Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
    Poprzednie wyprawy
  « lista wypraw
Tytuł wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
Data wyprawy: 2009-01-29
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Wenezuela, Kolumbia, Ekwador, Peru,Boliwia, Chile, Argentyna, Brazylia,
Miejsce docelowe: Wenezuela, Ekwador, Columbia, Peru
Atrakcja: trekking, wspinaczka, dżungla, podróżowanie, nurkowanie
Kategoria: wspinaczka, trekking, podróż
Autor wyprawy:
Sapuła Iza

e-mail: iza@odkryte.pl

Ambitna, seksowna, z radością dziecka w sercu!

Sapuła Iza,  
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Mapa wyprawy: pokaż mapę wyprawy »
 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
Etapy wyprawy:
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Termin

    Wyruszyliśmy 29 stycznia 2009 a Wenezuela to nasza pierwsza przystań w której zatrzymaliśmy się do 15 marca 2009.

  • Z notatnika podróżnika

    28.01.2009

    Jesteśmy spakowani. W zasadzie mieścimy sie w limitach wagowych linii lotniczych ;). Nasze plecaki nie przekraczaja 20 kg za to kiedy spoglądam na ich objętość...... Już jest ciasno a wyrzuciłam sporo....zdaniem Jarka, niepotrzebnych rzeczy. Choć jestem pewna, że każda kobieta przyznałaby mi rację ;). Ruszamy jutro zaraz po północy. O 7 rano mamy samolot z Berlina do Paryża i dalej już do Caracas. Wstępnie mieliśmy zatrzymać się w Caracas na jeden dzień, ale właśnie podjęliśmy decyzję o tym aby natychmiast złapać autobus do Ciudad Bolivar. W stolicy zatrzymamy sie na dłużej w poźniejszym terminie. Do Ciudad Bolivar powinniśmy dotrzeć w piątek 30.01.2009 około 5 rano czasu lokalnego. "Powinniśmy"..... bo Ameryka Południowa nie raz już nam pokazała, że nie warto przywiązywać się do zegarków ;).  

    30.01.2009

    Część I - początek

     

    W Berlinie padał śnieg i rozmrażali samolot, w Paryżu poranek z przymrozkiem. A w Caracas... trdycyjnie 30 stopni i już mimo bliskości morza oblepiająco wigotno. Ale po kolei na lotnisku przywitał nas ogromny wizerunek El Presidente Hugo Chaveza i napis "Wenezuela wolna na zawsze, naprawdę". A zaraz potem realia tej wspaniałej budowy socjalizmu - czyli wymiana na czarno dolarów z lotniskowej toalecie nad muszlą klozetową szumiącą jak Niagara od spuszczanej dla niepoznaki wody. Mimo, że czytałem o tym i słyszałem to skradanie się do kibla za obcym facetem i świadomość, że kiedy mnie złapią to zabiorą wszystko (i oby tylko to) powodowały, że już pierwsze chwile w Wenezueli były niezbyt przyjemne. Jednak jeszcze bardziej dziwiło mnie, że ogromna część przyjezdnych wymieniała dolary po kursie "oficjalnym, oficjalnym"kiedy nawet przewodniki piszą by wymieniać po kursie "oficjalnym' czyli czarnorynkowym.Kawałek dalej wymianę proponują nam policjanci. Kontem oka, a właściwie okiem Magdy widzimy jak przechodnie kiwają głowami by tego nie robić. Ciekawe: policja aż tak skorumpowana czy też zastosowano wobec nas tak modną u nas policyjną prowokację;))

    sprawdzam taxi te licencjonowane o jedną trzecia droższe od tych nielicencjonowanych. Wybieramy tą drugą, ale kiedy kierowca zjeżdża z drogi i wiezie nas przez jakieś slumsy przypomonają nam się wszystkie ostrzeżenia. Jedziemy na terminal autobusowy, z którego chcemy pojechać do Ciudad Bolivar.Kiedy wyjeżdżamy z lotniska i patrzę na wzgórza oblepione rozpadającymi sie budami odbieram to dziwnie znajomo, przed oczami staje mi Quito, Lima i inne wielkie wrzody na tym kontynencie.

    mijamy tunel z napisem "Santiago de Leon de Caracas"jak dawno temu nazywało sie to miasto(Caracas od nazwy Indian zamieszkujących te ziemie). A założył je Diego de Losada w 1567 i wówczas było to idealne miejsce z bryzą od morza, bez moskitów z temperaturą nie tak wysoką jak w głebi. I nikt nie przewidział, że po pięciu wiekach z tej niewielkiej osady wyrośnie 8 milionowe brzydkie, niebezpieczne i przeludnione miasto.

    Na terminalu na który trafiliśmy nie było żadnych obcokrajowców oprócz nas. Dlatego prawie że pokazywali nas palcami. Spędziliśmy tam kilka godzin - to socjologicznie ciekawe doświadczenie: porykujący na siebie ludzie (wenezuelczycy są strasznie głośni), biegające dzieci, kobiety w rozmiarach każących zastanowić sie czy aby na pewno o tym kraju mówi się że ma najpiękniejsze kobiety.

    I kolejny smaczek Ameryki południowej czyli tak zwana maniana. Po dwudzestu godzianch podróży (z Poznania) byliśmy na terminalu po piątej. Autobus miał odjechać o ósmej. Czekamy. Od 18.30 do 20.00 trenuję zadawanie pytań po hiszpańsku, gdyż nie sposób się zorientować skąd odjeżdża autobus. Dziewczyny dostają głupawki ze zmęczenia. Autobus jest. Ale kirowca pali papierosa, póżniej poklepuje sie po plecach z jakimiś innymi kierocami, później je. Pakowanie tobołów zaczyna siędwie godziny po tym jak autobus miał odjechać. Po kolejnej godzinie i oczekiwaniu na kolejnych pasażerów by na maksa wypełnić pojazd wreszcie ruszamy. A mi w uszach dźwięczy powtarzane przez Izę jak mantra: "Jarek nie irytuj się, tak będzie przez następne połtora roku".

     

    Część II - jak przewozi się mięso

     

    W CHŁODNI !!! albo nawet lodówce. Klima w autobusach ma dwie opcje: włączona i chłodzi na maksa lub wyłączona - przy czym tej drugiej opcji się nie używa. A chłopiec o fryzurze "na czosnek" chciał nam sprzedać koce... Zmarzliśmy potwornie, założyliśmy na siebie wszystko co pod ręką - mało. Marzyłem by moja czapka z daszkiem miała rozwiązywane u góry klapki na uszy, które mógłbym zawiązać pod brodą. a podróż nocą trwała ok 8 godzin... Wtulaliśmy sie w siebie jak tylko można było. Magda miała gorzej - koło niej siedział kościsty dziadek - więc nie można było, a pewnie nawet sie nie chciało:)) Niepokój, że nie wysiądziemy po nocy w odpowiednim miejscu nie pozwalał spać. Na jednym z tych nocnych postojów wysiadłem...jak przyjemnie ciepło na dworze. Jakiś mężczyzna pokrzykuje "cafe, cafe con leche, te, cośtam cośtam..." a tam tylko psy i otępiali z zimna pasażerowie autobusu jarający jak smoki. Nagle autobus rusza. Wskakuję w biegu. Co chwila zasypiam i budzę się, Iza tak samo. Nagle słyszę dziwny dźwięk "MOST!" Przypomniało mi się, że jest tu tylko jeden most na Orinoko, właśnie w Ciudad Bolivar. Jesteśmy.

     

    31.01.2009

     

    Część III – gumowy czas

    Od wczoraj jesteśmy w Ciudad Bolivar. Dawna nazwa to Angostura, ale przemianowano ją na cześć Simona Bolivara, który tutaj właśnie przegrupowywał wojska w wojnie wyzwoleńczej i pisał przemówienia, które później wygłaszał przed Zgromadzeniem Narodowym. To miasto ma podobno 300 tysięcy mieszkańców, ale zachowało atmosferę kolonialnego miasteczka. Mieszkamy właśnie w tej historycznej, kolonialnej części, niedaleko Plaza Bolivar – głównego placu miasta.  W jego centrum stoi pomnik wyzwoliciela, a wokół pięć innych symbolizujących pięć wyzwolonych przez niego państw: Boliwię, Peru, Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę. Sam plac jest maleńki otoczony pięknymi kolonialnymi i kolorowymi budynkami. Na jego północno-wschodnim rogu znajduje się kościół: Catedral „Nuestra Seniora de las Nieves” ( czyli katedra pod wezwaniem uwaga, uwaga: Matki Boskiej Śnieżnej). To brzmi dziwnie w tym mieście nad brzegiem Orinoko, gdzie żar leje się z nieba, a powietrze wydaje się tak gęste od wilgoci że można by je kroić nożem. A propos Orinoko – nad brzegiem rzeki jest przyjemniej, w cieniu drzew biegają wielkie iguany i inne mniejsze jaszczurki. Kiedy obserwowaliśmy kąpiące się dzieciaki nagle niedaleko nich „wystrzeliły” w powietrze delfiny. Nasze podniecenie tą sytuacją budziło uśmiechy na twarzach miejscowych, dla których to pewnie normalne… Rzeka w tym miejscu ma „tylko” nieco ponad pół kilometra szerokości, co skrzętnie wykorzystano budując jedyny most. Manana udziela nam się. Snujemy się leniwie po wąskich uliczkach, dziewczyny fotografują mniejsze i większe księżniczki, które pozują bardzo chętnie, pijemy swieżo wyciśnięte soki (z guayavy najlepszy). W ogóle nuda panie nic się nie dzieje… a jednak tak wiele. Jutro lecimy awionetką do Canaimy zobaczyć Salto Angel – najwyższy wodospad na świecie…(patrz galeria)

     

    04.02.2008

     

    Część IV – zaginiony świat

    Do zaginionego świata leci się małą awionetką. Do osady Canaima nie prowadzi droga lądowa. Już po kilkudziesięciu minutach lotu widać majaczące w chmurach tepuyes, które wyglądają jak potężne fortece. Kiedy dolatujemy na miejsce widok jest jeszcze bardziej niesamowity pod nami widać piękną lagunę otoczoną palmami do której wpadają cztery wodospady a horyzont zamykają tepuyes. To miejsce wpisuje się w moje wyobrażenia raju – tym bardziej że, prawie wcale nie było ludzi. Indianki piorące rzeczy w wodzie i kąpiące się dzieci, cisza … To piękne miejsce jest dziełem Rio Carraro, którą następnego dnia mamy ruszyć w kierunku głównej atrakcji Parku Narodowego Canaima – wodospadu Salto Angel. Ale pierwszego dnia taplamy się w wodzie (taplamy to dobre słowo, bo za wyjątkiem miejsc przy wodospadach, woda sięga najwyżej bioder) i robimy sobie wycieczkę dookoła laguny. Wieczorem usłyszeliśmy w zupełnie obcym języku jakże polskie zdanie: „…ze mną się nie napijesz?” To nasz przewodnik przyszedł ze swoim kolegą pobratać się z nami przy pomocy butelki rumu, przy czym widać, że bratali się już wcześniej;)) Ciekawe doświadczenie choć dość męczące bo kolega wrzeszczał mi z uśmiechem do ucha co chwila „no entiendooo aaaaaaa… aaaaamigo!!!” i przybijał mi piątkę z takim zamachnięciem i siłą jakby zawsze witał się przy pomocy szufli z węglem. Dziewczyny miały lepiej – przewodnik opowiadał im trochę o Indianach i ich legendach.

    Ale dość o tym. Następnego dnia ruszamy w górę rzeki Carraro łodzią z silnikiem pyrpyr. Droga okazuje się wcale ciężka, wiele razy zalewa nas woda. Wokół nas dżungla, a nad nią tepuyes. A właściwie jeden tepuy – Auyan Tepuy – Góra Diabła. Jest tak duży, że wydaje się, iż ciągle widzimy nowe, a to jedna i ta sama góra (700 km kwadratowych). Wg Indian Pemon na jej szczycie mieszkają złe duchy Marawiton. Po kilku godzinach docieramy do rozwidlenia rzek i skręcamy w Rio Churun i po około półtora godzinie dziobowy Indianin szturcha mnie i pokazuje – najwyższy wodospad na świecie – Salto Angel (978m). Wysiadamy z łodzi i ruszamy przez dżunglę. Po dwóch godzinach docieramy do stóp wodospadu. Mamy szczęcie jesteśmy nie w sezonie bo to pora sucha. Jednak w tym roku dość często pada więc jak na porę suchą jest dużo wody. Kąpiel pod wodospadem, odpoczynek i wracamy do obozu w dżungli. Zasypiamy w hamakach z szumem wodospadu Angela w cieniu Góry Diabła. Taka anielsko – diabelska kołysanka. To naprawdę niezwykłe miejsce, które wzmacnia moje przekonanie, że żadne  dzieło człowieka nie dorówna tym stworzonym przez naturę…

    Aha w nocy Iza miała meeting z kapibarą. Przechodzące pod hamakiem zwierzę, walnęło ją solidnie po nerach, ale bez większych obrażeń;))

    Jeszcze słów kilka o Indianach którzy z nami płynęli. To co wyprawiali z łodzią na rwącej rzece to naprawdę kunszt. Dodatkowo robili to w całkowitym milczeniu, posługiwali się tylko gestami i to w chwilach wymagających błyskawicznego refleksu. Jakie to inne w porównaniu z nami, którzy kłapiemy ozorami czy mamy coś do powiedzenia czy nie.

    Izy zacięcie poznawcze pozwoliło nam poznać legendę o Kerekepakupaywena czyli o wodospadzie i rzece. Ale opowiem ją w radio bo dużo trzeba by pisać(http://www.radioa.pl/) Z pewnym poślizgiem, ale na pewno będzieJ. Aha, w galerii są już zdjęcia.

     

     

    12.02.2009

    Czesc V Los Llanos

    Llanos to ogromne, bezkresne i gorące równiny zajmujące centralną część Wenezueli od Andów na zachodzie po deltę Orinoko na wschodzie. Zamieszkują je llaneros uchodzący za najlepszych (obok argentyńskich gaucho) jeźdźców konnych. Słyną z twardego charakteru, wytrzymałości i siły co udowodnili podczas wojny wyzwoleńczej. Na llanos wybraliśmy się przede wszystkim oglądać dzikie zwierzęta. Ale żeby dotrzeć na ten koniec świata w środku Wenezueli czekała nas nasza droga przez mękę – czyli całonocna jazda autobusem. Przygotowani na „mróz” ze śpiworami, ciepło ubrani rozłożyliśmy siedzenia, ułożyliśmy się wygodnie i … z głośników buchnęły dźwięki filmu. Buchnęły tak, że umarłego postawiłyby na nogi i tak przez pół nocy. Mróz i hałas. Po kolejnej przesiadce w Barinas docieramy do Mantecal skąd odbiera nas właściciel Rancho Grande pan Barriga ubrany jak wszyscy tutejsi kowboje w wysokie buty, dżinsy, koszulę w kratę i kapelusz. Na ranczo jest jeszcze około półtora godziny przez pustkowia llanos. Jedziemy na odkrytej przyczepie, a księżyc w pełni oświetla ogromne podmokłe równiny z których dobiega nas symfonia dźwięków wydawanych przez owady a także wielkie zwierzęta. Ranczo leży nad zakolami rzeki Guaritico i nawet teraz w nocy widać jak wiele zwierząt zamieszkuje te tereny. Woda oświetlona latarką mieni się czerwonymi punkcikami, wydaje się, że są ich setki – to oczy kajmanów. O godzinie piątej rano rozpoczyna się wielki koncert na llanos. Ptaków jest tak ogromnie dużo, że drzewa nad rzeka i jej brzegi wydają się być nimi oblepione. Od ptaków typowo wodnych, kormorany, czaple, ibisy po ptaki drapieżne. Na ranczo życie płynie wg ustalonego rytmu, spokojnie i tylko my turyści zaburzamy je nieco. Jest to z pewnością miejsce dla tych, którzy lubią obserwować dzikie zwierzęta: kajmany, delfiny, żółwie, ptaki, mrówkojady, kapibary, anakondy, jaszczurki i wiele, wiele innych. Na mnie największe wrażenie zrobiło polowanie na anakondy i połów piranii, na Izie chyba jazda konna i pewna urocza młoda dama o imieniu Carlita (patrz galeria) – mieszkanka rancza. Złapaliśmy anakondę, ale zaledwie około dwumetrowe maleństwo, nasi znajomi mieli większe szczęście , na drodze spotkali około pięciometrowego potwora. Piranie złapałem trzy. Wydaje się, że ich instynkt zabijania zabija je same. Nawet kiedy nie chwycą haczyka, można je wyciągnąć na brzeg gdyż nie wypuszczają kawałka mięsa nawet w obliczu zagrożenia życia. Ranczo na llanos to piękne miejsce, gdzie wschody i zachody słońca wyznaczają rytm życia i tylko moskity i kleszcze psują idylliczną atmosferę…(nowe fotki w galerii)

     

    25.02.2009

    Czesc VI Roraima

    To miał być spacer. A zaczął się jak wszystko tutaj od jazdy autobusem. Tym razem całą nockę z Ciudad Bolivar do San Francisco dr Yuruni. Ostrzegano nas, że podróż trwa długo ze względu na częste kontrole na tej trasie. Podobno przebiega tędy jeden ze szlaków narkotykowych z Kolumbii przez Wenezuelę do Brazylii. W San Francisco byliśmy chłodnym porankiem wioska zamieszkała jest przez społeczność indiańską. Na środku wioski przy trasie posterunek policji miejscowy Wyatt Earp na plastikowym krzesełku ze spluwą opartą na udzie mierzy nas czujnym wzrokiem obrońcy socjalizmu budowanego przez El Presidente. Posiłek i ruszamy jeepem w kierunku osady Paratepuy i dalej pieszo w kierunku Roraimy, chyba najbardziej znanego z tepuyes. Zbiegają się na nim granice Wenezueli, Brazylii i Gujany. To właśnie Roraima zainspirowała Arthura Conan Doyla do napisania „Zaginionego świata”. Roraima i Kukenan widoczne są już z daleka, a żółtopomarańczowa ogromna pionowa ścian robi duże wrażenie. Nasz spacer staje się podchodzeniem pod górkę, dosłownie i w przenośni z powodu piekącego słońca, ciężkich plecaków i całkiem sporej odległości. Około 16 docieramy do pierwszego obozu nad Rio Tek. I w tym miejscu nasz spacer staje się małym piekłem, a wszystko przez najbardziej krwiożercze bestie jakie mi było w życiu dane spotkać. Bestia nazywa się puri-puri i jest … muszką dwa razy mniejszą od komara. Kiedy poszliśmy się wykąpać nad rzekę po minucie wyglądaliśmy jak chorzy na ospę. Ugryzienia swędzą okropnie, a podrapane zaczynają się brzydko babrać. Muszki są wszędzie i nie ma chwili spokoju i tak aż do wysokości uniemożliwiającej im egzystencję. Następnego dnia, w bazie pod ścianą Roraimy do tych plag dołącza ulewa, która powoduje że dalszą wędrówkę kontynuujemy w błocie po kolana, przemoczeni do suchej nitki. Powoli podchodzimy grzędą coraz wyżej , to jedyna droga na górę od strony Wenezueli, którą można pokonać bez specjalistycznego sprzętu wspinaczkowego. Wychodzimy powyżej dżungli na głowę leje się deszcz i woda ze spadających ścianą wodospadów, widoczność zerowa z powodu nisko zawieszonych chmur. Do tego zaczyna wiać, a że jesteśmy przemoczeni robi się potwornie zimno. Wyprzedzamy przewodnika, z nadzieją dochodzę do krawędzi mesy i… zamiast upragnionego suchego i ciepłego miejsca pod skała, odnajduje księżycowy krajobraz, labirynty utworzone przez wodęi dziwne formacje skalne, do tego, deszcz, chmury i wiatr. Po kilku krokach zaczynam błądzić. Wreszcie nadchodzi Luis, rozbijamy namiot na połce pod nachylona skałą – prawdziwy „piknik pod wiszącą skała”. Roraima to niezwykle miejsce, skały o dziwacznych kształtach, kryształy kwarcu, potoki płynące w różnych kierunkach, niezwykła flora i fauna. No i przede wszystkim niesamowity widok na Kukenan Tepuy i sabanę z tego zawieszonego na wysokości „zaginionego świata”. Na górze spędziliśmy dwie noce. Piękne miejsce ale z pewnością nie był to spacer. Tym bardziej, że w drodze powrotnej nasz Predator;) (mimo zwichniętego kciuka) odpalił wrotki i trasę pięciogodzinną przebiegł w 2h i 40min. (dorzucilem zdjecia z Roraimy i z wybrzeza:)

     

     

    Zobacz tez Roraime oczami Izy

    http://www.goryonline.com/blogwpis-1755

     

    28.02.2009

     

    Na blogorach jest juz relacja Izy z Santa Fe

    http://www.goryonline.com/blogwpis-1756

     

    01.03.2009

     

    Część - VII

    Santa Fe

    W Santa Fe można się zapomnieć… na 15, 25 lat, a może i na całe życie. Jest coś niebezpiecznie rozleniwiającego i odurzającego spokojem w tej małej rybackiej osadzie nad brzegiem Morza Karaibskiego. I nie są to wcale te filmowe krajobrazy z plażą, palmami, blekitną wodą, zachodami słońca – choć te są piękne. To senna atmosfera sposób zachowania i myslenia ludzi: żyje się z dnia na dzień, nie przejmując się tym co dalej, chodzi o to by było miło i wygodnie, a to co dalej poza własnym podwórkiem w ogóle mnie nie interesuje… Mam wrażenie, że Santa Fe opiera się nawet najbardziej nachalnemu wizerunkowi i głosowi w tym kraju – tak, tak głos El Presidente przegrywa z szumem fal i krzykiem ptaków, a jego nalana, pełna gęba przegrywa z równie pełnymi ale o ileż piekniejszymi kształtami tutejszych kobiet spacerujących po plaży (i z innymi widokami oczywiście teżJ Spotykamy ludzi, którzy mówią: „przyjechałem tutaj 25 lat temu i jakoś zostałem”. Spotykamy dziwaków, ekscentryków, podróżników – postaci równie barwne jak filmowy bohater tych okolic Jack Sparrow, choć autentyczne. Ich również do snu często kołysze karaibski rum… Na dachu naszej posady słuchamy koncertu Eugeniusza z Argentyny na charrango (ludowy instrument boliwijski), smażymy ryby kupione u rybaków, gadamy ze znajomymi z Czech, wsuwamy papaję, no i popijamy rum. I tylko co jakiś czas, któreś z nas pyta: „Który dzisiaj jest?”, albo „Ile dni już tu jesteśmy?” – taka paskudna europejska przypadłość. Nuda panie, nic się nie dzieje – a jednak z tego kina nie chce się wychodzićJ No przepraszam: malutki dwudziestocentymetrowy czerwony wąż wzbudził ogromną panikę na plaży na … pięć minut. A i wybory miss plaży, które oglądaliśmy z naszego dachu wzbudziły emocje. Trwały trzy godziny a publika ciągle w emocjach. My przysypiamy, oni coraz bardziej ożywieni, entuzjazm, oklaski, gwizdy, tańce. Kiedy już chcemy odejść, ogłaszają werdykt. Nie spodobał się publiczności, więc małą scenę, prezentera, panią udającą że śpiewa i samą miskę obrzucono piachem i plastikowymi butelkami. Po dwóch minutach wszyscy beż żalu i z uśmiechami na twarzy rozeszli się. Taki urok lokalnej plaży, miejscowi smażą sobie rybki, jakieś pary w strojach kąpielowych tańczą, ktoś gra na gitarze, a jutro kolejny taki sam dzień – z czego wszyscy się cieszą. Pora uciekać, bo się zapomnimy…

     

    Część - VIII

    Merida

    Odstawiliśmy Magdę na lotnisko w Caracas i odebraliśmy z niego Rafała. I tak w nieco zmienionym trio rozpoczynamy górską przygodę. A jak w góry to do Meridy. To zupełnie inne miasto od tych na nizinach, czysto, schludnie, my sami nie budzimy emocji na ulicy. Merida to intelektualne centrum Wenezueli studiuje tu wiele osób z całego świata. Jest pięknie położona w głębokiej dolinie nad, którą góruje Pico Bolivar 5007m – nasz pierwszy cel górski. El Presidente pewnie nie lubi Meridy. Wnioskuję po tym, że spod pokrywających mury, prorządowych plakatów bardzo wyraźnie widać jaki stosunek do niego mają mieszkańcy, a przynajmniej studenci. Zaciśnięta pięść z uniesionym środkowym palcem i napis „no es no” są wystarczająco czytelne. Choć niestety w referendum udało mu się przeforsować zgodę na zmiany w konstytucji, dające mu jeszcze więcej władzy i możliwość przedłużenia kadencji. Aha, pod biurem partii socjalistycznej Wenezueli dostałem od jakiegoś sekretarza koszulkę z prorządowym emblematem dla kolegi mojego Krzysztofa Ślósarskiego za wpisanie go na listę członków…

     

    12.03.2009

    8 marca 2009 o godz. 12 czasu lokalnego stanelismy na dachu Wenezueli. Na blogorach jest juz relacja Izy ze zdobycia Pico Bolivar

     

    http://www.goryonline.com/blogwpis-1777

     

    13.03.2009

     

    Negocjacje przy szukaniu przewodnik były długie. Z kilku powodów. Od pół roku znowu nie działa Teleferico – najwyżej na świecie wyjeżdżająca kolejka linowa, która znacznie skraca czas na zdobywanie Bolivara. Po drugie chcemy wydać jak najmniej pieniędzy, po trzecie pogoda mimo pory suchej fatalna – ciągle leje. Z tych powodów decydujemy się nie na klasyczną drogę La Mucuy – Laguna Coromoto– Laguna Verde – Base camp – Bolivar – zjazd kolejką z Pico Espejo. Lecz na nieco trudniejszą ze względu na podejście(bardziej stromo) Mucunutan – San Pedro – Loma Redonda – Base Camp – Pico Bolivar – Mucunutan. Jednak ze względu na deszcze i tego wariantu  nie realizujemy. Za co zresztą później przy schodzeniu błogosławimy naszych przewodników Manolo i Rogera – droga w niższych partiach zamieniła się w bagno. Trzecia opcja to przejazd na drugą stronę Sierra Nevada do wioski Los Nevados jeepem. Podejście z mułami na Loma Redonda i dalej z worami na plecach na Pico Espejo, atak szczytowy i zejście tego samego dnia do Loma Redonda. Nasz plan najbliższy był tej trzeciej opcji, choć też nie do koncaJ

    Przejazd do Los Nevados jest niesamowicie urokliwy. Cienka dróżka pnąca się po zboczach przejezdna jest tylko dla samochodów z napędem na cztery koła, a i to budzi wątpliwości.

     

    Los Nevados to jedno z tych miejsc, w których czas się zartrzymał. Kilka domków, kościółek, brukowany niewielki Plaza Bolivar, siedzący pod scianą campesinos, trzy bezzębne staruszki, jeden koń i dwa psy. Tyle istot widziałem w tym zapomnianym w górach miejscu. Przepraszam jeszcze ćma wielkości dłoni i osioł, którego nie widziałem, ale słyszałem jego porykiwanie. Pyszne pożywne andyjskie śniadanie zjedliśmy błyskawicznie. Plecaki na muły i w drogę. Ze względu na pogodę uzgodniliśmy, że idziemy tylko nieco powyżej Loma Redonda czyli na wysokość około 4000m. Po drodze we mgle zabłądziłem i zszedłem za daleko, ale Roger szybko mnie odnalazł. Nastepny dzień to straszne męczarnie z ciężkimi plecakami (namiot, sprzęt jedzenie) na Pico Espejo . Tonąca w chmurach opuszczona stacja kolejki robi wrażenie statku widma, z plątaniną kabli i masztów, jest wilgotno i zimno. Udaje nam się wejść do stacji – opuszczone pomieszczenia, budka telefoniczna, plakat z Janem Pawłem II i opuszczona sala z aparatami tlenowymi dla odczuwających problemy na wysokościach – robią dziwne wrażenie. Nagle wiatr rozwiewa chmury i naszym oczom ukazuje się Pico Bolivar i jego ‘najeżona” skalami grań, pico Humboldt i Sierra La Culata. Widoki o zachodzie słońca są niesamowite (zobacz zdjęcia). Pobudka o czwartej i w mrozie schodzimy poniżej Espejo do campo base pod Bolivarem.

    Z bazy pniemy się w górę i docieramy do pierwszego komina. Dalej niezbyt trudna wspinaczka wciąż w górę aż dochodzimy do eksponowanego wyjścia na grań. Na szczycie stajemy, a właściwie z braku miejsca przysiadamy obok popiersia Simona Bolivara 8 marca około godziny 12.

    Jestem zbyt zmęczony by się cieszyć. Zaczynamy schodzić, po części zjeżdżać i gdy docieramy z powrotem na Espejo – zaczyna padać śnieg. Rezygnujemy z dalszej drogi w dół, gdyz jest zbyt późno. Kolejna zmiana planu – śpimy na Pico Espejo i następnego dnia schodzimy aż do Mucunutan. Polecam wszystkim chętnym drogę przez Los Nevados – myślę, że jest równie ciekawa jeśli nie bardziej od drogi z La Mucuy.(zdjecia w galerii)

     

    Droga którą szliśmy:

    1 dzień – jedziemy z Meridy (około 1500 m npm) do Los Nevados (około 2700 m npm)  i tam nocujemy

    2 dzień – wynajmujemy muły i idziemy do obozu Loma Redonda (około 4000 m npm) (to ostatnie miejsce gdzie dochodzą muły)

    3 dzień – idziemy w Loma Redonda na Pico Espejo (4768 m npm)

    4 dzień – z Pico Espejo wchodzimy na szczyt Pico Bolivar (4979 m npm)  i wracamy na Pico Espejo gdzie nocujemy

    5 dzień – z Pico Espejo schodzimy do Loma Redonda i dalej do Mucunutan gdzie odbiera nas auto i zawozi do Meridy

     

     

  • Informacje o miejscu
  • Koszty
  • Noclegi
  • Co jeść
  • Warto wiedzieć
  • Ważne kontakty

    W Ciudad Bolivar korzystamy z uslug agencji Total Aventura. Kupujac u nich wycieczki mozesz skorzystac z kilkudniowego bezplatnego zakwaterowania. Ponato daja mozliwosc bezplatnego korzystania z pralni i internetu. Dzwon do chlopaka zwanego TATO pod numer: 04160428598, 04121905084. Tato komunikuje sie po hiszpansku i angielsku.

     

     

     

    W Ciudad Bolivar znajdziesz niezaleznego przewodnika z ktorym za male pieniadze mozesz pojsc na Roraime. Na imie ma Luis. Numer telefonu: (0412) 1845560 (jesli dzwonisz z polski pamietaj o kierunkowym do Wenezueli 58). Luis komunikuje sie po hiszpansku.

     

    Jesli chcesz zobaczyc dzika przyrode lub zlapac anakonde warto wybrac sie do Los Llanos. A skoro juz tam sie wybierasz to wybierz sie z najlepszym przewodnikiem na Los Llanos jakiego spotkalismy. "The Llanos Man"  Tony Martin nie tylko kocha swoja prace ale jest tez skuteczny i mozesz z nim zalatwic wszytsko. Znajdziesz go na stronie www.hosteltrail.com/extremexpeditions lub mozesz do niego zadzwonic pod numery 58-426-7035270 lub 58-426-7771509. Tony komunikuje sie po hiszpansku i angielsku.

     

    Jesli chcesz sie wspinac to warto to robic z Ivanem Calderon. Nie wspolpracowalismy z nim bezposrednio ale poznalismy sie pod Roraima gdzie robil nowa droge z Kurtem Albertem. To niezalezny przewodnik, ktory moze pokazac Ci kazde miejsce w Wenezueli ale specjalizuje sie we wspinaniu. Kontakt do Ivana: kcstepuy@hotmail.com lub kcstepuy@gmail.com Ivan komunikuje sie po hiszpansku i angielsku.

    Wchodzac na Pico Bolivar korzystalismy z agencji extremexpedition ale unikniesz kosztow agancji jesli zwrocisz sie bezposrednio do przewodnikow z ktorymi wchodzilismy na szczyt.

     

    Roger A. Espinoza M. Fantastyczny przewodnik a ponadto ma poczucie humoru, doskonale tanczy i gotuje :). Znajdziesz go pod adresem zionxtremo@hotmail.com   lub pod numerem 04168787932. Roger komunikuje sie po hiszpansku.

    Manuel Quintero. Fantastyczny przewodnik. Nastawiony na cel i zawsze usmiechniechety. Kontakt do Manolo: manolodiaz10@gmail.com lub telefon 0416 2750559. Manolo komunikuje sie po hiszpansku i angielsku.

     

     

     

     

     



  • Sponsorzy
  • Patronat medialny
  • Podziękowania
 
Komentarze do wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
 
Przysłany: 2009-02-05 23:06:02Skomentuj ten komentarz...
Fotki są niesamowite, te wozy, rośliny, papugi, ale moim numerem 1 w tej serii jest relaksujący się Jarek :) Mam nadzieję, że jest tak atrakcyjnie jak na zdjęciach i z niecierpliwością czekam na kolejne! Uściski
Napisał: Magda (magda@artgen.pl)
Przysłany: 2009-02-05 10:41:23Skomentuj ten komentarz...
Bajkowa wyprawa, wspaniałe fotki w galerii.
Napisał: Marek (marek@artgen.pl)
Przysłany: 2009-02-02 16:48:35Skomentuj ten komentarz...
Hej, miało być ekstremalnie i nie nudno. No i chyba jest :-)
Napisał: Beata (beata.orcholska@chatapolska.pl)
Przysłany: 2009-02-02 11:42:20Skomentuj ten komentarz...
Super:) Szkoda tylko tej naszej Madzi w tym autobusie:) Już sobie ją wyobrażam. Pozdrawiam i trzymajcie się.
Napisał: Ewa (ewka105@vp.pl)
Przysłany: 2009-02-01 17:35:16Skomentuj ten komentarz...
A ja myślałam, że samoloty zamarzają tylko w Ułan Bator: ))
Napisał: Lidka (lidiachalasiak@gmail.com)
Przysłany: 2009-02-01 15:08:51Skomentuj ten komentarz...
Hej super ze juz dotarliście cali i zdrowi!!! Bawcie się dobrze ;)) Maniana by mi się podobała, nie trzeba sie spieszyc, ogolnie luz na całego. Buziaki
Napisał: Ania (bielida-portal@wp.pl)
Przysłany: 2009-02-01 14:04:46Skomentuj ten komentarz...
Jak się rozkręcisz ,to przebijesz Cejrowskiego.Fajnie się czyta.Pozdrawiam.
Napisał: Józek P (jozef.minister@wp.pl)
Przysłany: 2009-01-30 14:06:44Skomentuj ten komentarz...
Mam nadzieję, że dolecieliście szczęśliwie i Wasz bagaż też: )) (szczególnie mam tu na myśli bagaż Jarka: )
Napisał: ruda@ (lidiachalasiak@gmail.com)
Dodaj nowy komentarz...
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  www.e-gory.pl  
  www.wyprawy.onet.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Chodzieskie Radio Internetowe  
  Magazyn Turystyki Górskiej