Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
 
    Ostatnio dodane wyprawy
 
« lista wypraw
Tytuł wyprawy: VOLCANICA
Data wyprawy: 29.05 - 24.06.2013
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Peru,
Miejsce docelowe: Cordillera Volcanica
Atrakcja: góry wysokie
Kategoria: wspinaczka, trekking, podróż
Autor wyprawy:
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
 
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Z notatnika podróżnika

    26.05.2013 Przygotowania w trakcie...

    31.05.2013

    Różnica czasu wypędziła nas z łóżek o piątej rano. Tomasz wyruszył sprawdzić naszą hostalową kuchnię. A ja w telegraficznym skrócie o dotarciu do Cusco.

    W Paryżu na lotnisku w końcu zrobiono tak, że nie musieliśmy przechodzić przez kolejną kontrolę po międzylądowaniu. To spore ułatwienie. Z ciekawością obserwowałem jak dwójka czarnoskórych obywateli świata „obala” przed lotem 0,75l lekarstwa znieczulającego trudy przelotu. W końcu wyruszyli do gejtu krokiem tropiącym. W ogóle z naszych obserwacji wynika, że wiele osób znieczula się przed lub podczas lotu. Kiedy zdrzemnąłem się na pokładzie w pewnym momencie coś mnie lekko uderzyło. Po chwili zorientowałem się, że to czyjeś okulary. Okazało się, że pewna Peruwianka siedząca przed nami znieczuliła się tak skutecznie pięcioma piwami i winem, że postanowiła przytulić się do siedzącego w pobliżu Francuza. Ten jednak nie uznał tego za dobry pomysł (być może dlatego, że obok siedziała jego dziewczyna) i próbował delikatnie ją od siebie odsunąć. Zraniona odrzuceniem zalotów kobieta zaczęla go okładać małymi rączkami i w końcu pacnęła go tak skutecznie, że okulary wylądowały na mnie. Nie ma tego złego…, bo dzięki tej brawurowej akcji załatwiła sobie przeniesienie do biznes klasy i resztę lotu spędziła w komfortowych warunkach.

    W Limie trochę stresu przysporzyło nam czekanie na bagaż. W koncu jednak pojawił się na taśmie. Targi z lotniskowymi taksówkarzami, spóźnienie autobusu i wreszcie 20 godzinna podróż do Cusco. Można opaść z sił. Wschód słońca zastał nas na pustkowiu w Andach, gdzie tylko stada lam ożywiały usiany kamieniami krajobraz. Jakoś tak mam, że na ten widok od razu wracają mi siły. Jednak tuż za miejscowością Abancay zatrzymał nas remont drogi. Kolejna godzina.

    Wreszcie około szesnastej dotarliśmy do inkaskiego pępka świata Cusco. A tu oczywiście święto. Najpierw pomyśleliśmy, że to opóźnione procesje na Boże Ciało, później zorientowaliśmy się jednak, że prawie wszyscy znieczuleni – to chyba jednak nie…

    Tomek ma już za sobą pierwsze doświadczenia z tradycyjną kuchnią peruwiańską – danie z alpaki i pisco sour

     

    02.06.13

    Z krótkim poślizgiem staramy się nadrobić braki w relacji, a właściwie zrobi to Tomek. Ja obiecuję nadrobic braki w Arequipie.

    Jak najszybciej wrzucimy też zdjęcia do galerii.

     

    05.06.13

    W dzienniku Żółtodzioba kolejna relacja Tomasza. Ja poprawię sie jutro i dopiszę swoje. Cały czas coś staje na przeszkodzie, tym razem sieci bezprzewodowe. Ale skoro już się połączyłem muszę napisać, że Tomek rozpoczął podejście na Machu Picchu jak RAKIETA... KRÓTKIEGO ZASIĘGU. Po jakichś piętnastu minutach zaczął coś przebąkiwać o pójściu drogą którą podjeżdżają busy, czy w ogóle o swoich wątpliwościach co do podejścia. Jednak po odpowiednim wysterowaniu, przypomnieniu o tym, że tempo dziewiętnastolatka galopującego pod górę nie musi być naszym rakieta nieco wolniej ale pewnie dotarła do miasta, którego prawdziwej nazwy nikt nie zna, a które dziś od wznoszącego się nad nim szczytu nazywamy Machu Picchu:)

     

     

     

    A to zapowiedź jutrzejszej relacji - DEGUSTACJA PISCO!

     

    6.06.13

    Wreszcie udało się wrzucić zdjęcia do galerii. Zapraszam. Tomek napisał już o degustacji Pisco ( nie nadążam za nim, ale jutro postaram sie przynajmniej odnieść do tego co pisze)

     

    07.06.13

    Od dwóch dni jesteśmy w Arequipie. W końcu mam trochę czasu by napisać parę słów o tym co było.  Jak pisałem wcześniej po twardych negocjacjach otrzymaliśmy praktycznie darmowy tzw. city tour (uwaga są dwa - jeden to przejazd otwartym autobusem po mieście). W ramach którego zwiedziliśmy Quorikanchę a w okolicach Cusco: Saycsahuaman, Quenko, Tambomachay i Puka Pukara.

    Quorikancha co w języku keczua oznacza „złota zagroda” to dziś kościół św. Dominika, który postawiono na dawnych inkaskich murach świątyni. Nie jeden raz ulegał zniszczeniu w wyniku trzęsień ziemi, natomiast inkaskie mury zawsze pozostawały nienaruszone. Co świadczy o jakości inkaskiej kamieniarki, której tajniki niestety zaginęły w mrokach historii. Świątynia dedykowana była najważniejszym bóstwom – stwórcy Viracochy oraz ojcu Inti (słońcu). Quorikancha była najważniejszym miejscem w całym Tauantinsuyu. Posługiwało w niej ok. 4000 kapłanów. A główny dziedziniec wypełniony był figurami roślin i zwierząt naturalnej wielkości ze szczerego złota. Kamienne mury pokrywały złote płyty. Taki widok zapewne doprowadził Hiszpanów do amoku (Inkowie długo byli przekonani, że Hiszpanie jedzą złoto lub chorują na tajemniczą chorobę, którą może uleczyć tylko złoto). Oprócz świątyni Viracochy i Inti w kompleksie znajdowały się również inne świątynie: księżyca Mamy Quilli, świątynia Plejad, świątynia planety Wenus, świątynia Tęczy dodatkowo świątynia boga błyskawic Iliady Każdy z władców dobudowywał swoją część kompleksu. Po jego śmierci część ta pozostawała zamknięta i umieszczano w niej zmumifikowane zwłoki władcy, które okazji wielkich świąt wynoszono na zewnątrz i obnoszono ulicami Cusco.

     

    Tłum zwiedzających nie pozwala na komfortowe zwiedzanie Quorikanchy. Znacznie lepiej jest z Saycsayhuaman. Pierwotnie był to kompleks świątynny. Strzegą go trzy rzędy zygzakowatych murów, utworzonych z potężnych bloków skalnych. Największy z nich waży 70 ton. W promieniach zachodzącego słońca nie sposób było oderwać wzroku od precyzji ułożenia i tego jak dokładnie wygładzone zostały bloki skalne. Trzy mury symbolizują trzy światy wg inkaskiej mitologii: Górny Świat, Ten Świat i Dolny Świat – ich przedstawicielami są odpowiednio: kondor, puma i wąż. Nazwa forteca pojawia się w kontekście powstania Manco Inki przeciw Hiszpanom. To właśnie z Saycsahuaman atakował opanowane przez nich Cusco. Po upadku powstania teren świątyni usłany trupami wojowników stadami odwiedzały drapieżne i padlinożerne ptaki. Stąd właśnie nazwa Saycsahuaman: ukontentowane/ zadowolone orły.

    U stóp potężnych murów rozciąga się imponująca panorama całego Cusco a horyzont zamyka ośnieżony masyw świętej góry Ausangate.

     

    Niedaleko od Saycsahuaman leży Quenko – labirynt. To świątynia poświęcona Pachamamie (matce ziemi). Składa się na niego potężny monolit, podobno kiedyś przypominający pumę, lecz zdewastowany przez Hiszpanów. Druga część to wlaściwa świątynia znajdująca się w wąskim labiryncie między potężnymi blokami skalnymi. W której do dziś można znaleźć m. in. kamienne stoły ofiarne. W górnej części znajdujemy elementy obserwatorium astronomicznego oraz ponownie symbole węża, głowy pumy i ptaka.

     

    Kolejnymi miejscami, które odwiedzamy właściwie już po zmroku są Tambomachay oraz Puka Pukara. Tambomachay „miejsce odpoczynku” znane również jako „Łaźnia krolowej”. Z akweduktami, którymi cały rok płynie woda. Tędy przebiegał fragment słynnego inkaskiego szlaku Quapaq Nan, który prowadził do jednej z czterech prowincji imperium – Antisuyu.

    Puka Pukara – Czerwoną Fortecę – stanowiącą ważny punkt kontrolny oraz magazyn na inkaskim szlaku oglądamy już w zupełnym mroku. Wszystko dlatego, że po drodze kolejne osoby z naszego vana stają się ofiarą soroche – choroby wysokościowej. Ogólne osłabienie zawroty głowy, trudności z oddychaniem – powodują, że dla części osób nie była to udana wycieczka. My za to mamy się dobrze a swoja aklimatyzacje wieczorem poprawiamy popijając vino tinto peruano, które trzeba przyznać jest coraz lepsze…

    Dziś jeszcze napiszę kilka słów o wulkanie na ktory wychodzimy jutro, a resztę zaległych relacji umieszczę po powrocie:)

     

    07.06.13

    Jutro wyruszamy na wulkan Ubinas. Chcemy to zrobić sami więc wczorajszy dzień spędziliśmy na szukaniu miejsca z którego odjeżdżają lokalne busy do położonej w okolicach wulkanu wioski Ubinas. Za radą naszego znajomego Eduardo wyruszyliśmy w okolice targowiska w Arequipie. To zadziwiające jak po minięciu kilku przecznic miasto zmienia się nie do poznania. Najpierw znikają jacykolwiek turyści. Tłum na ulicy gęstnieje, sklepiki, warsztaty, fryzjerzy, panienki proponujące godzinę przyjemności lub krótki numerek, wreszcie samo targowisko – przebogate w towary, przebogate w ludzi, zapachy, kolory, dźwięki (ale o tym pewnie napisze Tomasz). Idziemy dalej wskazaną ulicą nikt nie potrafi nam powiedzieć skąd odjeżdżają busy do Ubinas, a raczej każdy wskazuje inne (nieprawdziwe) miejsce. Wreszcie na stacji benzynowej dziewczyna dopytuje taksówkarzy i jeden z nich postanawia zabrać nas w to miejsce. Jak się okazuje bardzo odległe od wskazanego przez Eduardo. W końcu zajeżdżamy w uliczkę złożoną z kurzu i czegoś co przypomina boksy czy baraki. W jednym z nich siedzą dwie kobiety nad workami z kukurydzą i innymi ziarnami. Pytamy skąd odjeżdżają busy do Ubinas. „Stąd” słyszymy. I tu zaskoczenie: z szuflady krzywego stołu pani wyciąga bloczek biletów i wypisuje nam dwa tak jak chcemy na sobotę. Musimy być tu o szóstej rano bo autobus odjeżdża raz dziennie.

    Ale wróćmy do wulkanu. Ubinas to obecnie najbardziej aktywny wulkan Peru i jeden z najbardziej aktywnych w Ameryce Południowej. Od XVI wieku zanotowano wiele erupcji. W 2006 roku wyrzucane przez wulkan gazy spowodowały śmierć całych stad alpak i lam pasących się w jego pobliżu i zmusiły do ewakuacji maleńką osadę Querapi. Wyrzucany przez wulkan słup gazu i popiołu sięgał wysokości 1,2km. W 2009 roku miała miejsce ostatnia silna erupcja. Obecnie wulkan jest nieco spokojniejszy i to właśnie chcemy wraz z Tomkiem wykorzystać. Wspiąć się do granicy krateru na wysokość 5672 m i zajrzeć do tej „diabelskiej gardzieli” o średnicy ponad 600 metrów. Okazuje się (co najmniej tutaj spodziewane) że plany może pokrzyżować nam pogoda. Okazuje się że mimo pory suchej codziennie popołudniu i w nocy mamy w Cordillera Volcanica spory opad śniegu a nawet burze. Jestem trzeci raz w okolicach Arequipy i jeszcze nigdy nie widziałem takiej ilości śniegu na pobliskich wulkanach: Misti, Chachani i Pichu Pichu. Pamiętajmy, że okolice to właściwie pustynia. Liczymy jednak na to, że jutro słońce pozwoli nam nacieszyć się widokami Reserva Salinas i Aguada Blanca ze stadami lam, alpak i wikunii oraz brodzącymi w lagunie flamingami, a także spojrzeć „na plecy” strzegących Arequipy świętych gór.

     

    10.06.13

     

    Relacja w wulkanu Ubinas (zacząłem ją pisać w zeszycie w obozie pod wulkanem a kończę dziś)

     

    8.06 około 18.00. Piszą tą relację w zeszycie, zaszyty po uszy w śpiworze. Jesteśmy na wysokości 4800 na stokach wulkanu Ubinas (5672m). Na zewnątrz dmucha wiatr, sypie śnieg i grad. Pogoda w okolicach Arequipy kompletnie zwariowała. Zamiast błękitu nieba (co jest normalne o tej porze roku) chmury i opady. Najlepiej widać to po wulkanach Misti, Chachani i Pichu Pichu – przybrane w białą szatę wyglądają przepięknie. Niestety dla nas to niedobra informacja – nie przygotowaliśmy się na takie warunki śnieżne. Ale bilet na bus jadący do wioski Ubinas wykupiony (policzono nam za drogę do wulkanu J - nie ma odwołania. O 15.15 taksówkarz przyjechał pod hostal. Pustymi ulicami przemknęliśmy na drugi koniec miasta a właściwie przedmieście – Pukarpata. Na miejscu byliśmy około 15.30. Boks czy szopa sprzed której miał odjeżdżać autobus zamknięte. W mroku za brama zaczął ujadać jakis pies. To zwabiło inne więc na ulicy zrobiło się trochę ruchu. W końcu pojawił się pierwszy (oprócz nas) pasażer, co nas nieco uspokoiło, gdyż pojawiły się już wątpliwości czy cokolwiek stąd odjeżdża. Do 6.00 zgromadziło się kilkanaście osób z różnymi, mniejszymi i większymi tobołami, deskami, rurami, skrzynkami, workami z kukurydzą i ryżem itp.

    Jedyny autobus do Ubinas jest jedynym środkiem transportu wszystkiego: od ludzi, poprzez zwierzęta (w drugą stronę jechały z nami kurczaki w kartonie) po żywność i dechy.

    Mieliśmy wyjechać o 6.00? Nieeeeeee. O 6.00 dopiero przyszła pani i otworzyła szopę. Teraz całą masę towaru należało wrzucić do busa – część do luków bagażowych, część na dach. Około siódmej wyruszamy. Proszę kierowcę i jego pomagiera by powiedzieli nam kiedy autobus będzie przejeżdżał najbliżej wulkanu – by tam wysiąść.

    Ruszyliśmy, by tradycyjnie po pięciu minutach zatrzymać się na stacji benzynowej. Do autobusu wdarł się wielokolorowy, hałaśliwy potok złożony z różnej maści sprzedawców: empanad, choclo, kanapek, picia itd. O dziwo tym razem na czele pochodu szła kobieta „bez zęba na przedzie” sprzedająca lekarstwa z kartonika. Kolor opakowań wskazywał, że przeleżały na pustyni od czasów Inki Pachacuteka. A jednak jej czułe słówka: „cariño, borazon, mi amor” spowodowały, że znalazła klientów.

    Droga na Ubinas wiedzie przez płaskowyż położony na wysokości około 4200m. Aby się na niego dostać z Arequipy (2300m) autobus pnie się mozolnie między wulkanami Misti i Pichu Pichu. Z dużym niepokojem patrzę na śnieg pokrywający stożki. Ciągle jeszcze wierząc w stabilność i powtarzalność pór roku, mówię sobie, że o tej porze roku w tej okolicy nie powinno go być. Żyje nadzieją, że słoneczny dzień sprawi, że świeży śnieg stopi się na stokach naszego wulkanu i bez raków spokojnie podejdziemy do krateru. Nadzieja zaczyna pryskać gdy patrzę na ośnieżone pobocza drogi, a altimetr wskazuje zaledwie 3800m.

    Wreszcie wyjeżdżamy na płaskowyż to Reserva Salinas y Aguada Blanca – tak nazywa się ten chroniony teren będący ostoją wikunii, flamingów ale także pełen stad lam i alpak. Normalnie o tej porze wypalony słońcem płaskowyż w kolorze brązowo-piaskowym wita nas bielą po sam horyzont. Zbite w grupki alpaki i pojedyncze stojące w lagunie flamingi wydają się być tym równie zaskoczone co my. Ale za to jest naprawdę pięknie. Droga przez to białe pustkowie, po drodze maleńka przytłoczona ogromem przestrzeni wioska, raz po raz pojedyncze przycupnięte w oddali malutkie chaty z gliny.

    Po kolejnej godzinie jazdy wyrasta przed nami Ubinas – jeden z najaktywniejszych wulkanów w Andach. Normalnie pozbawiony stałej pokrywy śnieżnej i lodowej – dziś jest zupełnie biały. Kiedy wstęga drogi przebiega  najbliżej południowo zachodnich stoków wysiadamy. Jeszcze przez chwilę obserwujemy jedyny ruchomy punkt w całej okolicy – nasz znikający autobus. Obieramy azymut na jeden z łagodniejszych stoków i ruszamy w tym kierunku by założyć obóz. Po około 4 godzinach powolnego podejścia docieramy na wysokość 4800m. Zaczyna wiać na tyle solidnie, że mimo odpowiednich ciuchów zaczynamy marznąć. Znajdujemy w miarę płaskie miejsce wolne od śniegu i rozstawiamy namiot. I tu niespodzianka: Tomek pakuje się do namiotu i zasypia jak dziecko! „Wstał zza biurka” wszedł na 4800 i bez problemu przespał całą noc. Jest w tym pewna niesprawiedliwość. Chodzę po górach już sporo lat i zawsze mam kłopot ze spaniem na wysokości.

    W nocy namiotem zaczyna solidnie targać wiatr. Później słyszę uderzający o ścianki sypki śnieg i grad. Na chwilę zapadłem w drzemkę. Obudziło mnie uczucie że się duszę. To ściana namiotu pod naporem śniegu przygniotła mnie nieco. A Tomasz… chrapie. Uderzeniami próbuję strącić śnieg z namiotu. Tomek budzi się na chwilę, przewraca się na bok i zasypia ponownie.

    Rano, po otwarciu zamka namiotu spada na nas warstewka śniegu i lodu, co szybko stawia nas na nogi. Wokół jeszcze więcej śniegu, krater wulkanu schowany w chmurach. Nie mam wątpliwości: nie pójdziemy w górę bez raków. Pakujemy obóz i ruszamy w kierunku drogi. Stojąc przy drodze i czekając czy cokolwiek przejedzie przez pustkowie spoglądam na Ubinas – cały w bieli jak panna młoda – kapryśna trochę…

     

    W galerii więcej zdjęć zapraszamy:)

     

    12.06.13

     

    Sądzę, że możemy mieć kłopoty. Otóż jest duże prawdopodobieństwo, że Tomasza nie wypuszczą z hostalu. Zawładnął kuchnią i sercami… nie chyba raczej żołądkami personelu i gości. Towarzystwo międzynarodowe z Peru, Chile, Izraela i Hiszpanii zbiega do kuchni po zapachu gdy tylko Tomasz zaczyna gotować. Mówią o nim CAMPEON (mistrz). Gulasz, kotlety, szarlotka i guacamole sprawiły, że biją pokłony i spoglądają z szacunkiem niczym na wielkiego Inkę PachacutekaJ

    W każdym razie dziś o trzeciej w nocy spróbujemy się wyrwać. Po to by zobaczyć narodziny królowej. Wyruszymy w nocy do Chivay, stamtąd do Tuti a później już tylko wędrówka do źródeł królowej wszystkich rzek Amazonki. Licząca 7040 km rzeka stworzyła najbogatszy ekosystem na świecie. Jej początki jak zresztą wielu innych są jednak bardzo skromne. Kolebką Amazonki jest Cordillera Chila wznosząca się na północ od kanionu Colca. Rzeka która kojarzy nam się głównie z największym lasem tropikalnym, jest symbolem bogactwa fauny i flory, rodzi się tutaj, wysoko w Andach z niepozornej strużki zwanej Apacheta…

    Wrócimy za jakieś sześć dni:)

     

    17.06.13

    Jedna z ostatnich wielkich zagadek geograficznych świata nadal budzi kontrowersje. Gdzie znajdują się źródła Amazonki, u stóp Nevado Mismi czy pod szczytem Quehuisha? Kto ma rację National Geographic czy Jacek Pałkiewicz. Nie potrafię tego ocenić. Wydaje się, że więcej badań hydrologicznych w terenie przeprowadziła ekspedycja Pałkiewicza, ale każda strona przedstawia swoje argumenty. Carhuasanta czy Apacheta, który potok jest pierwszorzędny a który drugorzędny. Kolejne pytanie: kto tak pierwszy wskazał na Apachetę: Piotr Chmieliński czy Jacek Pałkiewicz. Tego również nie wiem. Choć wydaje mi się, że tutaj konflikt jest zupełnie niepotrzebny. Bo jeśli rzeczywiście wyprawa kajakowa Chmielińskiego od źródeł do ujścia Amazonki miała swój początek na Quehuisha to ekspedycja Pałkiewicza z 1996 roku metodami naukowymi potwierdziła miejsce źródła. Andrzej Piętowski (prowadził ekspedycję NG), Piotr Chmieliński, Jacek Pałkiewicz. Wydaje mi się, że świetnie podsumował to Wojciech Cejrowski, który powiedział, że źródła Amazonki odkryli PolacyJ

     

    Pamiętam rok 2009, kiedy dopływaliśmy barką do Iquitos. Myślałem wtedy, że właśnie spełnia się moje marzenie. Jeszcze zanim zeszliśmy na brzeg zrodziło się kolejne: zobaczyć jak wyglądają narodziny wielkiej rzeki. Jak wygląda ta niepozorna struga, która w dolnym biegu osiąga szerokość 60 kilometrów a do Atlantyku uchodzi potężną deltą osiągającą około 300 kilometrów.

    W spełnieniu tego marzenia miał pomóc Remijio – Indianin Keczua z Cabanaconde, stary znajomy z wyprawy na Ampato. Ten sam, który prawie zagłodził nas podczas zdobywania góry, bo miejsce w plecakach przeznaczone na prowiant wypełnił liśćmi koki. Niestety okazało się że Remi nie może wybrać się z nami do źródeł Amazonki. Co robić? Przeszliśmy się z Tomkiem po agencjach w Arequipie. Sześćset dolarów od osoby, dojazd autem 4x4 w okolice Nevado Mismi i dwugodzinny trekking pod ścianę z której wypływa źródło. Cena nie do zaakceptowania, przygoda żadna i tylko jeden wariant – Mismi. O Quehuisha ani mowy. Idziemy do kolejnego starego znajomego – Eduardo. Na stole ląduje nalewka Jurka Sapuły z aronii. „Eduardo pomóż!” Kiedy już skończył się cieszyć z nalewki zapytał: „A ty poznałeś już kiedyś hombre de hielo (człowieka lodu)?” Pomyślałem - brzmi nieźle. Przetłumaczyłem Tomaszowi: „Yeti?” – spytał. Eduardo nie czekał długo. Skontaktował się z Teodoro bo tak hombre de hielo miał na imię. Wytłumaczył, że amigos z Polski, że szukają przewodnika do źródeł Amazonki i że nie chcą tylko pod Mismi do źródła Carhuasanty ale i pod Quehuisha do źródła Apachety. Przyszedł chłopak o surowych rysach twarzy, niższy o trzy głowy ode mnie, za to stąpający tak sprężyście, że mało nie wyrywał płytek z chodnika (od razu przypomniał mi się film o latającym proboszczu – znaczy MatrixJ. Oczywiste, że to zrobimy, oczywiste, że tanio, że bez auta 4x4, że bez osła, z worami na plecach. Uradowani nie zarejestrowaliśmy tego ostatniego… (pierwsza część zdjęć jest już w galerii, jutro reszta oraz dalszy ciąg relacji)

     

    19.06.13

    Do źródeł Amazonki cd.

    Do miejscowości Chivay wyruszyliśmy o trzeciej w nocy. Około szóstej obudziłem się bo poczułem, że autobus się zatrzymał. Byliśmy w najwyższym punkcie drogi pomiędzy Arequipą a kanionem Colca. Wokół było zupełnie biało, a droga oblodzona. Chyba mam dość arquipeńskiej pogody w tym roku.

    W Chivay na targowisku zrobiliśmy ostatnie zakupy i znaleźliśmy samochód jadący do wioski Tuti. Zapytaliśmy czy kierowca nie zawiezie nas nieco powyżej wioski  - za pewna dopłatą. Nie ma problemu. Do wioski w ogóle nie wjechał, a pozostałym pasażerom podziękował i wysadził na drodze przy Tuti. Zrobiło się nam trochę głupio. Nie tak to miało wyglądać.

    Kiedy wysiedliśmy z auta, chmury wisiały bardzo nisko a pobliskie stoki przysypane były śniegiem. Wszystko wydawało się dość ponure. Kiedy po nieco ponad godzinie dotarliśmy do opuszczonej osady Ran Ran – nieco się rozpogodziło. Tylko na chwilę, bo zaraz potem wiatr wzmógł się i zaczął siec po twarzach mieszanką śniegu i gradu. Mimo to twardo maszerowaliśmy dalej. Minęliśmy niewielkie obniżenie terenu, w którym zwykle zakłada się obóz. Teo miał wyraźny kłopot z określeniem czasu i odległości. Mam wrażenie, że potrafił to zrobić tylko pośrednio poprzez ocenę swojego zmęczenia. A że jeszcze się bardzo nie zmęczył – nie było o czym rozmawiać:

    - Teo ile jeszcze?

    - Cztery godziny

    Po około 2 godzinach:

    - Teo daleko jeszcze?

    - Trzy i pół godziny!

    W pewnym momencie na wysokości ok. 4500m wiatr i śnieg rozhulał się tak mocno, że postanowiliśmy założyć obóz mimo odsłoniętego terenu i braku dostępu do wody (mieliśmy swój zapas). W samą porę. Kiedy zmęczeni wchodziliśmy do namiotu, wokół było prawie ciemno, a hałas z jakim wiatr, śnieg i grad uderzały w ściany namiotu nie pozwalał rozmawiać.

    Poranek przywitał nas biały, mroźny ale słoneczny. Wznoszące się nisko nad pampą słońce oświetlało zamykający horyzont Nevado Mismi 5597m. Tam mamy dziś dotrzeć – u jego stóp znajdują się źródła Carhuasanty – pierwszego z naszych celów.. Czekało nas jednak dobrych kilka godzin marszu przez zaśnieżoną pampę. W końcu z niewielkiego wzniesienia zobaczyliśmy pas skalny u stóp Mismi, po którym spływa w dół woda tworząc potok Carhuasantę. Aby dojść pod same skały musieliśmy zejść w obniżenie terenu, w którym zalegało mnóstwo śniegu co jeszcze bardziej spowolniło nasz marsz. Wreszcie dotarliśmy z odległości około 200 metrów spoglądaliśmy na miejsce zwane przez miejscowych „ojo” (oko). Na skalnej ścianie wyraźnie widać ciemne ślady wilgoci i wody. Dochodzimy do miejsca gdzie po skalnej ścianie spływa woda całkiem wartkim strumieniem, a obok stoi metalowy krzyż z tabliczką poświęconą Lorenowi McIntyre’owi, który jako pierwszy wskazał Mismi jako obszar źródłowy dla Amazonki. Tomasz prawie wiesza się na tym krzyżu.

    Mój altymetr wskazuje niecałe 4850m. Tu zaczyna się Carhuasanta, która za kilka kilometrów połączy się z Apachetą dając potok o nazwie Lloqueta ten obniżając bieg zmienia kilkakrotnie nazwę by w końcu stać się Rio Apurimac dalej Ukajali, która po połączeniu z Rio Marañon staje się Amazonką.

    To połowa naszej drogi. No może nie połowa drogi ale połowa celów, które sobie wyznaczyliśmy. Teraz trzeba zejść wzdłuż Carhuasanty do miejsca, w którym łączy się z Apachetą i ponownie ruszyć w górę do miejsca pod szczytem Nevado Quehuisha, które ekipa naukowców pod przewodnictwem Jacka Pałkiewicza wskazała jako główne źródło królowej rzek. Stanowisko to jest również przyjęte przez peruwiański rząd oraz Peruwiańskie Towarzystwo Geograficzne. Schodzimy zatem w dół. W miejscu gdzie potoki łączą się, ścinamy drogę i zakładamy obóz nieco powyżej tego miejsca nad potokiem Apacheta. Dla mnie kolejna noc to walka z paskudnym bólem oczu i poczuciem jakby ktoś wsypał mi pod powieki kilogramy piachu.

    O poranku, po dobrej kawie na wodzie z Apachety wyruszamy ku zamykającej dolinę Nevado Quehuisha. Już w czasach prekolumbijskich przebiegał tędy szlak na przełącz pod szczytem i dalej w dół do doliny Colca i Arequipy. Po nieco ponad trzech godzinach docieramy na przełęcz. Zalega tu jeszcze sporo śniegu. Nevado Quehuisha wygląda jak wielki mur utworzony z luźnych kawałków skał. Na przełęczy usypano sporych rozmiarów apaczetę (kopiec z kamieni) = pewnie istniała tu też przed przybyciem Hiszpanów. To również miejsce kontynentalnego działu wód. Po stronie na której stoimy wszystkie potoki, strugi, rzeki płyną przez cały kontynent daleko do Atlantyku. Natomiast wszystko co spływa ze stoków kilka metrów dalej po drugiej stronie przełęczy kończy swój krótki bieg w Pacyfiku. Przysiadamy zmęczeni wypatrując miejsca, z którego wypływa strumień. Schodzimy nieco poniżej przełęczy. W jednym z obniżeń terenu widzę z daleka kamienny blok z tabliczką upamiętniającą wyprawę „Amazon Source 96” i odkrycie ekipy Jacka Pałkiewicza. Wokół nie widać wody jednak u podnóża monumentu rozciąga się zielony dywan utworzony z roślinności będącej w stanie się tu utrzymać co świadczy o tym że płynie tu woda. Zmęczeni robimy sobie zdjęcia w miejscu gdzie rodzi się wielka rzeka. Przejmująca jest myśl, że taka potęga, bogactwo ekosystemu, który tworzy powstaje w tak surowych warunkach… z niczego.

    Wracamy na przełęcz stawiamy swoje apaczety. Wznosimy toast piołunówką i wylewamy odrobinę dla Pachamamy, która obeszła się z nami łaskawie. Czeka nas jeszcze długi powrót więc zostawiamy jej również trochę liści koki pod kamieniem na przełęczy… (więcej zdjęć w galerii)

     

  • Dziennik żółtodzioba

    Tomek zaczął pisać dziennik - gorąco zachęcam do lektury Dziennika Żółtodzioba :).

    No i zdecydowałem  się przyleciałem do Ameryki Południowej, a dokładniej do Peru… na wyprawę do której zaprosił mnie  mój Serdeczny Druch  Jarek Łączka (wcześniej raczej łączyła nas enologia… he, he, he?!) . Proces decyzyjny co do wyjazdu był szybki, moja Żona  była zdecydowanie na tak, określając to: jedź i się zresetuj, jestem za to bardzo wdzięczny … Dzieciaki też powiedziały: nie stresuj się i jedź… !

    No to pojechałem….

     

    Po 23 godzinach od wyjazdu z Poznania postawiłem nogę na ziemi Peruwiańskiej, a dokładnie w stolicy Limie, po oczekiwaniu mniej więcej godzinnym za bagażem wybiegliśmy z lotniska, żeby dostać się na dworzec autobusowy (tylko 20 minut taksówką) muszę powiedzieć, że jazda była na najwyższej adrenalinie – to co robią tu kierowcy u nas w „cywilizowanym świecie „ skończyłoby się przynajmniej 15 stłuczkami – nie, nie jak ktoś był w Paryżu i miał wrażenie, że jeździ  się na zderzak – to tutaj jeździ się z zamkniętymi oczami i modli o jeszcze jedną szansę na przeżycie…

     

    W końcu docieramy na dworzec autobusowy – kontrola jak na lotnisku, płacimy za wyjazd do Cusco, który ma trwać ok. 18 godzin – przeżyjemy – chyba …. Czas jest tutaj dość osobliwie traktowany 2 godziny w lewo czy w prawo, jakie to ma znaczenie ? Jednego czego Jarek mnie uczy to – luzik - oni tak mają !

     

    No więc noc w autobusie w wygodnych fotelach, na dolnym pokładzie i jak się okazało to 21 godzin jazdy przez ANDY – widoki są nie do opisania, przepaście zatykają nieco oddech, a zrobienie siusiu w toalecie autobusu graniczy z cudem, oczywiście żeby trafić we właściwe miejsce, a nie na ścianę, czy podłogę . Jedno jest pewne jak tu będziecie jeździć autobusem to do toalety chodzi się w butach !!!! Ja poszedłem w skarpetkach……;)

     

    Przy jednym dłuższym wymuszonym postoju ok. 60 km przed Cuzco – podobno szła procesja, nam się skojarzyło, że to Boże Ciało, udało mi się zaatakować lusterko od autokaru i lekko rozbiłem sobie nasadę nosa. A wszystko dlatego, że autokar został obstąpiony przez lokalnych sprzedawców lodów,  picia, jedzenia, owoców i próbując przejść pod ich parasolami nadziałem się na wspomniane lusterko. Trzeba pamiętać, że tu wszystko jest niżej, a średni wzrost to ok. 150 cm. Z moimi 185 cm wciąż nadziewam się na takie niespodzianki………

     

    Dziennik Żółtodzioba cz.2

     

     

    Króciutko o kolacji jaką urządziliśmy sobie z Jarkiem.

     

    W Peru obok mięsa z alpaki, (bardzo dobre), jagnięciny oraz lamy , króluje wołowina, nie byłbym sobą gdybym nie wypatrzył polędwicy na befsztyki ( ceny w/w mięsa są tu śmieszne kilogram polędwicy 14 soli to mniej więcej 16 PLN ) namówiłem ( właściwie zakomunikowałem co jemy) kupiliśmy 70 dkg, czyli mniej więcej 6 dużych befsztyków, najprostsza marynata pod słońcem czyli sos sojowy( zawiera sól i cukier- cukier w zetknięciu z gorącą patelnią zamyka pory mięsa  przez co befsztyk jest zawsze soczysty), pieprz i odrobina caberneta.

     

    Po lekkim rozbiciu mięsa wkłada się je mniej więcej na pół godziny w marynatę . W tym czasie przygotowałem warzywny RATATUJ (tak, tak to potrawa , a nie bajka…He,He,He…) czyli warzywa takie jak marchew, seler, korzeń pietruszki, szalotka (tutaj są ogromne i słodkie) , łodyga selera naciowego i jeden twardy pomidor pokrojony w ćwiartki aby się nie rozgotował – warzywa dusi się na maśle pod przykryciem (bez wody – oddają soki ) na pięć minut przed końcem dodaje się pomidora i odrobinę czerwonego wina, soli i pieprzu – WARZYWA  NIE MOGĄ SIĘ ROZGOTOWAĆ ! muszą być lekko chrupiące .

     

    Odstawiamy na bok i smażymy befsztyki ja uwielbiam krwiste, Jarek średnie, no i po 5 minutach bierzemy talerze nakładamy RATATUJ i na to ( w naszym przypadku po 3 befsztyki !!!!) do tego butelkę czerwonego wina i SMACZNEGO !!!! ( dokumentacja zdjęciowa w załączeniu)….i jak tu schudnąć ?

     

     

     

     Dziennik Żółtodzioba cz. 3

     

    Po wczorajszym obżarstwie o 7.30 rano czekamy przed naszym hotelem na busa, który ma nas zabrać na wymarzoną wycieczkę do Machu Picchu – zaginionego miasta Inków położonego na wysokości 2430 m n.p.m. nigdy nie odnalezionej przez Hiszpanów, a odkrytej dopiero na początku XX w.

     

    Jest 8.00 stoimy jak te słupy dalej – dwóch dryblasów, z kolorowymi plecakami, wszyscy taksówkarze na nas trąbią …. Taki tu zwyczaj….

     

    8.03 nie wytrzymałem  Jarek dzwoni do biura, które sprzedało nam wyjazd no i echo… nikt nie odbiera (mimo – podobno dyżuru 24 h)

     

    Ok. 8.15 wychodzi właściciel hotelu i szczęka mu opada na nasz widok, ale zaraz robi dobrą mine i mówi, że wszystko co można powiedzieć z całą pewnością o Peruwiańczykach to, to, że nie są punktualni. No cóż czas tutaj płynie znacznie wolniej…., uspokoiło nas to na jakieś 5 minut.

     

    Jarek nie wytrzymuje i idzie zadzwonić z lokalnego telefonu, właściwie to budki telefonicznej w postaci Pani, która siedzi na narożniku ulicy w odblaskowym kubraczku i usługowo użycza (za opłatą oczywiście ) swojego telefonu komórkowego.

     

    Po drugiej stronie telefonu odzywa się właściciel firmy i od razu krzyczy – Byłem po Was i nikogo nie znalazłem….

     

    No, teraz miarka się przebrała, wskakujemy do taksówki i po 5 minutach jesteśmy w biurze.

     

    Facet bardzo zdenerwowany, nie wie co powiedzieć, a Jarek szybka akcja i zjechał gościa po hiszpańsku rzecz oczywista. Pokazałem, o której do niego dzwoniliśmy – nie mógł już nic więcej powiedzieć. Wiem, że to niehumanitarne – dwóch dryblasów (jak na tutejsze warunki) na jednego „Małego” 155 cm, ale w końcu zapłaciliśmy po kila stówek.

     

    Oczywiście dzisiaj o Machu Picchu możemy tylko pomarzyć…. Udało się jednak załatwić wyjazd na zwiedzanie do Świętej Doliny, która mieliśmy zrobić za dwa dni.

     

    Po dotarciu na miejsce i wdrapaniu się (to znaczy ja się wdrapywałem, a Jaro szedł jakby nigdy nic) na sam szczyt twierdzy, mój mentor czyli Jaro (cały czas mnie aklimatyzuje….) tak to się nazywa …. Gania mnie z dwóch tysięcy metrów na prawie cztery i z powrotem, a później jako psycholog mnie motywuje, no nieźle stary, stopy stawiasz OK, tempo masz dobre, a ja ze szczęścia ??? oddechu nie mogę złapać, oczy mi wyłażą z niedotlenienia (na szczęście miałem okulary) tętno około 200, pot mi się leje po plecach i się nie odzywam (wcale nie z wrodzonej skromności) bo nie mogę słowa wykrztusić – 3700m n.p.m. robi swoje dla takiego laika jak ja.

     

    Jak już zacząłem kwękać Jarek mi mówi – niedługo będziesz się aklimatyzował na 4800, a później oszukamy organizm i zanim się zorientujesz zaatakujemy 5600…

     

    - O matko co ON do mnie mówi !???? Co to znaczy !???? Zobaczymy już niedługo…

     

    A teraz kilka porad Żółtodzioba …

     

    - po pierwsze aklimatyzacja na tych wysokościach jest niezbędna !!! (kilka osób z naszego wyjazdu wylądowało w autokarze z maską tlenową)

     

    - po drugie – nigdy nie graj chojraka – krzywdę łatwo sobie zrobić

     

    - po trzecie – wyjeżdżaj tylko z ludźmi , którzy maja pojecie co robią i co robić zanim wejdziesz na większe wysokości

     

    - po czwarte – Twój kompan lub Ty musisz w Peru znać hiszpański, angielski jest używany rzadko i znaczy tyle co polski… do następnego razu.

     

     

    Pierwsze spotkanie z Cocą

     

    Dziennik Żółtodzioba cz. 4

    Jedziemy w kierunku Machu Picchu blisko 7 godzin busem , który na pokładzie ma 16 osób, widoki gór zapierają dech w piersi – dosłownie, bo tutaj drogi nie mają żadnych barier zabezpieczających , przed runięciem w dół …, trzeba  mieć naprawdę nerwy na wodzy lub być pijanym w sztok , żeby nie wskoczyć kierowcy na kolana i samemu próbować poprowadzić „ bezpieczniej”… wspinamy się na przełęcz na wysokości 4316 m n.p.m. ile to mają nasze Rysy , czy Gerlach ??? , z tej przełęczy wyglądałyby jak pagórki … nie obrażając górali z Zakopca. Do tego trzeba dodać , że jest to droga asfaltowa i to dość szeroka – dziwne tutaj też są mrozy w nocy , a w dzień temperatura skacze nawet do 30 stopni i nie ma dziur w nawierzchni – może nasz Premier załatwiłby szkolenie dla naszych drogowców w Peru jak się buduje drogi w skrajnych warunkach pogodowych.

    Niestety sielanka kończy się w Santa Maria – zjeżdżamy z drogi asfaltowej na polną usłaną granitowymi kamieniami – podróż ma potrwać jeszcze godzinę , ta godzina to na razie najdłuższa w moim życiu. COFAM WSZYSTKO co napisałem wcześniej o nerwach – z tej perspektywy to była SIELANKA !!!!

    To co zaczęło się dziać z drogą tutaj to horror przez duże HHHHHHaaaaa , droga szerokości 3 metrów wykuta w zboczu , z lewej przepaść na kilkaset metrów , a MY wyprzedzamy ciężarówkę , która próbuje zrobić nam trochę miejsca wpasowując się w wyłom skalny, lewe koła od przepaści dzieli ok., 20, 30 cm , kierowca wydmuchuje sobie nos w papier toaletowy i kierownicę trzyma łokciami !!!!  Boże czemu ja usiadłem za nim ?! – tak wiem , chciałem podziwiać widoki przez przednią szybę .  Jarek choć przyzwyczajony do wysokości , ma co najmniej niewyraźną minę …. To mnie jeszcze bardziej przeraża …!!!!  Kręci film kamerą  jak lewą stroną ślizgamy się po krawędzi przepaści , ja nie wiem czy się modlić , czy wysiadać , czy może rozbeczeć się z nerwów i bezradności… ??? I tak przez 30 kilometrów…

    W końcu docieramy do Santa Teresa , jak wysiadłem z auta zastanawiałem się czy nie klęknąć i nie całować ziemi ze szczęścia , że przejechaliśmy góry szczęśliwie , powstrzymała mnie jednak perspektywa powrotu w dniu jutrzejszym , nie będę dwa razy brudził kolan w pyle jaki jest tu wszechobecny , zostawię to na jutro , będzie hurtem , ale jako nałogowiec wypaliłem 2 papierosy jeden po drugim ….a myślałem , że tu rzucę … wszystko przez tego kamikadze za kierownicą…

    Nie chce mi się jeść mimo sześciogodzinnego postu i jednej bułeczki na śniadanie. Z Jarkiem wypijamy jedno piwo na spółkę i jedziemy ok. 20 minut do punktu wyjścia . Czyli Hydroelektrowni na rzece Urubamba , stąd plecak na plecy i 10 kilometrów przez prawdziwą dżunglę do miejscowości Aguas Calientes ( Ciepłe Źródła) skąd przed świtem będziemy się wspinać na Machu Picchu . Po drodze Jarek robi mi zdjęcia wśród dzikich bananowców , zbieramy na ziemi wielkie avocado ( występuje ich tutaj ponad 30 gatunków , od maleńkich wielkości małego ogórka do olbrzymich wielkości małej kapusty i wszystkie są jadalne ). Do Aguas Calientes docieramy po dwóch godzinach , jest już noc – ostatnie 300 m drogi w dżungli oświetlają nam świetliki – śmiejemy się , ze są dobrze wytresowane , ponieważ świecą tylko na poboczu drogi . Po zainstalowaniu się w ślepym pokoju ( bez okien na zewnątrz ) jemy kolację, wrzucamy materiał na ODKRYTE .PL ( już go pewnie czytaliście – mam nadzieję ) idziemy spać jest 23 , o 3.30 pobudka . Wychodzimy o 4.30 jest noc ( tutaj słonce wschodzi ok. 6.00 i zachodzi ok. 18 . 00 – nie ma praktycznie zmierzchu noc zapada nagle – to strefa około równikowa i tak jest praktycznie przez cały rok). Idziemy pieszo po śniadaniu – jedna bułeczka z dżemem i margaryną ( można wjechać oczywiście autobusem – trasa jest dość długa i droga  15 dolarów w jedną stronę ) są dwie trasy piesze jedna łatwiejsza, ale DŁUGA wzdłuż drogi dla autobusów , druga czyli ta , którą wybraliśmy ( …o matko…!) czyli pionowo w górę (malusieńkimi zakosami) 450 metrów w pionie !!!! Przeliczając to na piętra , to mniej więcej (raczej więcej ) – ale co tam o drobne nie chodzi – wieżowiec ten miałby 150 PIĘTER !!!! Znacie taki w Europie ???  Punktualnie o piątej strażnik po sprawdzeniu paszportu i biletu wpuszcza nas na teren parku . No teraz tylko w górę i za mniej więcej godzinę powinniśmy być na górze w Machu Picchu …najgorzej jak się komuś coś wydaje …. Jaro mnie pociesza , że inne wejścia jakie nas czekają nie będą , aż tak strome – na wulkanie kąt nachylenia zbocza ma tylko 30 stopni – zaschło mi w gardle ….?! O k…wa  pomyślałem , może pójdę DROGĄ ??? Boże co mnie tutaj czeka , niepokojące było również to , że na 100 osób czekających na wejście my byliśmy najstarsi ….i to znacznie…. ( z pewnością w tym towarzystwie byłem NAJCIĘŻSZY... ładnie to brzmi …niestety nie mówię o mięśniach….) …ale co tam , nie będę mięczakiem i z wojennym okrzykiem na ustach - „ …Jeńców nie BIERZEMY…” !!! ruszyłem pod górę , na początku w świetle czołówek ( latarki na czole) było ciemno jak w ……. Dochodzę do wniosku , że Jaro przesadził ….nie jest tak źle, dam radę… - Zdążyłem tylko o tym pomyśleć ( zawsze wtedy muszę być pokarany, za brak pokory ….macie to samo , czy tylko ja jestem takim pechowcem – jak tylko pomyślę , że cos fajnie się uda – to zawsze musi być odwrotnie , no prawie zawsze…) – schody w pionie , jedne mają 10 cm , następne 45 cm – jak tu złapać tempo.?  Po pierwszej setce (chyba?) czułem , że tętno dobiło do 250 ( może do 300 ? ) , nie dam rady – to się nie da …. Jak doczłapałem do drogi , którą przecina ścieżka po której szliśmy – Jaro na mnie czekał , wycharczałem …, ze pójdę dalej drogą  ??? Jarek jednak nie odpuścił – Dawaj wodę z plecaka , trochę Cię odciążę i idziemy – to nie wyścig , idź spokojnie noga za nogą …. – nie dam rady , nie zmuszę się żeby tam znowu się skrabać ….a to dopiero początek pierwszy z ośmiu odcinków ….

    Chwile odpocząłem – dobra spróbuję , jak inni mogą , ja też muszę …, no i polazłem jak muł pod górę – powoli , ale do przodu , te schody to prawdziwy interwał , raz szybko raz wolno , raz niski schodek , raz wysoki i tak do samego szczytu…

    Po wejściu na szczyt byłem szczęśliwy jak dzieciak , przybiliśmy sobie „ piątki” – wiem jedno bez pomocy Jarka – poszedłbym drogą ….

    Podejście trwało nieco ponad godzinę – 450 metrów w pionie ! Powiem tylko tyle, to naprawdę mordercze  dla takiego Żółtodzioba jak ja…

    Jednego nauczyłem się z pewnością – nie wolno w górach biegać , ja narzuciłem sobie zbyt ostre tempo i dostałem za swoje , idź zawsze spokojnie i miarowo , równym krokiem , oddychaj głęboko – nikt Cię nie pogania i tak jest OK.

     

    MACHU PICCHU

    Trudno to opisać , jakie wrażenie zrobiła ta budowla na mnie – miasto w chmurach …zbudowana z kamienia . Do dzisiaj istnieją tyko domysły jak powstała ? Jak to możliwe , że w XVI wieku spasować kamienie ze skały granitowej ( czyli jednej z najtwardszej jaką znamy) z dokładnością do milimetra bez użycia grama zaprawy – mimo wielu trzęsien ziemi stoi nienaruszona . Dzisiaj mury są prześwietlane w części rozbierane i nikt nie potrafi  ręcznie odtworzyć tak dokładnych spasowań  kamieni jak robili to INKOWIE. Kamienie bywają nieregularne ale każdy do siebie przylega jak klocek LEGO . Brzegi kamieni wyglądają  jak byłyby cięte laserem albo specjalistyczną piłą.

    Inkowie nie znali koła ! Trudno , więc przypuszczać aby dysponowali taką technologią , mówi się , ze kamienie były szlifowane za pomocą piasku i innych twardszych kamieni . Nie jestem znawcą , ale trudno się z tym zgodzić , do dziś nikt nie był w stanie odtworzyć murów tworzonych przez Inków w sposób wyżej opisany.

    Inkowie nie mieli swojego pisma , a może dokładniej rzecz biorąc jest coś co je przypomina  węzełki na sznurkach i tu znowu jest spór badaczy – jedni twierdzą , ze był to sposób zapisywanie liczb , inni znowu , że informacji . Spór trwa.

    Inkowie byli doskonałymi astronomami , znali konstelacje , wyznaczali pory roku z wielką dokładnością , potrafili wyznaczyć kierunki geograficzne co do stopnia ….

    Nikt dokładnie nie potrafi stwierdzić jak transportowano na duże odległości i wysokości kilkudziesięciotonowe głazy , średni wzrost Inka wynosił 150 – 155cm zakładając więc , że mogli być bardzo silni i wytrzymali  mogli je przenosić lub toczyć na balach drzewnych i w tym zakresie jest wiele teorii i hipotez , co jest prawdą pewnie nigdy się nie dowiemy.

     

    No dobra wystarczy tego poślizgu po historii – to musicie zobaczyć ( chociażby na zdjęciach zrobionych przez Jarka na odkryte.pl)

     

    Po zejściu tą sama drogą co weszliśmy ( nie wiem co lepsze? )na dole kolana miałem jak z galarety , mięśnie już nie trzymały – odbyliśmy spacer przez dżunglę – czyli 10 km z powrotem do hydroelektrowni – jak później się okazało jako jedyni z całej grupy . Czyli 24 h 20 km i podejście i zejście na Machu Picchu  , nie wiem  czy łącznie w tym roku tyle przeszedłem ?

    Aha , jak komuś brakuje adrenaliny to wybierzcie się na przejażdżkę do HUANHARACCO z miejscowym „ kamikadze” to po drodze do Machu Picchu .

     

    Do usłyszenia – Żółtodziób ;)

     

    Pamiętnik Żółtodzioba cz.5.

     

    No dobra – do roboty dzisiaj jest 4.06. – to tak żeby nie tracić rachuby czasu .

    Dzisiaj staramy się nadrobić straty snu po powrocie z Machu Picchu i jednocześnie przygotować się do wyjazdu do Arequipy drugiego co do wielkości miasta w Peru ( tzw. Białego Miasta – to z powodu białego kamienia wulkanicznego, z którego została wybudowana – ponieważ leży w sąsiedztwie 3 wulkanów Misti, Chachani i Pichu Pichu , każdy z nich ma w granicach 6 tysięcy metrów wysokości ) .

    Podobno jego mieszkańcy nie mówią o sobie – jestem z Peru , a – ja jestem z Arequipy.

    Arequipa liczy oficjalnie około miliona mieszkańców , ale nieoficjalnie znacznie więcej …

    Miasto jest ośrodkiem kulturalno- oświatowym Peru, no ale o tym później kiedy tam się doczołgamy – oczywiście autobusem ….

    Podróż „tylko 10 godzin” jak na tutejsze standardy to bardzo krótko , przypomnę tylko , że z Limy do Cusco jechaliśmy 22 godziny ????!

    Moja kość ogonowa będzie do wymiany , ale co tam – dzisiaj można wszystko przeszczepić .

    W restauracyjce , którą wybraliśmy od początku jako centrum operacyjne z racji WI-FI i dobrego piwa ( CUSQUEŃA) zjedliśmy lunch , Jaro zupa cebulowa , a ja dla odmiany czosnkowa Pani przyjmując zamówienie spojrzała na nas podejrzliwie- czyżby tak rzadko to zamawiano ? Chyba tak ponieważ czekaliśmy za ich podaniem z pół godziny , pewnie kucharz ze śmiechu wpadł do kotła – aromaty były tak intensywne , że śmierdzieć będziemy ze trzy dni, choć my byliśmy zachwyceni tymi smakami – dobrze , że nasze Panie nie będą miały z nami do czynienia …!

    Muchy na nasz widok ( i zapach) skręcały 3 metry przed nami i przysiadały zdezorientowane na ścianach , przynajmniej tyle dobrego …

    Zawędrowaliśmy to tzw. lokutorium , czyli budek telefonicznych obsługiwanych przez Internet . Pan , który obsługiwał te urządzenia poinformował nas o cenie za minutę , o numerze kierunkowym do Polski ( myślicie , ze to takie oczywiste – nie ?) i zaczęliśmy kręcić, kręciliśmy i kręciliśmy mało słuchawek nie pourywaliśmy , a tu nic – prawdziwa Bonanza…

    PANU się przypomniało , że trzeba po kierunkowym do Polski wybrać cyfrę 50 !!!

    No w końcu odpaliło z 3 minuty rozmawiałem , niestety Jarkowi nie udało się dodzwonić…

    …i niespodzianka ( jak zwykle , gdy chodzi o kasę ) PAN zaśpiewał 22 sole ( to tutejsza waluta), a my w kłótnię , no jak to – przecież miało być 2 sole za minutę !!!, że Jarek w ogóle nie rozmawiał , a ja 3 no może 4 minuty!

    …,a PAN ze spokojem wędkarza, który łowi leszcze( te nigdy się nie śpieszą) oznajmił , że opłata należy się od momentu wybrania pierwszego numeru , NIE WAŻNE , ŻE NIE POINFORMOWAŁ  nas o dodatkowym kierunkowym ….

    No to my WRZASK ( dla zasady…) , no i zjechał 4 sole , chowając się za komputer – ale sukces co ???

    Trzeba z takimi rzeczami tutaj uważać – nie zawsze to co napisane do końca takie jest – najpierw trzeba się dopytać , a później działać – choć jedno jest naprawdę wspaniałe , ludzie są przemili i uprzejmi jednocześnie bardzo uczynni .

    Po tym wydarzeniu – pochodziliśmy po centrum miasta – Jaro zaliczył Brownie w kawiarni , ja dwie kawy i poszliśmy na wcześniej umówione spotkanie DE-GU-STA-CYJ-NE – PISCO w CUSCO – fajnie się rymuje …

    No więc PISCO to narodowa duma Peru , czyli WÓDA z winogron , ale to zbytnie uproszczenie , destylat jest tylko i wyłącznie z czystego , świeżego soku winogronowego a najlepsze podobno ze szczepu QUEBRANTA ( no smakosze wina – kto o takim szczepie słyszał – a uprawiany jest tutaj od XVI wieku ) bez dodatku grama wody , sok poddawany jest krótkiej fermentacji i jednej destylacji , to co pozostaje w kadzi jest wylewane  ( nie tak jak nasza tańsza wódeczka po której główka pęka – u nas nic się nie marnuje )– dzięki czemu alkohol ten jest bardzo czysty , pozbawiony zanieczyszczeń i chemii . Moc jaką osiąga to przedział  od 38 do 43% - najwyżej cenione są SINGLE ( czyli nie mieszane) , ale BLENDY ( różne rodzaje destylatów mieszane w odpowiednich proporcjach) są łagodniejsze – podobnie jak whisky.

    Co ważne alkohol ten nie jest przechowywany w beczkach , a w kadziach z wypalanej gliny

    ( u nas się mówi kamionka) – dojrzewa tam od 3 do 9 miesięcy .

    Widzicie , nie jest to taka sobie wódeczka…

    PISCO jest bazą bardzo wielu drinków – najbardziej znanym jest PISCO SOUR ( pisco, białko z jajka , sok z limonki), ale tak naprawdę  powinno je się pić się bez mała jak koniak , aromaty są silnie wyczuwalne tak jak w winie , wyraźne , długie , bogate i przejrzyste (od owoców , poprzez zioła , aż do orientalnych przypraw) – ale się w kipera (raczej degustatora)zabawiłem co ?

    PISCO pije się w kieliszkach od białego wina lub w małych  kieliszkach takich jak do włoskiej grappy ( tez wódka z  winogron , ale mi smakiem przypomina denaturat ) .

    PISCO to klasa sama w sobie – delikatny smak , krystaliczna czystość i do tego szef barmanów mówiący troche po polsku i ukraińsku , który powiedział to wszystko co wyżej napisałem .

    Jak już zdegustowaliśmy i zrobiła się nam ochota na więcej, (degustacji rzecz oczywista- w barze było ponad dwadzieścia gatunków PISCO) musieliśmy zbierać się do wyjazdu .

    Ruszyliśmy więc marynarskim ( wiecie jak chodzą marynarze ?) żwawym krokiem na dworzec autobusowy , aby dojechać do AREQUIPY…

     

    Pamiętnik Żółtodzioba cz.6

    AREQUIPA – ranek , wysiadamy ze śmierdzącego autobusu ( tak to jest jak jedzie 50 chłopa , okna pozamykane , a klima wyłączona) bierzemy taksówkę i jedziemy do hotelu , tu bęc nie ma dwójek – no to pech , taksiarz zawozi nas do innego (polecanego przez niego za drobną opłatą od właściciela) , ale co tam zmęczenie jest silniejsze niż chęć poszukiwań czegoś lepszego , najważniejsze , ze jest łazienka i ciepła woda . Po kąpieli odzyskujemy rezon i wyruszamy w miasto – ustaliliśmy , że tu spędzimy 3 dni przed wyprawą na wulkan – tak w ogóle miało tu być lato i jest ciepełko , ale stożki wulkanów osłonięte są przez chmury , Jaro mówi , że sypie tam śnieg - ???? O tej porze roku ????

    Widać pogoda nie tylko u nas płata figle…

    Miasto jest super – niska zabudowa  ze względu na częste trzęsienia ziemi , zbudowane ze skały wulkanicznej w kolorze białym ( szarym właściwie) to też podobno niespotykane ponieważ z reguły skała bywa czarna ???

    Właściwie ulice przypominają , ulice w Meksyku – zabudowa kolonialna , widać rękę Hiszpanów. Wszędzie pełno sklepików , ale o dziwo nie ma naganiaczy, poszliśmy szukać innego hotelu , Jarek nie odpuścił i podrałowaliśmy do miejsca gdzie byliśmy rano , okazało się , że wszystko można załatwić – pokój będzie dla nas od jutra. Czyściutko , pachnąco, duże łazienki – EUROPA !!!

    Do popołudnia włóczyliśmy się po mieście , odwiedziliśmy starego znajomego Jarka , który prowadzi agencje turystyczną Eduardo ( czyli Edka) , na plakacie reklamowym przed wejście zdjęcie mojej znajomej , a Jarka żony z banerem Chaty Polskiej na szczycie wulkanu AMPATO , to tam gdzie znaleziono najsławniejszą mumię w Peru o dźwięcznym imieniu JUANITA.

    Porozmawialiśmy ( Jarek porozmawiał ) Eduardo patrzy na mnie z zaciekawieniem jak taki „chudziak” jak ja chce wejść na wulkan , pewnie sobie pomyślał – dam znać policji o ewakuacji bo erupcja murowana jak ten gość zacznie się tam człapać..( wulkan jest aktywny!)

    Zrobiłem poważną minę jakbym był tam przynajmniej siedemnaście razy i pomyślałem sobie , że nie będę się przejmował , nie każdy może być chudy…

    Wróciliśmy do hotelu i do roboty , wpisywanie na odkryte.pl , wrzucanie zdjęć i tak przez kilka godzin ( niech ktoś powie , że my tu nie pracujemy ?!)

    Następnego dnia po odespaniu podróży autobusem – przenosiny do „wymarzonego” hotelu i w miasto szukać lokalnego dworca autobusowego ( lepiej byłoby użyć sformułowania mikro dworca, a jeszcze lepiej szopy, budy, garażu, albo wnęki w ścianie !!!) szliśmy według wskazówek Eduardo , ale NIKT nie słyszał gdzie to jest , znaleźliśmy taksiarza , który podobno wie…. Wsiadamy i jedziemy … po 10 minutach myślę sobie – żono kochana szykuj kasę na okup ( Jaro określił to : Bangladesz ? !) dzielnica co tu mówić podejrzana , z pewnością nas wywiezie i ukatrupią nas , ale kiedy myśleliśmy , ze zawraca bo sam się zgubił okazało się , że to TU !

    Dwie Panie we wnęce , uśmiechnięte z nimi 2 wory ryżu , 5 skrzynek pomarańczy i nie wiem co jeszcze , ale to właśnie stąd odjeżdża codziennie o 6 autobus w miejsce gdzie chcemy się dostać czyli do UBINAS . Panie wypisały nam bilety jak się patrzy zapłaciliśmy po 17 soli

    ( w agencji taki wyjazd kosztowałby ze 300), co prawda w podróży towarzyszyć nam będą pewnie kaczki, kury, owce i kozy , ale przecież to obcowanie z naturą , taksiarz odwiózł nas do centrum , odetchnęliśmy …

    Wybłagałem z racji zainteresowań Jarka o wizytę na tutejszym targu – przekupiłem go ugotowaniem obiadu i niezbędne były do tego świeże składniki….

    To najpiękniejsze targowisko jakie widziałem – można kupić tu prawie wszystko i całość pod dachem ! Ulica , która do niego prowadzi to prawdziwy ul , wszędzie sklepiki z żelastwem , lekarstwami ( od szamanów) , owocami i jedzeniem , po drodze spodobaliśmy się nawet kilku tutejszym  wydekoltowanym pięknością ( tak się wydawało !) ale jak to w wielu miastach i one prowadzą swój biznes . NIE SKORZYSTALIŚMY !!!

    Wchodzimy na targowisko i czuje , że mógłbym spędzić tutaj wiele godzin , góry owoców ułożone na 3 metry równiutko jak na defiladzie , sery ( właściwie tony serów), mięso chyba wszystkie gatunki jakie możemy sobie wyobrazić , ryby ( na czele z przepięknymi tuńczykami), warzywa , których połowy nie znam i budki z jedzeniem , a wszystko świeżuteńkie i aromatyczne .

    Wypiliśmy po dwie szklany świeżego soku z pomarańczy ( 5 zł- 2 szklany!!!)i zjedliśmy przepyszne empanady nadziewane mięsem i serem ( takie bułki – przypominają w smaku hot – dogi z dawnych lat , czyli bułkę nadziewaną pieczarkami) oczywiście doprawiłem sobie to sosem z papryki ROCOTO – jak się kogoś nie lubi to trzeba mu podać i na minimum 2 godziny gościa mamy z głowy , co prawda jeżeli cokolwiek będzie stało do wypicia na stole , ocet , wódka , czy wino pochłonie do gaszenia wszystko – to nie jest banalna przyprawa…

    Rozochoceni chcieliśmy zjeść pieczoną wieprzowinę , wyglądała smakowicie, ale przed wyprawą zachowaliśmy na tyle zdrowego rozsądku , żeby tego nie robić – chociaż dobrze „oznakowany” szlak pod górę pozwala później  szybciej zejść na dół. W każdym razie po powrocie na pewno jej spróbujemy ….

    W hotelu przygotowałem spaghetti po bolońsku i tez było pysznie !

    Dzisiaj przygotowania do wyprawy na wulkan , wiec dzień organizacyjny , zakupy , pakowanie , przepakowywanie po dziesięć razy , potrzebne , niepotrzebne, za ciężkie , nie wygodne i tak w kółko .

    Jaro mówi – każdy gram będzie ważny przy podchodzeniu  - a ty człowieku się stresujesz …, a gdzie lakierki żeby odtańczyć walczyka z radości jeżeli uda nam się wleźć na tę „górkę” …????????

     

    Pamiętnik  Żółtodzioba cz.7. Wulkan

    Budzik zadzwonił 4.15 , przerąbane , z Jarkiem przewracamy się na drugi bok , na szczęście po 5 minutach  włącza się z impetem po raz drugi . Nieprzytomni – bo kto normalny wstaje o tej porze z własnej woli ? Nieszczęśliwi podnosimy się z łóżek ….

    Dzisiaj jedziemy pod wulkan UBINAS , śniadanie jak zwykle- bułka z masłem ( to chyba tradycja ?) docieramy do naszej stacji autobusowej przed 6 .00 , no i co ? Jak zwykle okazuje się , że autobus nie wyjeżdża o 6, jak nam mówiono , a o 7 .00 , mogliśmy jeszcze godzinkę pospać – trudno ….wytrzymamy…?!

    Autobus okazał się lokalną firmą logistyczną poza pasażerami był załadowany na dachu , deskami , skrzyniami , workami z ryżem i makaronem oraz papierem toaletowym nie było na szczęście zwierząt .

    Wyjechaliśmy o 7.00 co na tutejsze warunki było rewelacją .

    Droga asfaltowa szybko się skończyła i zaczęliśmy się wspinać na cztery tysiące metrów.

    Podróż z widokami na ośnieżone wulkany ( śnieg o tej porze roku to tutaj delikatnie mówiąc- nienormalne ….?!) – jak widać i tutaj przyroda płata figle….

    Trzy godziny do celu , kierowca zatrzymał się w najbliższej odległości o wulkanu UBINAS , wyładowali nasze dwa wielkie i ciężkie  plecaki ….i pojechali , zostaliśmy sami w ciszy naprzeciw GIGANTA stojącego przed nami . To chyba żart – ja mam tam wejść ? Zrobiło mi się słabo – na widokówce w Internecie nie wyglądał na takiego molocha….zaschło mi w gardle , Jaro daj się napić (wody rzecz jasna) bo trochę mnie „przytłoczył nasz UBINAS”….

    Po 15 minutach modlenia się aby nastąpiło trzęsienie ziemi , albo niespodziewana erupcja ( wtedy nie musielibyśmy się wspinać )ruszamy pod górę – miękki piach pod nogami , buty lekko grzęzną – już nie biegnę jaka na Machu Picchu – spokojnie krok za krokiem ( właściwie kroczek za kroczkiem – drobię jak baletnica w Jeziorze Łabędzim)

    Plecak wgniata w glebę , serce wali jak na defiladzie z okazji odzyskania niepodległości , brakuje tchu , ale ciągle do przodu – trzeba się szybko zaaklimatyzować , bo tutaj powyżej 4 tys. metrów powietrze jest już bardzo rozrzedzone , co 500 metrów robimy przystanki dla złapania tchu…

    Jaro ma wysokościomierz , zaczęliśmy podejście z 4200 m n.pm. pytam się co pół godziny ILE???? , Jaro mówi jak mantrę 4300, 4400, 4500, - a ja w myślach – mój rekord, rekord, rekord…( fajnie tak bić swoje życiówki co godzinę – nie ?).

    Im wyżej tym trudniej się oddycha , w plecaku 5 litrów wody – gdyby nie była nam niezbędna  to bym ją natychmiast wywalił ….- dopiero teraz zrozumiałem co Jaro miał na myśli -….będzie ważny każdy gram ….

    …4600-rekord- odpoczynek …padam na facjatę , spocony jestem jak mysz.

    Jak ONI wchodzą na Mount Everest ? – jakaś masakra – landrynki w ustach dla zmuszenia ślinianek do pracy , aby nie wysuszyć gardła…

    ….idziemy – mniej więcej na tej wysokości chcemy rozbić obóz , niestety okazuje się , że wybraliśmy zły stok , nie do podejścia na szczyt – zwały kamieni i głazów, musimy przejść na sąsiednią grań ….

    No chyba się poryczę …? , ale mina bojowa i idziemy – wiatr szaleje niemiłosiernie , chmury ciągną tuż nad głowami , Boże będę mógł powiedzieć – chodziłem z głową w chmurach….

    Schodzimy w dól ( w pionie jakieś 100m) i znowu się wspinamy jak muły powoli do góry … 4600 …4700, rekord , rekord…, lądujemy na platformie pod granią na wysokości około 4800 stad w nocy będziemy próbować wejść na szczyt 5600m n.p.m., wyżej nie da się założyć obozu.

    Każdy ruch dla mnie kończy się zadyszką , stawiamy namiot szturmowy , do środka karimaty , śpiwory .

    Nie chce mi się jeść , ani pić …Jarek mówi , że na tej wysokości trudno sen , a ja włażę do namiotu , rzucam się na śpiwór i zasypiam jak dziecko !!!

     Co prawda budziłem się co godzinę , ale to z bólu , ponieważ pod nami twarda gleba , a karimata ma 1,5 cm grubości .kości biodrowe bolą niemiłosiernie – to tak jakby spało się na betonie źle wylanym i nierównym .

    W nocy zrywa się wichura , zaczyna walić cos  w namiot – to grad , albo gruby śnieg . Jaro kilkakrotnie w nocy od środka namiotu zrzuca go , bo grozi nam zawalenie się naszego „domku”.

    Świt -wyczołgujemy się z namiotu i – SZOK- dookoła 20 cm śniegu .

    Już wiemy , że nie pójdziemy w górę , brak zimowego sprzętu takiego jak raki . Jaro z racji doświadczenia mówi , nie będziemy ryzykować – tutaj zwichnięcie nogi to koszmar , nie ma zasięgu dla komórek ( dodaje – to nie Alpy , że zadzwonisz i za pół godziny ląduje helikopter). Tutaj musisz sobie radzić sam , nieco zawiedzeni zwijamy obóz , oddycha mi się lepiej niż wczoraj – aklimatyzacja trwa.

    Zeszliśmy w śniegu i słońcu do „naszego przystanku „ na 4200- podobno ma jechać tędy autobus , który nas wczoraj tutaj podrzucił.

    Po około dwóch godzinach – JEDZIE !!!- skaczemy ze szczęścia w górę – wracamy do AREQUIPY do naszego hotelu . Jaro mówi ( tak mnie ładuje)  - „no , ale że ty spałeś przez całą noc ? Ja oka nie zmrużyłem , a ty chrapałeś jak dziecko”

    No to świętujemy moje rekordy – kolacja , rum , bilard – jest pięknie…

     

    Pamiętnik Żółtodzioba cz.8 – AREQUIPA

    Po powrocie z UBIŃAS zaplanowaliśmy dwudniowy przystanek w AREQUIPIE ,

    …lenistwo…, ale nie do końca – musimy zorganizować wyprawę do źródeł Amazonki – ta największa rzeka na świecie początek bierze ze źródełek wypływających w Andach południowego Peru  – na wysokości ok. 5000m n.p.m. – i tam chcemy się znaleźć…?

    Przewodnik ( tutejszy Indianin) , który miał nas do nich poprowadzić  - zbiesił się ( tzn mimo wcześniejszych ustaleń ) oznajmił , ze najszybciej kiedy będzie mógł z nami wyjść to 17.06 , nie możemy ryzykować żeby na ostatnią chwilę  wracać do Limy na samolot .

    Wzięła nas lekka panika – ruszyliśmy do niezawodnego Eduardo – no i strzał w dychę – Edek ze spokojem nam oznajmił , że ma „ Człowieka Lodu” , który chętnie z nami pójdzie w terminie , który nam odpowiada – no kamień z serca…

    Teraz bez stresu przygotowujemy się dalej – głodni trafiamy na „nasze” targowisko wcinamy pieczoną wieprzowinę ( jest genialna !) i popijamy wielkimi szklanami sok ze świeżych owoców. Pozwolono nam zrobić kilka zdjęć kamerą ( nie jest to miejsce turystyczne – nie spotkaliśmy tam żadnego obcokrajowca) byliśmy tam po raz drugi ( nie ostatni…) jako swojacy wpałaszowaliśmy ze smakiem mięso przy kuchni , która je przygotowuje ( tzn. ze sterty , która jest upieczona – o rany to niebo w gębie , 20 lat temu mama robiła takie cuda ze świeżej wieprzowiny) -pozdrowienia dla naszego SANEPID-u ! Jak ONI tutaj by się znaleźli  z naszymi przepisami  sanitarnymi – to całe …CAŁE !!!! bez wyjątku targowisko zostałoby zamknięte w ciągu godziny , a jest tu ok. 500 stoisk pod dachem wszyscy jedzą , handlują , ćwiartują mięso , rozbierają mięso , oprawiają ryby , gotują , a wszystko to leży na świeżym powietrzu – lodówek jest kilka ( może 3 ???)  w momencie kiedy to piszę byliśmy tam jeść  5 razy – i niemożliwe żyjemy !!! , nawet rozwolnienia nie zanotowaliśmy !!! – to co jest z tymi naszymi wymogami ???!!!

    W każdym razie wieprzowinę ( upieczoną ) bierzemy na wynos – później ląduje w MEGA jajecznicy z 12 jaj – Jarek wniebowzięty ….

    No , ale nie byłbym sobą jakbym nie wziął się za gotowanie , mając tyle DOBRA wokół siebie – cel : GULASZ z wołowiny z szynką wieprzową i warzywami duszony w czerwonym winie i podawany z ryżem o delikatnym smaku carry …..chyba się udał , bo  personel hostalu , poznani Hiszpanie i Chilijczycy i my pochłonęliśmy wszyściutko (a było tego TOCHĘ…) wszyscy pytali o przepis i o to czy jestem kucharzem ?

     Miło było widzieć zadowolone miny…

    Zachciało nam się czegoś słodkiego z Jarkiem – no i wymyśliłem – szarlotka Peruwiańsko- Polska – tzn. wszystkie produkty lokalne , ale przepis i wykonanie polskie !!! ( pewna innowacja to mąka jęczmienna – nie wiem czy u nas można ją kupić – natomiast ciasto kruche z niej wyszło rewelacyjne) .

    Nieskromnie powiem , że mimo zepsutego piekarnika , który rozebrałem , przeczyściłem dysze gazowe i odpaliłem – szarlotka wyszła OK.

    I  znowu kilka osób lekko zwariowało …do tego lody i czegóż więcej w życiu można chcieć ?

    Jak już się opchaliśmy – to czas wrócić na ziemię i pakować się do najcięższej planowanej przez nas wyprawy  - Źródła Amazonki czekają …

     

    Pamiętnik Żółtodzioba cz. 9 – Origen de Amazonas…pot i łzy…..

     

    Jacek Pałkiewicz  - historia polskich odkryć – pierwszy człowiek, który w szalupie przepłynął Atlantyk , odkrywca źródła Amazonki w Peru u stóp Nevado Queuisha kierował wyprawą polsko- włosko – rosyjsko – peruwiańską  w 1996 , odkrycie upamiętnione obeliskiem w miejscu odkrycia ufundowane przez Rząd Peru.

    …cały niezbędny dobytek musimy zapakować we własne plecaki i idziemy bez osiołków…wiec na kilka dni całe zapasy  na plecach, ( kilkanaście kilogramów na głowę ) namiot, śpiwór, ciuchy termiczne , ( szybkoschnące – to bardzo ważne, wyobraźcie sobie bawełnę gdzie plecy są spocone a , ona wchłania jak ręcznik kąpielowy   i nie schnie , a temperatura spada do minus 10 czy minus 15 stopni – życzę każdemu  komfortu spania) , jedzenie , woda , lekarstwa….

    O godzinie drugiej pobudka , o trzeciej wyjeżdżamy w okolice Kanionu Colca – tam zaczniemy i tam mamy zamiar zakończyć naszą wyprawę . O siódmej jemy śniadanie , robimy drobne zakupy w tym oczywiście liście koki ( doskonale wzmacniają organizm i nie mają nic WSPÓLNEGO z narkotykami…) .

    Pakujemy się do taksówki – gdzie siedzą już cztery osoby , które karnie ściskają się na jednym siedzeniu – to dziwne ale tutejsi mieszkańcy mają naszym zdaniem kompleks GRINGOS – to prawdopodobnie pozostałości po kolonizatorach czyli Hiszpanach , czujemy się z tym nieswojo mając w pamięci blisko dwieście lat niewoli Naszego kraju …., utwierdza nas w tym fakt kiedy dojeżdżamy do następnej miejscowości i kierowca taksówki  oznajmia tutejszym mieszkańcom , że dalej nie jedzie bo musi podwieźć Amigos ( przyjaciół) w góry , miejscowi wysiedli bez jednego mruknięcia pod nosem , zapłacili i poszli pieszo…

    Popatrzyliśmy na siebie z Jarkiem i nie wiedzieliśmy co powiedzieć …to jakiś absurd !!!

    Nie mamy nic z kolonizatorów – bo czujemy się głupio i jesteśmy speszeni…ale mamy cel przed sobą .

    Wjeżdżamy na około 4200m n.p.m., dalej błoto i glina – kierowca kasuje tyle , że przez dwa dni nie musi pracować , a my plecaki po kilkanaście kilogramów  i naprzód …

    Zaczyna się – pytamy przewodnika ( Indianina Teo) ile czasu do obozu na pampie

    ( płaskowyżu)- mówi , że maksymalnie  cztery godziny  ( trzeba dać im zegarki i Komunię Świętą ustalić na 9 lat – żeby mogli nauczyć posługiwać się czasem – bez obrazy…) – no to idziemy wesolutcy , rozśpiewani , zadowoleni i rozluźnieni , mijamy opuszczona wioskę z dużym kościołem – robimy sesję zdjęciową  i pytamy przewodnika ( po około dwóch godzinach marszu – ile do obozu ? ), a On  - cztery godziny ….- cholera , czyżbyśmy się przesłyszeli ??? To pewnie wysokość tak działa i niedotlenienie mózgu…, albo czas się rozciągnął?

    …zaczyna padać śnieg – no tego już za wiele – miała tu być pora sucha , a co za tym idzie miało być go…rą…cooooo!!!!-----to my kurtki na siebie ,   za pięć minut gorąco , to my kurtki do plecaków , no to śnieg i grad na nas , to my kurtki  włóż ! No to słońce w nas – ZWARIOWAĆ MOŻNA – poddaliśmy się i kurtki na grzbiet , leziemy dalej w pocie czoła , aż lamy i wikunie patrzą na nas jak na dziwolągów , kto tak szybko zmienia skórę na grzbiecie ? … a to tylko GRINGOS…!

    …Droga usłana zielonymi kamieniami – to TURKUSY – pełno ich wszędzie od małych do kilkokilogramowych  - jest tego tutaj tyle , że na miejscowych nie robią żadnego wrażenia , a na nas OWSZEM…. Zabieram trzy sztuki – zobaczymy może mnie nie aresztują na granicy ?

    Przy następnym odpoczynku  gdzieś na 4500 m n.p.m. ( i około 15 kilometrach , które przeszliśmy ) pytamy ile do obozu ?

    Indianin mówi – jakieś trzy i pół godziny – k …wa ! Co jest w kółko chodzimy czy jak ???!

    Zaczyna robić się zimno , wiatr przewiewa rękawice , po godzinie docieramy do płaskowyżu  i tu dopiero zaczyna się jazda … wiatr , właściwie WIATRZYSKO !

    Drobny śnieg zacina po twarzy – trzeba włożyć okulary przeciwsłoneczne mimo tego , że jest prawie ciemno – wyglądamy jak BANDA  spawaczy szukająca rury kanalizacyjnej w wykopie – pochyleni , niewidzący szukający po smrodzie pęknięcia …leziemy przez jakieś mokradła , kępy trawy modląc się żeby nie wpaść w rozpadlinę błotną – suszenie butów przy minusowej temperaturze jest niemożliwe …zimno , coraz zimniej , chmury robią się czarne widać błyskawice i słychać grzmoty nadciągającej burzy….

    - Co to ?

    - Ja pier….lę  !!!

    - Co my tutaj robimy ???

    Słońce uciekło gdzieś za chmury , a może już za góry ?

    Robi się minus pięć stopni w ciągu kwadransa  !!!

    Rękawice wcale nie chronią przed zimnem – co za badziewie ! – chciałbym tego producenta tutaj widzieć – postawiłbym palanta na tym wietrze na pół godziny i od razu by wiedział jak trzeba produkować odzież , a nie jak przyczepiać metki – co to za cudo …..!

    Przekrzykujemy burzę i pytamy przewodnika – ile do obozu ? – a on na to - półtorej godziny marszu - ze spokojem godnym szachisty…

    Jaro mówi – Dość tutaj rozbijamy obóz !!! – wiatr i śnieżyca zbliża się z zatrważającą prędkością – O… Matko gdzie to lato…….. ?????

    Rzucam kilka niecenzuralnych słów – mając na myśli rozbicie obozu w jakimś osłoniętym miejscu , a nie na równinie , która leży na wysokości 4600 m n.p.m , gdzie wszystkie ( no prawie….)  członki  odpadają z zimna …

    Namiot rozstawiamy w olimpijskim tempie – pięć minut …

    Jarek  nakazuje mi do niego wleźć – bez dyskusji  !!!  Jest szesnasta na dworze ciemno mimo , iż do zachodu jeszcze dwie godziny – nadciągają ołowiane chmury , temperatura spada do minus piętnastu stopni , wiatr wzmaga się do około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę …

    Zaczyna się… – linki od namiotu gwiżdżą jak struny niedostrojonych skrzypiec,  lewy bok namiotu pod naporem wiatru zajmuje połowę wolnej przestrzeni w środku , tropik skleja się z sypialnią pod naporem śniegu – Jaro wali w bok sypialni pięścią, aby śnieg się osunął – nic z tego wiatr przynosi go w ilościach kilkunastu kilogramów na minutę – oby tylko się nie zawalił …

    Mimo tego w namiocie jest przytulnie – ma się wrażenie , ze temperatura  jest dużo wyższa niż na zewnątrz – to zasługa jakości namiotu , który nie przepuszcza wiatru… i śpiworów zimowych , w których się zakopaliśmy …

    Po dwudziestu minutach wraca cisza tak jakby duchy gór się zniechęciły i odpuściły sobie szaleńcze podmuchy - plucie śniegiem i gradem widząc małych i upartych ludzi , którzy  poważyli się walczyć z nimi w parterze …..– a my postanowiliśmy nazajutrz złożyć ofiarę PACHAMAMIE  , aby się na nas nie  złościła , że śmiemy zakłócać porządek i harmonię do tej pory tutaj panującą ….

    Po godzinie od początku burzy nasz Teo ( Indianin – przewodnik) podał nam gorący posiłek – zupę z proszku i rozgotowane nudle z paczki - …ambrozja … cudowne uczucie choć bez smaku rozgrzewające od środka .

    Rozgrzani co nieco , zaczynamy rozcierać w śpiworach przemarznięte stopy , moje duże palce od stóp są zupełnie białe jak śnieg i nie czuję ichhhhhh….

    Jaro z profesorskim spokojem oznajmia – jak cię będą za dwadzieścia  minut bolały to wszystko  OK.- jak nie będziesz ich czuł to znaczy , że odmrożone ….

    No to pięknie , masuję je z piętnaście minut i zaczynam czuć lekki ból – jest dobrze wracam do życia …

    Zgodnie z moją tradycją zasypiam w wygrzanym śpiworze – DZIĘKI  KUBA  , ŻE MI GO ZNALAZŁEŚ !!!!! – bo jakbym przyjechał z takim jaki sobie pierwszy kupiłem , to z pewnością bym zamarzł ( a podobno miało być tu lato…) – ciepło , sen , …kamienie pod siedzeniem , ale to szczegół …..

    Ranek – słońce , cisza , mróz ….

    PACHAMAMA wyszalała się wieczorem – śniegu po kostki ( równina – co będzie na zboczach ?) – jemy , pijemy gorącą kawę –zwijamy obóz – idziemy … Plecak ciężki jak kamień , ramiona nie przyzwyczajone , moje kolce biodrowe nie trzymają pasa biodrowego od plecaka – ponieważ mam obłe kształty jak kaszalot .

    NIE TRZEBA BYŁO PRZEZ TYLE LAT OBŻERAĆ SIĘ  TY GRUBASIE !!!

    A jak dociągnę pas na siłę to oczy mi wychodzą na wierzch jak żabie na randce w bagnistym rowie i nie mogę oddychać – a tlenu tu niewiele ….

    Do celu wg przewodnika trzy godziny marszu – niestety pod górę , czyli około dodatkowych 150 m w pionie i sześć kilometrów w poziomie ….jak ja to kocham ….tylko moje nogi tego nie rozumieją ….

    Po dwóch godzinach  padam na twarz i mówię Jarkowi – Stary nie dam rady , na liczniku mamy 4800m. n.p.m. – nie mogę nabrać pełnych płuc powietrza ,

    Jaro krótko – Teraz ? Kiedy ? Został ? CI ? Ten ? Kawałeczek ?!!!! NIE PIEPRZ !!! TYLKO PODNIEŚ DUPĘ I RUSZAJ NAPRZÓD !!!!!

    Doszedłem ….

    Zostawiamy plecaki i na „lekko” ruszamy do góry – do źródła …

    Po 10 minutach jesteśmy na 4900 przy tablicy  upamiętniającej odkrycie źródła .

    Theo i Jaro rzucają się na mnie z gratulacjami , że doczołgałem się tutaj – stają mi łzy w oczach – k…wa – wszedłem tu , gdzie inni mogą tylko pomarzyć ….chłepczę wodę wyciekającą prosto z pęknięć w pionowej skalnej ścianie , jestem zmęczony , ale szczęśliwy…

    Po godzinnym odpoczynku , zaczynamy schodzić w dolinę , kierując się do drugiego źródła odkrytego przez naszego krajana Jacka Pałkiewicza – niewiele osób stara się dotrzeć do obu źródeł , a już w ogóle w 24h i to bez pomocy zwierząt pociągowych , a my spróbujemy ….

     

    Wydawałoby się , że to podróż romantyczna – zieloną dolinką , miedzy górami , jeżeli bralibyśmy tylko widoki pod uwagę to z pewnością tak by było , ale życie jak to życie bywa przewrotne…

    Wody z MISMI rozlewają się w dolinie na tysiące cieków wodnych , schodząc musimy skakać z kępy na kępę trawy lub mchu – trudno to stwierdzić , jest twarde i nieco wystaje nad wodę …

    Uwaga wytężona , aby nie skąpać się w Amazonce , przy tak niskich temperaturach po zachodzie słońca może się okazać , że mokre buty uniemożliwią dalszy marsz następnego dnia . Po prostu będą zamarznięte , a suszenie na tej wysokości potrwa kilka godzin .

    Skaczemy więc z kępy na kępę jak byśmy tańczyli jakiś obłąkańczy taniec ludowy , wygląda to dość komicznie , ale z plecakiem , który waży kilkanaście kilogramów , dla kicającego , czyli nas , niekoniecznie nas rozbawia .

     Po dwóch godzinach wychodzimy na ścieżkę , którą chadzają stada lam, alpak i osłów – spotykamy jedno takie po drodze liczące około 500 sztuk i „JUHASA” z psami , które nas obszczekują siedząc na zadkach – bo komu normalnemu chciałoby się biegać za jakimiś obcymi łażącymi z tobołami na plecach po górach ?

    Po co ? W jakim celu ?

    Źródła ? Przecież  my z nich wodę pijemy od początku świata…

    Kogo obchodzi , że to początek Amazonki ….?

    No tak – Gringo ….ich nikt nie zrozumie ….

    …i tak szliśmy tracąc nadzieję , że Teo kiedykolwiek dotrze do wyimaginowanego przez siebie obozu , jak zwykle czas dla niego to abstrakcja .

    ON idzie aby dojść , nie ważne kiedy , ważne żeby przed zachodem słońca ….

    Tutaj odmierza się w ten sposób czas od wschodu do zachodu słońca – 12 godzin tyle trwa tutaj dzień – od 6.00 do 18.00 później jest noc i jest zimno , w tych 12 godzinach toczy się całe życie poza miastami….

    Traciliśmy już nadzieje , że dotrzemy do obozu , minęliśmy jedno piękne miejsce nad płynącym potokiem u podnóża  wzniesienia , ale nieeeee…

    Teo miał plan aby wleźć na wzgórze ( CHOĆ MARZYŁEM O UMYCIU SIĘ …) drałowaliśmy 50 metrów w górę , Jarek pojednawczo mówił – jutro rano docenimy te metry ,- no dobra , a co z wodą ???

    Jarek dźwigał mega duży plecak , choć jest o połowę lżejszy ode mnie , szczupły , wysportowany , każdy mięsień wyrzeźbiony – nic wspólnego z „pakerami”- każdy z nich przy braku odżywek białkowych i protein przy takim wysiłku padłby po pół godzinie – zabrał mój śpiwór , aby mnie odciążyć …motywując to tym , ze ja jestem cięższy i tak dźwigam dużo , a musi być sprawiedliwie – taki właśnie jest Jarek – ile wagi ? – Tyle czystego serca ! Ja staram się odwdzięczyć gotowaniem ( wtedy gdy mogę ) , które mam nadzieję , że choć w części  rekompensuje  opiekę nad takim Żółtodziobem jak ja …..

    Rozbijamy obóz, słońce zachodzi , temperatura spada do minus 10 stopni . Zaczynam kaszleć nie wiem czy to przeziębienie , odma płucna , czy płuca domagają się nikotyny od 72 h nie miałem papierosa w ustach ….

    Jarek przemyca mi po kolacji dwie aspiryny – zasypiam , rano- Jaro „ ma wypalone oczy przez słońce” to od odbić promieni od śniegu – na szczęście nic poważnego – to dopiero początek – pomagają okulary Teo , po kilku godzinach wszystko jest OK. Choć ból jest niesamowity – to tak jakby nasypać piachu pod powieki – gałka oczna się zatarła ….

    Okulary w górach to niezbędne narzędzie – tutaj nie pełnią roli gadżetu , ale okularów ochronnych jak u spawacza…

    Ja z kaszlem spokój ….

    ….idziemy cały czas pod górę do źródła pod Quehuisha, znalazłem sposób na pokonanie podejść pod górę – myślę o wszystkim , tylko nie o tym co przede mną , sprawdza się …choć na ostatnim podejściu na przełęcz ( to najniższy punkt między wierzchołkami gór) leżącą na wysokości około 5000 m , zaczynają moje siły fiksować , ale Jarek włącza motywator ( jak zwykle…) stąd Stary to Cię wkopię na górę – brakowało jeszcze około 100 metrów – no i poszło !

    Jesteśmy ….!!!!!

    Zostawiamy plecki na przełęczy , schodzimy jakieś 30  metrów w dół i JEEESSSSST !!!!!

    Źródło – tablica z nazwiskiem Jacka Pałkiewicza i uczestników z Rosji , Peru i Włoch – robimy sesję zdjęciową, nie wierzę , ze to zrobiłem – taki GREENHORN .

    Dwa źródła  w 24h z tobołami na naszych grzbietach bez niczyjej pomocy …

    Jaro twierdzi , że jestem – wśród niewielu , którzy takie coś zrobili ….

    Ja chyba śnię ?

    Uczciliśmy to wydarzenie  łykiem piołunówki przygotowanej przez Teścia Jarka , muszę powiedzieć , że chyba nie piłem tak DOSKONAŁEJ  nalewki nigdy w życiu !!!!!- uparłem się i złożyliśmy w podzięce ofiarę dla PACHAMAMY , czyli liście koki pod kamień i łyk nalewki na ziemię oraz każdy z nas zbudował APACZETĘ  na przełęczy …

    PACHAMAMA doceniła to później obdarowując nas wspaniałą pogodą .

    Schodzimy z przełęczy 2000 metrów w pionie w dół ,  śniegu po kolana , w niektórych miejscach , idziemy po krawędzi przepaści – mój lęk przestrzeni , albo wysokości gdzieś się ulotnił ….

    Przewyższenia jakie robimy nie są normalne – ale to zrozumieją Ci , którzy chodzą po górach poniżej 4000 śnieg znika , pod nogami kamienie i gruz , butami trzeba hamować i pilnować się aby nie osunąć się po zboczu .

    Dalej nie wiem czy lepiej wchodzić, gdzie każdy krok to ból,  czy schodzić gdzie na każdy krok trzeba uważać , aby nie zjechać w przepaść ?

    Po zejściu dwóch kilometrów w pionie , mam wrażenie jakby moje mięśnie zamieniły się w galaretę , nie trzymają – trzęsą się , a rozproszyć się nie można bo ryzykujesz skręceniem stopy lub złamaniem , pod butami są cały czas  drobne kamienie , na których balansujesz jak na lodowisku ( lodu tutaj też było pod dostatkiem )

    W końcu po czterech , pięciu godzinach dochodzimy do płaskiej gleby – jaka ulga , jesteśmy na wysokości ok. 3200 , ależ cudownie się oddycha  , powietrze gęste i przepełnione tlenem – podejmujemy decyzję , że nie nocujemy w górach tylko drałujemy do wioski oddalonej od tego miejsca o jakieś dwie godziny – podobno stamtąd złapiemy transport  do Chiway lub Cruz del Condor?

    Jak zwykle się okazało , że dwie godziny zamieniają się w trzy , nasz przewodnik tuż pod wioską gubi się i stoimy pośrodku nocy w polu ( uprawy tarasowe) i nie wiemy , którędy wchodzi się do wioski , ja w miedzy czasie ląduje z plecakiem na siedzeniu – wkurzenie osiąga maxa . Teo doskonale radzi sobie w górach , ale na dole gubi się jak dziecko , w końcu dochodzimy do jakiegoś płotu obok drogi …

    Próbuję przez niego przeskoczyć i wyję z bólu !!!! w dłoni zostało z 50 kolców kaktusa , którego po ciemku nie zauważyłem – wyciągamy kolce razem z Teo , Jarek to samo , ale na szczęście miał założone rękawice , więc kolce są nieszkodliwe – w końcu pokonujemy płot i maszerujemy do wioski ….

    Wchodzimy we trójkę całą szerokością ulicy – jak w westernie – trzech rewolwerowców ….

    Mijamy grupki ludzi i dochodzimy do rynku , tutaj szukamy noclegu lub kierowcy , który podwiezie nas do Chivay – jak to w życiu czasami musi być pod górkę , hotelu podobno tutaj nie ma i co gorsze kierowcy też – bo WSZYSCY SĄ NAWALENI JAK BOMBOWCE – co widać na ulicy  - normalnie ARIZONA – faceci chodzą po ulicy podtrzymując się wzajemnie – FIESTA !!!!! Wyśmieli nas z Jarkiem jak zobaczyli , że pijemy wodę ….

    Szczęście się uśmiecha i znajdujemy hotel – są łóżka , łazienka w opłakanym ( to bardzo dyplomatyczne określenie) stanie – Jaro mówi wytrzymaj do jutra – dzisiaj jemy i śpimy , jutro się zobaczy co dalej ….

    Pobudka o 6.00 dowiadujemy się , że tu dzisiaj żaden autobus nie przyjedzie , musimy iść na pieszo ok. 40 minut na przeciwległą stronę Kanionu Colca – no to zaprawa poranna murowana – 200 metrów w dół przez most linowy – widoki RE WE LA CJA i 200 metrów pod górę – musze powiedzieć , że poprzednie dni w górach zahartowały nas … weszliśmy bez wielkiej zadyszki i jesteśmy w MACA – wioska turystyczna leżąca na trasie z Chivay  do Cruz del Condor  , tutaj pijemy drinka o 7.30 z pisco i owocem sancajo i białkiem z jaja kurzego wbitym do melaksera najbrudniejszymi dłońmi jakie widzieliśmy – no to na zdrowie – czekamy na autobus , aby dojechać do Cruz del Condor – ale to już inna opowieść……

     

    Część  9 – Cruz del Condor

    Po wypiciu drinków o 7.30 rano !!! pełni wigoru i nieco alkoholu czekamy na przyjazd lokalnego autobusu , aby dotrzeć do legendarnego miejsca w Kanionie Colca czyli Cruz del Condor . To nie przypadkowe miejsce , to jedno z niewielu miejsc na świecie , gdzie między godziną 8.00 , a 10.00 rano można zobaczyć NAPRAWDĘ z bliska !!!! szybujące Kondory . …, a właściwie startujące i szybujące na tle kilkusetmetrowej przepaści .

    Zawdzięczają to prądom powietrznym, ( masom powietrznym) , które po z reguły zimnych nocach  wznoszą się od dołu kanionu w górę , dzięki czemu te potężne ptaki mogą się wznieść na ponad 4500 metrów , aby ruszyć na polowanie w kierunku pampy ….

    Droga w kierunku Cruz del Condor wyglądała o tej porze jak jednokierunkowa autostrada , kawalkady samochodów turystycznych pędziły w tumanach kurzu w kierunku latających „kolosów”. Rozpiętość skrzydeł dorosłego samca dochodzi do 3 metrów i 30 centymetrów , a waga sięga ponad 15 kg

     …a my czekaliśmy na autobus…, w końcu jest , przyjechał , ale dramat – mam nadzieję , ze się nie rozsypie ???? naładowany jak puszka sardynek , ładujemy plecaki do bagażników i wpychamy się do środka – dosłownie !!! Popychani od tyłu przez tubylców , budzimy jak zwykle lekką sensację ( dla nas frustrację ) ponieważ stojąc miedzy rzędami siedzeń  na wybojach walimy głowami w dach autobusu – no cóż tak jak pisałem wcześniej – tutaj wszystko jest skonstruowane  maksymalnie na 170 centymetrów .

    Jadąc wzdłuż kanionu podziwiamy ogromne przestrzenie i uprawy tarasowe , których jest bez liku , zasycha nam w gardle kiedy koła autobusu przejeżdżają 20 centymetrów od pięciuset metrowej przepaści – oczywiście brak barierek ochronnych…

    Porada dla ludzi o słabych nerwach – „zamknij oczy , módl się i czekaj cierpliwie na końcowy przystanek”…

    Uffff- po godzinie docieramy do naszego celu , wypadamy z autobusu – oczywiście  kontrola biletów turystycznych i PAAASZZPPOORRTÓW !!! , a potem biegiem  na skraj wąwozu no i ??? SĄĄĄĄĄ !!!

    Unoszą się bez ruchu skrzydeł w totalnej ciszy niczym „Myśliwce Pionowego Startu” , krążą majestatycznie jakby pozowały do zdjęć , gapimy się  zafascynowani …., jak to możliwe , że tak ciężkie ptaki  robią  to bez jednego ruchu , wygląda to trochę tak jakby kilka szybowców krążyło po okręgu  tuż nad naszymi głowami … i nagle koniec – tak jak się pojawiły , tak nagle zniknęły …

    Koniec pokazu !!!  Jaro nawet nie zdążył włączyć kamery …

    No dobra , trzeba szukać środka  transportu do Arequipy – podobno nie ma szans, aby ktoś nas zabrał do auta z biura podróży , ale Jarek szeleści kaską ni i trafiony zatopiony , za 30 soli jedziemy w kierunku „naszego hostalu” .

    Powrót trwa około pięciu godzin , bo zatrzymujemy się wszędzie gdzie się da na zakupy dla turystów – zwariować idzie , ale zaciskamy zęby i jedziemy dalej , 17.00 Areqipa – kupujemy cos dojedzenia i Jaro wybiera rewelacyjne ( bo Argentyńskie !) wino , jesteśmy w „swoim pokoju” – kąpiel ( po 4 dniach bez mycia !!!) , zużyte ciuchy , szybko zamykamy w wielkim foliowym worze i odstawiamy do prania ( udusić się idzie ….) , no to zasłużona kolacyjka i winko – potem padamy jak ścięci do łóżek – miło się wyciągnąć na materacu kiedy w siedzenie nie wbija ci się żaden kamień ….

     

    Pamiętnik Żółtodzioba część 10 – lenistwo….

    Arequipa – trzy dni rekonwalescencji po wyprawie do źródeł Amazonki – zadziwia mnie szybkość regeneracji sił – przeprowadzamy oficjalne ważenie na ulicy za 50 centavos i SZOK !!! waga w ubraniu i z butami …95 kilogramów – 7 kilo w dół !!! Rozumiem teraz swoje samopoczucie : energia, energia, energia – wszyscy, którzy chcielibyście zrzucić kilka zbędnych kilogramów zapraszam z nami na następną wyprawę do Peru za rok lub zimą do Ekwadoru – gwarancja satysfakcji …..

    Po trzech dniach lenistwa zbliża się czas powrotu do kraju , postanawiamy odwiedzić Nazca miasto położone na pustyni  między Arequipą , a Limą – to tu gdzie znajdują się tajemnicze rysunki na pustyni , które powstały między 500 , a 100 rokiem przed narodzinami Chrystusa , między innymi rysunek Małpy, Kolibra , Pająka, czy domniemanego Kosmonauty…

    Do dziś można je oglądać ze specjalnych platform lub z lotu ptaka, to nie wszystko – znajduje się tutaj cmentarzysko Chauchilla , gdzie do dzisiaj mumie zmarłych siedzą w swoich grobowcach , osłonięte jedynie daszkiem z trzciny .

    Przetrwanie ich zawdzięczamy jedynie pustynnemu klimatowi – suche powietrze , jak widać doskonale konserwuje …

    W Nazca niewiele jest do opisania – to bardzo mała miejscowość , jest to region górniczy – złoto , miedź i rudy żelaza oraz rolniczy ( co dziwi jeżeli dookoła widzimy niezmierzoną pustynię ) , niemniej jednak wyjazd tutaj należy planować  maksymalnie na jeden , góra dwa dni….

    Nocnym autobusem jedziemy do Limy i na lotnisko – cztery tygodnie minęły jak mgnienie oka , czas wracać do kraju – stęskniłem się , mimo wszystko za rodzinką , małe 36 godzin i będziemy na miejscu – mam nadzieję ….do przyszłego roku Ameryko !!!!!

                                                                                                  Żółtodziób …może już nie taki zupełny ???

     



  • Sponsorzy
 
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  Magazyn Turystyki Górskiej  
  Magazyn górski  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  www.wyprawy.onet.pl  
  Globtroter  
  Serwis wspinaczki mikstowej  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  www.e-gory.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Poznański Klub Podróżnika  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Radio Afera  
  planynawakacje.pl