Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
 
    Wasze wyprawy
 
« lista wypraw
Tytuł wyprawy: 365 km dookoła Gotlandii
Termin wyprawy: 2007
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
Autorzy wyprawy:

Anna Smolarek  - Naczelna dokumentalistka wyprawy. Uczestniczka wypraw trekkingowych "Bieszczady" (2006, 150km), "Destination Gotland 2007" (2007, 365km). Absolwentka pielęgniarstwa (Akademia Medyczna we Wrocławiu), obecnie studentka psychologii (University of Aberdeen - Szkocja)









Michał Serkieza - Naczelny fotograf wyprawy. Uczestnik wypraw trekkingowych: "Bieszczady" (2006, 150km), "Destination Gotland 2007" (2007, 365km) i rowerowej "Śladami polskich niszczycieli" (2005, 2800km). Obecnie student informatyki (University of Aberdeen-Szkocja)




Strona internetowa : http://www.serkieza.com/

 
Opis wyprawy:






We wtorek 10 lipca wyruszyliśmy ze stacji Wrocław Główny, tak oto rozpoczęła się nasza przygoda ze Skandynawią. Pociąg „pośpieszny-opóźniony” do Gdańska, stamtąd płyniemy do Nyneshamn, gdzie spędzamy cały dzień w miejscowym parku, oczekując na kolejny prom.

Odpływamy w środku nocy, płyniemy do uroczego skrawka lądu rzuconego na wody Morza Bałtyckiego –Gotlandii. O 3 nad ranem przybijamy do portu w Visby...

Na Gotlandii witają nas zrozpaczeni rodzice pisklęcia, które wypadło z gniazda, prawie nas zadziobując w trosce o swoje maleństwo, na domiar złego zmęczenie 3 dniowa podróżą nie pozwala nam iść dalej, więc w pierwszym lepszym miejscu rozbijamy namiot.
„Aniu wstawaj-pobudka!” - dźwięczy mi w uszach; półprzytomna pakuję plecak, męczę niezbyt apetyczne, ale wysokokaloryczne śniadanie w proszku. Zakładam mój „słodki ciężar” i wyruszamy... i tak dzień w dzień do końca naszego 24 dniowego trekkingu, po największej wyspie bałtyckiej.





Początki były bardzo trudne, szczególnie dla mnie, moje stópki nie chciały się dostosować do przemierzania tylu kilometrów z takim obciążeniem na plecach, ostatnie metry pod wieczór dochodziłam ze łzami w oczach, nie wspominając juz o odciskach...

Trud drogi wynagradzał nam krajobraz zmieniający się tu jak w kalejdoskopie: piaszczyste plaże, lawendowe pola, sosnowe lasy, rybackie wioski na kamienistych wybrzeżach.

Droga nie była usłana różami, za to cierniami bardzo często. Wszelkie mapy do jakich udało nam się dotrzeć, nie zawierały dróżek wzdłuż morza, odcinki, którymi się poruszaliśmy, były mało znane nawet miejscowym, nigdzie nie udało nam się znaleźć wzmianki o tym, aby ktokolwiek pokonał ta trasę na piechotę, dlatego zdawaliśmy się na przypadek i cieszyliśmy się poetką drogi, wzbudzając powszechne zainteresowanie i zdziwienie.




Wiele ścieżek prowadziło przez zielone pastwiska - zaciekawione owce, wpatrzone krowy były naszymi nieodłącznymi towarzyszkami. Sporym utrudnieniem było przemieszczenie się z jednej polany na drugą, ponieważ wszystkie ogrodzenia były pod napięciem, czasem przejście umożliwiały specjalne schodki, a czasami pozostawało czołganie się pod kolczastymi drutami.

„Atrakcji” dostarczyła nam także pogoda. Swoją nieobliczalnością dała się we znaki, od piekielnego upału, podczas którego każda kropla wody była na wagę złota, po deszcze i sztormy nie zostawiające na nas suchej nitki. Zapewne ciekawie wyglądaliśmy, bo każde mijające nas auto proponowało nam transport; do dzisiaj dźwięczy mi „No thanks” Michała, a ja tak bardzo chciałam znaleźć się w ciepłym i suchym wnętrzu samochodu. Niestety silny wiatr nie oszczędził także konstrukcji naszego namiotu.






Z tego tez powodu, jedną noc było nam dane spędzić w przykościelnej... toalecie...co wbrew pozorom było rewelacyjnym schronieniem. Rano zwiedziliśmy kościół, jeden z 99 na wyspie; fenomenem było to, że istniały wioski z kościołem i 3 domami na krzyż, sklepy za to potrafiły być oddalone od siebie o 50 km, a dosyć ciężko przejść taki dystans na ujemnym bilansie kalorycznym, a każdy dodatkowy gram na plecach daje o sobie znać...





Kolejnym wyzwaniem była urokliwa wysepka Faro. Dostaliśmy się na nią bezpłatnym promem z miasteczka Farosund (przed nami oczarowała juz wielu artystów i pisarzy, a także reżysera Ingmana Bergmana, który spędził na niej swoje ostatnie dni dokładnie w tym czasie, kiedy tam byliśmy.)
Wysepka ta to taki mały raj na ziemi. Podziwialiśmy jej urok, pokonując drogę wzdłuż wybrzeża. To właśnie tutaj znajduje się najwięcej unikalnych wapiennych skał, które wskutek erozji przybrały niesamowite różnorodne kształty.






Są tu także malownicze rezerwaty, których sielankowy obraz na długo pozostaje w pamięci.

Na koniec, przenosimy się w czasie, dzięki postaciom z dawnych epok tłumnie wypełniających ulice miasteczka, z którego odpływa nasz prom. To wszystko za sprawą „Tygodnia Średniowiecznego”, który corocznie odbywa się tam na początku sierpnia w Visby. Stamtąd nocna przeprawa do Nyneshamn, miasta portowego, w którym czekamy na prom Polskiej Żeglugi Bałtyckiej.

W południe przybijamy do stolicy bursztynu, gdzie udaje nam się znaleźć klimatyczną restaurację w sam raz na wzniesienie toastu na zakończenie podróży, z której biegniemy na PKP...



ŻEGNAJ GOTLANDIO !!!DO ZOBACZENIA W PRZYSZŁOSCI...

http://www.gotlandia.serkieza.com/

 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  Magazyn Turystyki Górskiej  
  Magazyn górski  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  www.wyprawy.onet.pl  
  Globtroter  
  Serwis wspinaczki mikstowej  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  www.e-gory.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Poznański Klub Podróżnika  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Radio Afera  
  planynawakacje.pl