Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
    Poprzednie wyprawy
  « lista wypraw
Tytuł wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
Data wyprawy: 2009-01-29
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Wenezuela, Kolumbia, Ekwador, Peru,Boliwia, Chile, Argentyna, Brazylia,
Miejsce docelowe: Wenezuela, Ekwador, Columbia, Peru
Atrakcja: trekking, wspinaczka, dżungla, podróżowanie, nurkowanie
Kategoria: wspinaczka, trekking, podróż
Autor wyprawy:
Sapuła Iza

e-mail: iza@odkryte.pl

Ambitna, seksowna, z radością dziecka w sercu!

Sapuła Iza,  
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Mapa wyprawy: pokaż mapę wyprawy »
 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
Etapy wyprawy:
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Termin
    W Ekwadorze bylismy od 18 marca 2009 do 21.04.2009.  
  • Z notatnika podróżnika

    18.04.2009

     

    Nariz del Diablo

    Jedna z największych atrakcji Ekwadoru (pociąg na tzw. Diabelski Nos) na plakacie wygląda tak: parowóz, za nim wagony jak z westernów, na dachach ludzie, a w tle potężny masyw Chimborazo. W rzeczywistości wygląda tak: coś na kształt wagonu tramwajowego, tłok, małe okienka, bez możliwości jazdy na dachu, ludzie z nudów fotografujący się w kolejarskiej czapce (może jednak to była dla nich jakaś frajda), widoki, które można zobaczyć z drogi jadąc autobusem – głęboka dolina a w dole rzeczka… Zatem apeluję: Ludwiku, Sabo i wszyscy inni nie jedźcie tą drogą!

    Dużo ciekawsza była wielkosobotnia parada koni i kowbojów na ulicach Riobamby – obejrzyj galerię.

     

    Przeczytaj tez zlosliwe rozwazania Izy na temat ekwadorskich absurdow ;)

     

     http://www.goryonline.com/blogwpis-2057

     

    Iza wyraznie zmeczyla sie Ekwadorem. Czas jechac do Peru. Niech dziewczyna odpocznie na jakims szesciotysieczniku ;).

     

     

    12.04.2009

     

    Krótka rozprawa o padaniu.

     

    Pada deszcz, pada śnieg, pada grad, padają kamienie, pada popiół, padam na kolana, padam na twarz, wpadam w błoto, wpadam do wody. To (w,s) padanie dość obrazowo oddaje drogę na Sangay.

    Ale to nie wszystko. Sangay jak na odległości ekwadorskie znajduje się na księżycu. Podczas gdy inne szczyty z tak zwanej wielkiej dziesiątki zdobywa się w dwa dni, tu potrzeba około tygodnia. Sangay 5230 m, leży w parku narodowym o tej samej nazwie i jest jednym z najbardziej aktywnych wulkanów w Ameryce Południowej.

    W niedzielę palmową z kolorowej Riobamby ruszamy do położonej wysoko w górach wioski Guargalla Chico(3345m npm). Nasze przybycie budzi pewne poruszenie najpierw u dzieci, później u dorosłych. Wszyscy witają nas bardzo serdecznie i życzą szczęścia w zmaganiu z Sangayem. Do naszej trójki Izy, przewodnika Paco i mnie dołącza miejscowy chłopak Cezar z dwójką koni. Pogoda dopisuje, w poniedziałek rano wyruszamy w drogę. Mamy do pokonania spore odległości, ponieważ ze względów oszczędnościowych planujemy zwykle siedmiodniową trasę zrobić w pięć. Nie pada więc droga nie wygląda aż tak makabrycznie jak ją opisują w Internecie, choć 25 km na wysokości 3500 – 4000 m robi swoje i w obozie Plaza Pampa (3600m npm) padamy z wycieńczenia po ośmiu godzinach marszu w błocie, zaroślach, wodzie, wąwozach i innych chaszczach. Zaczyna padać, jeszcze wtedy mamy nadzieję na zmianę pogody. Dziś mogę napisać, że jedyna zmiana jaka nastąpiła to rodzaj opadu. Kolejny dzień z Plaza Pampa do La Playa (3900 m npm) u stóp wulkanu to rzeczywiście niezłe piekiełko. Czternaście razy przekraczamy rzeki, droga tak jak poprzedniego dnia na zmianę w górę i w dół. Do tego zarośla i trawa tnąca ręce i twarz. I wszechobecna wilgoć w butach, ciuchach, plecaku, w …ciastkach. Oczywiście pada. Ja też zaczynam padać… w błoto, jak na filmach o wojsku J. Przekleństwa same cisną się na usta. Docierają do mnie słowa Izy: „Ty jesteś jednak dużo bardziej rozmowny niż mi się przez lata wydawało.” Docieramy do La Playa. Namiot i śpiwory (nie zgadniesz) mokre. Ustalamy strategię. Jeśli nie będzie padać w nocy (takie tam marzenia) ruszamy o czwartej rano, drogą directo na szczyt. Rezygnujemy z drogi najbardziej popularnej ze względu na to, że jest tam więcej roślinności (mokrej roślinności) przez którą trzeba się przedzierać. Świta i po raz pierwszy oglądamy Sangaya w całości. Prawie idealny stożek, przysypany świeżym śniegiem. To robi szczególne wrażenie po przedzieraniu się przez bujną, wilgotną zieleń. Podchodzimy po osypującym się pyle wulkanicznym, po całkiem stromym zboczu. Zaczyna… padać popiół. Zakładamy kaski, Paco tłumaczy co robić, jeśli zaczną padać… kamienie. Zaczyna padać śnieg. Na wysokości około 4900 przy bardzo słabej widoczności nagle słyszę syk, potem huk i czuje jak ziemia drży mi pod nogami. Idę ostatni – kątem oka widzę jak Paco kuli się za niewielkimi skałami, a Iza bije rekordy w sprincie na pięciu tysiącach nad poziomem morza (w kasku, żeby mniejsze opory były J). Ja zastygam w bezruchu – zbyt jestem zamęczony. Kamienie nie spadły. Dla odmiany pada grad. Po około sześciu godzinach podejścia stajemy na szczycie. Wygląda jak czarna pustynia, po drugiej stronie krateru majaczą skały. Sam krater wypełniony czarnym pyłem, a wokół niewielkie wgłębienia po kamieniach wyrzucanych przez wulkan. Sangay posiada trzy kratery z czego dwa obecnie nieczynne. Zdjęcia, kilka słów dla RadioA i uciekamy (żeby nie powiedzieć (s)padamyJ. Z informacji od miejscowych przewodnikow i naszych poszukiwan internetowych wynika ze jestesmy pierwszymi Polakami na tym szczycie;).

    Następnego dnia czeka nas nagroda za ten wysiłek: o poranku Sangay wyłania się zza chmur, a ten i tak już niesamowity widok okrasza erupcją. Pakujemy mokre toboły i rozpoczynamy dwudniowy powrót. A jeśli chodzi o pogodę to…pada. Park Narodowy Sangay daje okazję do obserwacji dzikich zwierząt takich jak venado, tapir czy puma. Z wyjątkiem tej ostatniej widzieliśmy oba charakterystyczne dla tego regionu gatunki.

    Do wioski wracamy w Wielki Piątek po południu. Już nad rzekę mała dziewczynka przynosi nam chiguilte potrawę z mąki kukurydzianej i sera zawijaną w liść kukurydzy, a przyrządzaną specjalnie w Wielkim Tygodniu. Kiedy docieramy do Guargalla, schodzą się mieszkańcy i każdy przynosi trochę jedzenia: ryz z ziemniakami, fanesca – zupa przyrządzana w Semana Santa. Wszyscy serdecznie nam gratulują i z prawdziwą ciekawością dopytują jak było. Znajduje się też podłej jakości wino brzoskwiniowe dla uczczenia sukcesu. A uczcili go symboliczną ilością wszyscy mieszkańcy, którzy zeszli się akurat na placyk przed szkołą. Chyba nie ma już takich miejsc. Warto choć na chwilę pojechać do Guargalla… i dalej, bo Sangay czeka.

     

                                                                                            

     

    05.04.2009

     

    Cytując SummitPost – Sangay to prawdopodobnie najbardziej aktywny wulkan w Ameryce południowej jeśli nie na całym świecie. Fascynująco brzmią opisy  mówiące o tym, że potrafi wyrzucać kamienie wielkości samochodów, że w okresie zwiększonej aktywności erupcje następują regularnie co 20 minut, że ryczy przy tym tak niesamowicie, że włos się na głowie jeży. Natomiast drogę do bazy pod wulkanem internauci opisują jako prawdziwe piekło. Jeden z nich pokusił się nawet o porównanie do wojny w Wietnamie… Wszyscy jednak są zgodni – jest niesamowicie piękny – regularny stożek, wyrastający z zielonej dżungli, i mimo iż lodowiec znikł – często w okolicach krateru przysypany śniegiem. Na ile to wszystko prawda, a na ile emocje, adrenalina i zmęczenie kilkudniową wędrówką przez dżunglę ubarwiają a raczej „upiekielniają” tą górę przekonamy się na własnej skórze już za trzy dni.

    A teraz króciutko: Sangay 5230m nad poziomem morza należy do tzw. „Big Ten” dziesięciu najwyższych szczytów Ekwadoru. Położony około 200 km od Quito w granicach parku narodowego o tej samej nazwie stanowi z pewnością największe wyzwanie logistyczne spośród najwyższych szczytów. A to z racji trudnego dostępu, wymagającego wędrówki w bardzo wilgotnym, porośniętym dżunglą terenie z dużą ilością opadów nawet w porze suchej.

    Wiemy już od człowieka, który nas tam poprowadzi, że jest teraz w miarę spokojny. Co oznacza, że możemy podejść w miarę blisko krateru i narazić się jedynie na wydobywające się z niego opary, a wylatujące kamienie mają co najwyżej pół kilo do kilograma haha. Tak nas uspokoił. Kask oczywiście niezbędny.

    Zatem Wielki Tydzień, który nieodłącznie kojarzy mi się tu w Andach z filmem „Madeinusa” spędzimy na zdobywaniu Sangaya. Odezwiemy się w Wielką Sobotę.

     

    01.04.2009

     

    Dawno, dawno temu na pewno za siedmioma górami i siedmioma rzekami gdzieś na wschodnich stokach Andów dziś porośniętych dżunglą narodziła się bestia. I mieszka tam do dziś. A tym, którzy o niej zapomnieli – przypomina o swym istnieniu strasznym rykiem, ogniem, kłębami dymu i tonami popiołu – jak chociażby w sierpniu i listopadzie zeszłego roku. Bestia nazywa się Reventador, co na angielski tłumaczy się Exploded – nie wiem jak najtrafniej przełożyć tą nazwę na polski, ale chyba nie trzebaJ Ten bajkowy początek wydał mi się najbardziej trafny, dla opisania naszej podróży na  wulkan Reventador (3485 m npm). Po pierwsze dlatego, że to spora jak na malutki Ekwador odległość do pokonania. Po drugie wymaga zjechania z uczęszczanej turystycznie trasy jaką jest biegnąca wzdłuż łańcucha Andów Panamericana. No i pokonać trzeba te przysłowiowe siedem gór i rzek (w rzeczywistości jest ich jeszcze więcej) w tym przełęcz leżącą powyżej czterech tysięcy metrów nad poziomem morza, by dotrzeć do rejonu zwanego Alta Amazonia. To piękna górzysta kraina, z wieloma wodospadami, ale porośnięta już gęstym wilgotnym lasem. I to właśnie dżungla jest ostatnią ale jakże trudną do pokonania przeszkodą w drodze na wulkan. Ale o tym za chwilę. Agencje w Quito oferują wycieczkę na Reventador w połączeniu z termami w Papallacta za kosmiczną sumę, zrobiliśmy to sami za kwotę wielokrotnie niższą. Ruszamy z Quito drogą na wschód do leżącego w dżungli Lago Agrio. Po pięciu godzinach wysiadamy w miejscowości El Reventador, w której jak informują nas miejscowi – nie ma gdzie nocować. Musimy wrócić kawałek drogą, którą przyjechaliśmy. Znajdujemy nocleg w hostalu o nazwie… o dziwo Reventador. Znajdujemy przewodnika. Po konsultacjach telefonicznych z ludźmi, monitorującymi aktywność wulkanu, stwierdza, że do krateru dojść nie możemy. Trudno. Następnego dnia wychodzę na drogę, by złapać bus ponownie do wioski Reventador by kupić jedzenie – na wulkan ruszamy o 12 w południe. Kiedy po 20 minutach nic nie jedzie, postanawiam iść na pieszo. Te kilkanaście kilometrów na tej wijącej się serpentynami drodze przekłada się na dwie godziny marszu w górę i w dół na przemian. Ale najgorsze okazują się wałęsające się przy drodze psy, które co jakiś czas doskakują do mnie, gwałtownie ujadając. I na nic piękne widoki na rzekę w dole, wzgórza porośnięte dżunglą i piękne orchidee przy drodze…

    Ale przejdźmy do naszego małego czyśćca, jakim okazała się droga przez dżunglę. Stromo, gorąco i MOKRO! Pamiętam z trudem wyciągane z błota nogi, świst maczety przewodnika i spadające mi na plecy i głowę liście, chaszcze, robale. Przyjemny zapach świeżo ściętych roślin na przemian z zapachem zgnilizny. Kiedy zatrzymywaliśmy się by odpocząć, charakterystyczne bzyczenie moskitów podrywało nas do marszu. Cienka podeszwa gumowców też mocno dała nam się we znaki na kamieniach i korzeniach, a do tego zdarzył się nam całkiem sporej wielkości czarny wąż, który za żadne skarby nie chciał nas przepuścićJ Kiedy już wyszliśmy powyżej dżungli – odetchnęliśmy. Jeszcze pół godziny do obozu na granicy kaldery wulkanicznej. Po raz pierwszy widzimy wulkan w całej okazałości. Wielki szarobury, wyrastający z zieleni z czarnymi korytami po spływającej lawie. Wokół stożka nikła zieleń, poprzecinana ogromnymi rzekami stygnącej i parującej czarnej lawy. Przewodnik pokazuje nam kolejne i podaje daty erupcji. Rozbijamy namiot i kładziemy się spać. Jakby obok niedźwiedzia czy innego wielkiego stwora. Co chwila słyszymy grzmoty przypominające burzę i pomruki dochodzące z wulkanu. Kiedy wszystko się uciszyło, albo to my przywykliśmy na równe nogi zerwał nas krzyk przewodnika: „Chicos invasion!!!” Mrówki dosłownie przeżarły nam podłogę w namiocie, a z pokrowca zrobiły sito. Jeszcze takich bestii nie widziałem.

    Za to poranek uraczył nas pięknym widokiem na wulkan i okolice oraz pozwolił na spacer na zastygającą rzekę lawy z zeszłego roku, by wysuszyć przemoczone ciuchy… A później cóż… odpokutować kolejne grzechy w drodze przez dżunglę w dół.

     

     

    zobacz tez wyprawe na wulkan Reventador oczami Izy

    http://www.goryonline.com/blogwpis-1878

     

    25.03.2009

     

    Relacja Izy z Otavalo:

    Jest sobota rano. Około godziny  4. Hmmm, rano…w zasadzie to jeszcze noc. Za oknem słychać trzask metalowych konstrukcji  i rozmowy w niezrozumiałym języku.  Od czasu do czasu słychać tłukący się po bruku samochód a przez otwarte okno do hotelowego pokoju wdziera się uciążliwy zapach spalin. Czas mija, robi się coraz jaśniej i coraz głośniej……i tak jest co sobotę.

    Otavalo to najsłynniejszy w Ameryce Południowej targ, na który przyjeżdżają turyści z różnych części świata. Mówi się, że Otavalenos już w czasach inwazji Inków  wykazali się talentem manualnym i umiejętnościami szycia. Już wtedy kobiety poświęcały swoje życie dla szycia a każdego dnia najlepsze ubrania były palone w ważnym rytuale składania darów dla słońca.

    Następnie w czasach hiszpańskiego podboju Rodrigo de Salazar zbudował tu fabrykę „obraje” w której zatrudniał setki Indian. Indianie  szyjąc miedzy innymi ubrania dla wojska często byli zmuszani do bardzo ciężkiej pracy już od najmłodszych lat.

     

    Dziś Otavaleno są dumni ze swoich umiejętności krawieckich i handlowych i już od najmłodszych lat przygotowują swoje dzieci do kontynuowania odwiecznych krawieckich tradycji.

     

    Jesteśmy tu od kilku dni, bo to nasz pierwszy “przystanek” na północy Ekwadoru. O tym, że zbliża się sobota wiadomo już w piątek bo mam wrażenie, że ceny na  Poncho Plaza automatycznie wzrastają o kilkaset procent.

    Otavalenos są bardzo przywiązani do tradycji czym urzekają nie tylko mnie ale też wszystkich przyjeżdżających tu turystów. Do dziś na ulicach słychać jak porozumiewają się w lokalnym języku Quichua.

    To moja druga wizyta w Otavalo a już 3 w Ekwadorze. Pierwszy raz byłam tu 6 lat temu i teraz kiedy przekroczyliśmy granice kolumbijsko - ekwadorska zasmucił mnie widok Burger Kinga i innych fast food’ów na ulicach ekwadorskich miast i wiosek. Skoro Indianie zaczynają jeść w takich „szybkich” miejscach to znaczy że zaczynają też szybko żyć, że ulegają fascynacji tym wszystkim co tak bardzo jest  im odległe. Z jednej strony rozumiem, że chcą żyć łatwiej. Ale czy łatwiej znaczy lepiej?

    Cieszę się że jestem tu teraz. Być może za kilka lat nawet najbardziej przywiązani do tradycji Otavalenos zaczną nosić swoje tradycyjne ubrania tylko w soboty, kiedy na targ przyjeżdżają turyści.

    Już dziś, choć targ w Otavalo ma opinie najbardziej tradycyjnego w Ameryce Południowej staje się bardzo komercyjny. Można na nim kupić nie tylko wykonywane przez Indian ubrania z alpaki czy tradycyjne instrumenty muzyczne ale też maski weneckie , kiczowate szachy z wizerunkami konkwistadorów i Inków oraz breloczki ze znakami zodiaku. A wszystko to dzieje się w intensywnym zapachu kadzidełek. Zapach drzewa sandałowego od zawsze wszystkim kojarzy się z Ekwadorem i indiańską tradycją ;)

     

    Szczęśliwie jednak mieszkańcy Otavalo wciąż noszą tradycyjne ubrania. Mężczyźni zakładają niebieskie poncho, białe spodnie długości dlugosci ¾ i ciemnymi paskami. Nie może zabraknąć oczywiście filcowego kapelusza spod ktorego wystaje dlugi, kruczoczarny warkocz. Kobiety noszą białe, często wyszywane bluzki i niebieskie spódnice. Ważnym elementem jest biżuteria. Kilka zlocistych sznurów owija kobiece szyje a czerwone bransoletki oplecione sa wokół dłoni. Do tego typowe nakrycie głowy.   

     

     

    W sobotę Otavalo tętni życiem. Na targ przyjeżdżają nie tylko turyści ale też mieszkańcy okolic by kupić biżuterie i tradycyjne ubrania. Na Plaza de Poncho kupisz prawie wszystko choć biały kolor skory sugeruje że powinieneś zapłacić więcej. Kiedy pada pytanie „cuanto cuesta” a po odpowiedzi „5$” odwracasz się plecami możliwe że usłyszysz za sobą ciche zaproszenie do negocjacji w postaci „ale może być też 2$” ;).

    Tak na prawdę Otavalo ma dwa targi. Jeden pełen rzemiosła lodowego dla turystów i drugi warzywno-spożywczy dla tubylców. Dla mnie to najbardziej fascynujące miejsce w Otavalo. Nie spotkasz tam za wielu turystów bo sama musze przyznać ze widok „stoisk mięsnych” odstrasza. Spacer wśród stoisk mięsnych zaliczyć można do sportów ekstremalnych. To prawdziwy „spacer twardziela” i prawdopodobnie każdy kto się na niego zdecyduje na długo pozostanie wierny diecie wegetariańskiej.  Jednak właśnie tu jest PRAWDZIWE ŻYCIE. Tu spotkasz tradycyjnie ubranych Indian w ich codziennych strojach a nie odświętnych, cepeliowych. Tu kupisz wszystkie rodzaje bananów w bardzo niskiej cenie, tu zobaczysz stare, surowo wyglądające kobiety które sprzedają zioła na wszelkie dolegliwości. Z ukrytym pod surowym spojrzeniem uśmiechem wyjaśnia Ci ich zastosowanie jeśli tylko będziesz ciekawy.

     

    24.03.2009

     

    Jest tylko jedno miejsce na świecie, w którym dokładnie na równiku leży śnieg – to wulkan Cayambe w północnym Ekwadorze. Linia równika przecina masyw 200 metrów na południe od wierzchołka. Cayambe to trzeci pod względem wysokości szczyt Ekwadoru. Jego wysokość to 5790 metrów nad poziomem morza.

    Postanowiliśmy wyruszyć w sobotę 21 marca. I kiedy zobaczyliśmy jakie tłumy turystów i Indian zwaliły się do Otavalo na sobotni targ – od razu uznaliśmy to za dobry pomysł (później okazało się, że jeszcze z kilku innych względów). Ale jak zawsze tu w Ameryce południowej – wyruszyliśmy z dwugodzinnym poślizgiem. Po pół godzinie dotarliśmy do miejscowości Cayambe – gdzie można zjeść lokalny przysmak bizcocho (rodzaj słodkiego chleba). Tam czekał już na nas Henry – przewodnik, który dojechał z Quito. Bardzo sympatyczny człowiek, profesjonalnie przygotowany i podziwiający to, czego dokonał nasz rodak „Jersy Kukucka”.Po zjedzeniu pysznego churrasco i zakupie prowiantu ruszyliśmy w kierunku Reserva Ecologica Cayambe-Coca. Najpierw brukowaną a później przechodzącą w zdemolowaną drogą pięliśmy się w górę przez Hacjenda Piemonte Bajo, dalej przez Hacjenda

    Piemonte Alto (3600m npm), aż do schroniska na zachodnich stokach Cayambe. Ostatnią część drogi auto z napędem na cztery koła pokonalo z dużym trudem. Mimo, iż mieliśmy aklimatyzację jeszcze z Pico Bolivar – szybko odczuliśmy wysokość 4650 m. Jedząc posiłek i wlewając w siebie hektolitry herbaty wspominaliśmy własne przeżycia z gór jak i zasłyszane historie: o tym jak pewien znajomy zemdlał z obżarstwa po zejściu z gór, o kibelku na Piku Lenina kurczakach, których w nepalskich wioskach nie było i o króliczkach… tych w górach i tych na nizinach. O siódmej poszliśmy spać, by wstać o jedenastej w nocy. Płatki z jogurtem, kakao i  dwadzieścia minut po północy w drogę. Lekko prószył śnieg, niebo przykryte chmurami. Najpierw wspinamy się na skalisty pagór za schroniskiem, by zejść do czoła lodowca. Po około godzinie stoimy na lodowcu. Jest dosyc ciepło jak na noc, na tej wysokości – nieco poniżej zera. Droga w góre najpierw łagodna momentami staje się bardziej stroma, po drodze przekraczamy dwie przykryte, wąskie szczeliny. Po przejściu czterech godzin przewodnik mówi, że czekają nas jeszcze cztery.

    Jest czwarta rano – poczuliśmy jak szybko ucieka z nas motywacja. Iza poczuła nawet, że jej buty ważą dużo więcej nizwtedy kiedy je zakładała. Ruszamy w kierunku kopuły szczytowej coraz bardziej stromym stokiem, idziemy wolno. Przed szóstą docieramy do ogromnej szczeliny pod kopułą szczytową. Już wiemy, że motywację jednak utrzymaliśmy i już jej nie puścimyJ Mijamy z prawej strony, jeszcze jedna stroma sekcja i jesteśmy na tzw. false summit. Ostatnie dwadzieścia minut zapamiętam jako walkę z moimi zwężonymi oskrzelami o odrobinę więcej powietrza (dodatkowo dała im się we znaki nikła, ale jednak aktywność wulkaniczna – drażniący zapach siarki). Około 7.30 22 marca stanęliśmy na szczycie Cayambe ( nie przepraszam ja kucnąłem… i ładną chwilę nie mogłem się ruszyć). Aleja wulkanów – mówi się o Ekwadorze, a widok ze szczytu w pełni to potwierdza. Ponad chmurami we wschodzącym słońcu widzimy Cotopaxi, Antisanę i przez moment Ilinizas. To właśnie ta chwila kiedy zdajemy sobie sprawę, że dobrze wybraliśmy termin, bo za wyjątkiem tych chwil pogoda tu w okolicach Otavalo była (i jest gdy to piszę) fatalna. Przy zejściu dużo bardziej dostrzegamy to jak strome są niektóre odcinki lodowca. Ostatnią godzinę brniemy w porannym słońcu po topniejącym lodowcu, w którym zapadamy się co chwila. W uszach brzmią nam słowa Henry’ego: „zachowaj energię na zejście”. Około dziesiątej schodzimy z lodowca, a przed jedenastą jesteśmy w schronisku. Drugi na liście naszych górskich celów - Cayambe zdobyty.

                                              

     

    Obejrzyj zdjecia z Otawalo.

    I zobacz wejscie na Cayambe oczami Izy

    http://www.goryonline.com/blogwpis-1823 

     

    23.03.2009

     

    Zdjecia ze zdobywania Cayambe w galerii, opis jutro;)

     

    Od 18. marca jestesmy w Ekwadorze. 21 ruszamy na wulkan Cayambe relacje i foty wkrotce.

     

  • Informacje o miejscu
  • Przygotowanie - formalności
  • Koszty
  • Dojazd
  • Noclegi
  • Co jeść
  • Pamiątki
  • Warto wiedzieć
  • Ważne kontakty


  • Sponsorzy
  • Patronat medialny
  • Podziękowania
 
Komentarze do wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
 
Przysłany: 2010-01-16 11:47:33Skomentuj ten komentarz...
Też bym wrzeszczała ;). Testosteron kipi w tym kurzu......a może to estrogeny ;).
Napisał: Isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2010-01-14 15:21:48Skomentuj ten komentarz...
Cudowna idea, świetny materiał, fantastyczne zdjęcia. Ucałujcie proszę Claudie i Flavie.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2010-01-07 08:12:13Skomentuj ten komentarz...
Wyślijcie proszę do mnie takiego wielkiego ptaka abym mogłą znowu poszybować w niebo i polecieć w świat. Piękne lodowce, one zawsze mnie zachwycają.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-27 21:41:26Skomentuj ten komentarz...
„Może nawet do Patagonii…” mówił Janek Pradera z „Siekierezady” :))))))))))))))))))))) a ty sie mi mlody coraz bardziej podobasz!
Napisał: maugoska&tomek (maugoska@gmail.com)
Przysłany: 2009-12-23 17:56:48Skomentuj ten komentarz...
Najpierw deszcz, potem deszcz ze sniegiem a pozniej tecza:))) buziaki dla Ciebie Izula
Napisał: jaruch (jarek@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-23 17:53:55Skomentuj ten komentarz...
No wydawalo mi sie zbyt patetycznie wiec dorzucilem troche laciny:))
Napisał: jaruch (jarek@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-23 16:54:55Skomentuj ten komentarz...
Jaro, Magda i wszyscy którzy tam są..... na końcu świata na niebie pojawiła sie tęcza :). Na szczęście dla Was w Nowym Roku :). Kinga Choszcz mówiła "Każde marzenie jest nam dane wraz z siłą potrzebną do jego spełnienia". Jesteście dowodem na to, że miała rację. Wydaje się, że wszystko czego potrzebujecie już nosicie w sobie...dlatego teraz kiedy jesteście tak daleko od domu, na końcu świata, pamietajcie, że najpiękniejsze święta są w Polsce, ale Polska jest tam gdzie WY!!!!! Ściskam z całych sił...i przesyłam buziaki od bałwana Mietka, którego dziś ulepiłam w ogrodzie.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-21 22:24:29Skomentuj ten komentarz...
Aaaaaaa, no i jeszcze jedno...nie byłabym sobą gdybym nie zapytała czy Eubalaena Australis to te wieloryby które sa na zdjęciach ? ;P uściski dla Was kochani i prześlijcie nam trochę słońca bo w Poland już prawdziwa zima...pada, pada śnieg. I to już kolejny dzień.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Dodaj nowy komentarz...
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  www.e-gory.pl  
  www.wyprawy.onet.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Chodzieskie Radio Internetowe  
  Magazyn Turystyki Górskiej