ  nalewki nigdy w życiu !!!!!- uparłem się i złożyliśmy w podzięce ofiarę dla PACHAMAMY , czyli liście koki pod kamień i łyk nalewki na ziemię oraz każdy z nas zbudował APACZETĘ  na przełęczy …

    PACHAMAMA doceniła to później obdarowując nas wspaniałą pogodą .

    Schodzimy z przełęczy 2000 metrów w pionie w dół ,  śniegu po kolana , w niektórych miejscach , idziemy po krawędzi przepaści – mój lęk przestrzeni , albo wysokości gdzieś się ulotnił ….

    Przewyższenia jakie robimy nie są normalne – ale to zrozumieją Ci , którzy chodzą po górach poniżej 4000 śnieg znika , pod nogami kamienie i gruz , butami trzeba hamować i pilnować się aby nie osunąć się po zboczu .

    Dalej nie wiem czy lepiej wchodzić, gdzie każdy krok to ból,  czy schodzić gdzie na każdy krok trzeba uważać , aby nie zjechać w przepaść ?

    Po zejściu dwóch kilometrów w pionie , mam wrażenie jakby moje mięśnie zamieniły się w galaretę , nie trzymają – trzęsą się , a rozproszyć się nie można bo ryzykujesz skręceniem stopy lub złamaniem , pod butami są cały czas  drobne kamienie , na których balansujesz jak na lodowisku ( lodu tutaj też było pod dostatkiem )

    W końcu po czterech , pięciu godzinach dochodzimy do płaskiej gleby – jaka ulga , jesteśmy na wysokości ok. 3200 , ależ cudownie się oddycha  , powietrze gęste i przepełnione tlenem – podejmujemy decyzję , że nie nocujemy w górach tylko drałujemy do wioski oddalonej od tego miejsca o jakieś dwie godziny – podobno stamtąd złapiemy transport  do Chiway lub Cruz del Condor?

    Jak zwykle się okazało , że dwie godziny zamieniają się w trzy , nasz przewodnik tuż pod wioską gubi się i stoimy pośrodku nocy w polu ( uprawy tarasowe) i nie wiemy , którędy wchodzi się do wioski , ja w miedzy czasie ląduje z plecakiem na siedzeniu – wkurzenie osiąga maxa . Teo doskonale radzi sobie w górach , ale na dole gubi się jak dziecko , w końcu dochodzimy do jakiegoś płotu obok drogi …

    Próbuję przez niego przeskoczyć i wyję z bólu !!!! w dłoni zostało z 50 kolców kaktusa , którego po ciemku nie zauważyłem – wyciągamy kolce razem z Teo , Jarek to samo , ale na szczęście miał założone rękawice , więc kolce są nieszkodliwe – w końcu pokonujemy płot i maszerujemy do wioski ….

    Wchodzimy we trójkę całą szerokością ulicy – jak w westernie – trzech rewolwerowców ….

    Mijamy grupki ludzi i dochodzimy do rynku , tutaj szukamy noclegu lub kierowcy , który podwiezie nas do Chivay – jak to w życiu czasami musi być pod górkę , hotelu podobno tutaj nie ma i co gorsze kierowcy też – bo WSZYSCY SĄ NAWALENI JAK BOMBOWCE – co widać na ulicy  - normalnie ARIZONA – faceci chodzą po ulicy podtrzymując się wzajemnie – FIESTA !!!!! Wyśmieli nas z Jarkiem jak zobaczyli , że pijemy wodę ….

    Szczęście się uśmiecha i znajdujemy hotel – są łóżka , łazienka w opłakanym ( to bardzo dyplomatyczne określenie) stanie – Jaro mówi wytrzymaj do jutra – dzisiaj jemy i śpimy , jutro się zobaczy co dalej ….

    Pobudka o 6.00 dowiadujemy się , że tu dzisiaj żaden autobus nie przyjedzie , musimy iść na pieszo ok. 40 minut na przeciwległą stronę Kanionu Colca – no to zaprawa poranna murowana – 200 metrów w dół przez most linowy – widoki RE WE LA CJA i 200 metrów pod górę – musze powiedzieć , że poprzednie dni w górach zahartowały nas … weszliśmy bez wielkiej zadyszki i jesteśmy w MACA – wioska turystyczna leżąca na trasie z Chivay  do Cruz del Condor  , tutaj pijemy drinka o 7.30 z pisco i owocem sancajo i białkiem z jaja kurzego wbitym do melaksera najbrudniejszymi dłońmi jakie widzieliśmy – no to na zdrowie – czekamy na autobus , aby dojechać do Cruz del Condor – ale to już inna opowieść……

     

    Część  9 – Cruz del Condor

    Po wypiciu drinków o 7.30 rano !!! pełni wigoru i nieco alkoholu czekamy na przyjazd lokalnego autobusu , aby dotrzeć do legendarnego miejsca w Kanionie Colca czyli Cruz del Condor . To nie przypadkowe miejsce , to jedno z niewielu miejsc na świecie , gdzie między godziną 8.00 , a 10.00 rano można zobaczyć NAPRAWDĘ z bliska !!!! szybujące Kondory . …, a właściwie startujące i szybujące na tle kilkusetmetrowej przepaści .

    Zawdzięczają to prądom powietrznym, ( masom powietrznym) , które po z reguły zimnych nocach  wznoszą się od dołu kanionu w górę , dzięki czemu te potężne ptaki mogą się wznieść na ponad 4500 metrów , aby ruszyć na polowanie w kierunku pampy ….

    Droga w kierunku Cruz del Condor wyglądała o tej porze jak jednokierunkowa autostrada , kawalkady samochodów turystycznych pędziły w tumanach kurzu w kierunku latających „kolosów”. Rozpiętość skrzydeł dorosłego samca dochodzi do 3 metrów i 30 centymetrów , a waga sięga ponad 15 kg

     …a my czekaliśmy na autobus…, w końcu jest , przyjechał , ale dramat – mam nadzieję , ze się nie rozsypie ???? naładowany jak puszka sardynek , ładujemy plecaki do bagażników i wpychamy się do środka – dosłownie !!! Popychani od tyłu przez tubylców , budzimy jak zwykle lekką sensację ( dla nas frustrację ) ponieważ stojąc miedzy rzędami siedzeń  na wybojach walimy głowami w dach autobusu – no cóż tak jak pisałem wcześniej – tutaj wszystko jest skonstruowane  maksymalnie na 170 centymetrów .

    Jadąc wzdłuż kanionu podziwiamy ogromne przestrzenie i uprawy tarasowe , których jest bez liku , zasycha nam w gardle kiedy koła autobusu przejeżdżają 20 centymetrów od pięciuset metrowej przepaści – oczywiście brak barierek ochronnych…

    Porada dla ludzi o słabych nerwach – „zamknij oczy , módl się i czekaj cierpliwie na końcowy przystanek”…

    Uffff- po godzinie docieramy do naszego celu , wypadamy z autobusu – oczywiście  kontrola biletów turystycznych i PAAASZZPPOORRTÓW !!! , a potem biegiem  na skraj wąwozu no i ??? SĄĄĄĄĄ !!!

    Unoszą się bez ruchu skrzydeł w totalnej ciszy niczym „Myśliwce Pionowego Startu” , krążą majestatycznie jakby pozowały do zdjęć , gapimy się  zafascynowani …., jak to możliwe , że tak ciężkie ptaki  robią  to bez jednego ruchu , wygląda to trochę tak jakby kilka szybowców krążyło po okręgu  tuż nad naszymi głowami … i nagle koniec – tak jak się pojawiły , tak nagle zniknęły …

    Koniec pokazu !!!  Jaro nawet nie zdążył włączyć kamery …

    No dobra , trzeba szukać środka  transportu do Arequipy – podobno nie ma szans, aby ktoś nas zabrał do auta z biura podróży , ale Jarek szeleści kaską ni i trafiony zatopiony , za 30 soli jedziemy w kierunku „naszego hostalu” .

    Powrót trwa około pięciu godzin , bo zatrzymujemy się wszędzie gdzie się da na zakupy dla turystów – zwariować idzie , ale zaciskamy zęby i jedziemy dalej , 17.00 Areqipa – kupujemy cos dojedzenia i Jaro wybiera rewelacyjne ( bo Argentyńskie !) wino , jesteśmy w „swoim pokoju” – kąpiel ( po 4 dniach bez mycia !!!) , zużyte ciuchy , szybko zamykamy w wielkim foliowym worze i odstawiamy do prania ( udusić się idzie ….) , no to zasłużona kolacyjka i winko – potem padamy jak ścięci do łóżek – miło się wyciągnąć na materacu kiedy w siedzenie nie wbija ci się żaden kamień ….

     

    Pamiętnik Żółtodzioba część 10 – lenistwo….

    Arequipa – trzy dni rekonwalescencji po wyprawie do źródeł Amazonki – zadziwia mnie szybkość regeneracji sił – przeprowadzamy oficjalne ważenie na ulicy za 50 centavos i SZOK !!! waga w ubraniu i z butami …95 kilogramów – 7 kilo w dół !!! Rozumiem teraz swoje samopoczucie : energia, energia, energia – wszyscy, którzy chcielibyście zrzucić kilka zbędnych kilogramów zapraszam z nami na następną wyprawę do Peru za rok lub zimą do Ekwadoru – gwarancja satysfakcji …..

    Po trzech dniach lenistwa zbliża się czas powrotu do kraju , postanawiamy odwiedzić Nazca miasto położone na pustyni  między Arequipą , a Limą – to tu gdzie znajdują się tajemnicze rysunki na pustyni , które powstały między 500 , a 100 rokiem przed narodzinami Chrystusa , między innymi rysunek Małpy, Kolibra , Pająka, czy domniemanego Kosmonauty…

    Do dziś można je oglądać ze specjalnych platform lub z lotu ptaka, to nie wszystko – znajduje się tutaj cmentarzysko Chauchilla , gdzie do dzisiaj mumie zmarłych siedzą w swoich grobowcach , osłonięte jedynie daszkiem z trzciny .

    Przetrwanie ich zawdzięczamy jedynie pustynnemu klimatowi – suche powietrze , jak widać doskonale konserwuje …

    W Nazca niewiele jest do opisania – to bardzo mała miejscowość , jest to region górniczy – złoto , miedź i rudy żelaza oraz rolniczy ( co dziwi jeżeli dookoła widzimy niezmierzoną pustynię ) , niemniej jednak wyjazd tutaj należy planować  maksymalnie na jeden , góra dwa dni….

    Nocnym autobusem jedziemy do Limy i na lotnisko – cztery tygodnie minęły jak mgnienie oka , czas wracać do kraju – stęskniłem się , mimo wszystko za rodzinką , małe 36 godzin i będziemy na miejscu – mam nadzieję ….do przyszłego roku Ameryko !!!!!

                                                                                                  Żółtodziób …może już nie taki zupełny ???

     



  • Patronat medialny
 
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  Magazyn Turystyki Górskiej  
  Magazyn górski  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  www.wyprawy.onet.pl  
  Globtroter  
  Serwis wspinaczki mikstowej  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  www.e-gory.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Poznański Klub Podróżnika  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Radio Afera  
  planynawakacje.pl