Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
 
    Poprzednie wyprawy
  « lista wypraw
Tytuł wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
Data wyprawy: 2009-01-29
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Wenezuela, Kolumbia, Ekwador, Peru,Boliwia, Chile, Argentyna, Brazylia,
Miejsce docelowe: Wenezuela, Ekwador, Columbia, Peru
Atrakcja: trekking, wspinaczka, dżungla, podróżowanie, nurkowanie
Kategoria: wspinaczka, trekking, podróż
Autor wyprawy:
Sapuła Iza

e-mail: iza@odkryte.pl

Ambitna, seksowna, z radością dziecka w sercu!

Sapuła Iza,  
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Mapa wyprawy:
 
371
Koniec wyprawy
03-02-2010
Wenezuela Kolumbia Ekwador Peru Boliwia Chile Chile Chile Argentyna Argentyna Brazylia Paragwaj
 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
Etapy wyprawy:
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Termin
    W sercu a nawet pępku ;)) dawnego inkaskiego imperium bylismy od 22 kwietnia 2009 do 14 lipca 2009. Cały sierpień spędzilismy w Boliwii a  1 wrzesnia 2009 przyjechalismy tu do Peru ponownie ale 24 wrzesnia 2009 juz jedziemy do Chile.
  • Z notatnika podróżnika

    Z Boliwii wjechalismy ponownie do Peru;)

     

    22.09.2009

     

    Capacocha – praktyka składania dzieci w ofierze

     

    O zwyczaju tym pisali hiszpańscy kronikarze w XVI i XVII wieku, ale bardzo długo sądzono, że to jedynie metoda konkwistadorów, by przedstawić Inków jako barbarzyńców. Jednak XX wiek przyniósł odkrycia, które nie pozwoliły dłużej ignorować tych opowieści. Najpierw w latach 50 na szczycie El Plomo w Chile znaleziono ciało dziewięcioletniego chłopca. W pozycji siedzącej z rękami zaplecionymi wokół kolan i głową spoczywającą na ramieniu. Przy nim znaleziono ceramikę, materiały i złotą figurkę lamy. Chłopiec zmarł w wyniku wychłodzenia organizmu, wcześniej odurzony chichą.

    W 1985 na stokach najwyższego szczytu obu Ameryk – Aconcagui znaleziono ciało dziecka, którego śmierć nastąpiła w wyniku bardzo ścisłego owinięcia tkaninami ciała, co zablokowało dopływ tlenu.

    Wreszcie w 1995 roku na stokach Ampato, nieco poniżej szczytu „ojciec archeologii wysokogórskiej” Johan Reinhardt odnalazł mumię dziewczynki w wieku 12-14 lat znaną jako Juanita (Nina de los Hielos, Ice Maiden). Pomógł mu w tym znacznie sąsiad Ampato – wulkan Sabancaya, którego aktywność przyczyniła się do znacznego zmniejszenia powierzchni lodowca na Ampato. Gorący popiół wulkaniczny zniszczył grobowiec i platformę ofiarną i spowodował osunięcie się mumii po zboczach góry. Dziewczynkę zabito uderzeniem macana (pałka) w głowę. W czaszce miała kilka otworów po uderzeniu. Po zorganizowaniu kolejnej ekspedycji w to samo miejsce Reinhardt odnalazł jeszcze dwie mumie chłopca i dziewczynki. Najlepiej zachowaną mumię znaną jako Doncella wraz z dwoma i innymi dziećmi znaleziono na wulkanie Llullaillaco na granicy Argentyny i Chile. Piętnastoletnia dziewczyna wygląda jakby zasnęła z rękami na brzuchu. Śmierć nastąpiła poprzez wychłodzenie organizmu. Dziewczynkę najpierw odurzono chichą a następnie pozostawiono wysoko na wulkanie.

    Jak wyglądała ostatnia droga Juanity (i analogicznie pewnie innych znalezionych dzieci) ku przeznaczeniu, czyli byciu capacocha?

    Warunków było wiele. Przede wszystkim dziecko musiało pochodzić z dobrego rodu. Nie można było obrażać bogów ofiarą z pospólstwa. Były to dzieci najładniejsze, najzdrowsze, niewinne. W przypadku dziewczynek oczywiście dziewice, przed wystąpieniem pierwszego miesiączkowania. Tylko takie dzieci nadawały się na wysłanników do innych światów. Niektórzy naukowcy sądzą, że takie dzieci od narodzin wychowywane były na capacocha. Ostatecznego wyboru dokonywał sam Inka. Wybór taki był wielkim zaszczytem dla rodziny, miejscowości. Dziewczynka wędrowała z całym orszakiem do stolicy Tawantinsuyu – Cusco. Tam w obecności władcy uczestniczyła w obrzędach i przygotowaniach, by wreszcie w procesji złożonej z rodziny, możnych i kapłanów ruszyć do miejsca swego przeznaczenia. Badania genetyczne mówią, że Juanita pochodziła z okolic Puno (a nie z dzisiejszego Cabanaconde, jak chcieliby mieszkańcy Valle del Colca). Stamtąd więc najpierw wyruszyła do Cusco, a później przez dzisiejsze Cabanaconde doliną na zachodnie stoki Ampato. Wg różnych źródeł jej ostatnia droga miała od 500 do 700km. Aby znieść trudy wędrówki i poradzić sobie z soroche (chorobą wysokogórską) podawano jej duże ilości koki. Podawanie alkoholu (chicha) zmniejszać miało strach i ból związany ze śmiercią.. Po wejściu na szczyt odurzoną chichą, ubraną w rytualną tunikę z alpaki i posadzoną na specjalnej platformie, kopcu – uśmiercono uderzeniem macana. Po śmierci złożono ją wraz z pośmiertnym wyposażeniem w kopcu. Wyposażono ją w figurki złote, srebrne i z muszli ślimaka spondylus, ceramikę, materiały i kości lamy. W ten sposób złożono ja w ofierze Apus – bogom gór, które Inkowie otaczali specjalna czcią. Wierzyli, że są one huacas – świętymi miejscami – dawcami energii życiowej i miejscem komunikowania się z bogami. Inkowie nie stosowali zabiegów usuwania narządów wewnętrznych czy balsamowania, ciało pozostawiano na suchym i mroźnym andyjskim powietrzu co zapewniało świetną konserwację.

    Po co?

    Jedna z teorii mówi o przebłaganiu bóstw, zapewnienia lepszych plonów, uchronienia przed klęskami.

    Inna, że capacocha miała miejsce w szczególnych sytuacjach jak klęski żywiołowe (susze, wybuchy wulkanów), zaćmienia czy w wypadku śmierci władcy.

    Ciekawostki:

    Badanie izotopem C14 wskazują, że śmierć Juanity nastąpiła ok. 1466 roku – czyli za panowania najpotężniejszego Inki – Pachacuti Tupac Yupanqui.

    Dwie pozostałe mumie dzieci znalezione na Ampato były rażone piorunem – co wskazywało na szczególne zainteresowanie bogów.

    Jedna z teorii mówi, że mumie wysokogórskie są też strażnikami legendarnego złota Inków. Reinhardt zauważył, że jeżeli na jednym szczycie było ich kilka, to rozmieszczone były na planie okręgu. Wewnątrz niego (na Ampato) znalazł pustą komorę a na jej dnie trochę złotego kruszczcu. Gdy Hiszpanie zabili Atahualpę, złoto na okup zmierzające do Cajamarki nagle zniknęło. Od tamtych czasów wiele ekspedycji szukało Paititi – złotego miasta, głównie w amazońskiej dżungli. Wg zwolenników tej teorii Inkowie bardzo szybko spostrzegli, że Hiszpanie bardzo boją się śmierci i wszystkiego co z nią związane. Dlatego strażnikami schowanego wysoko na andyjskich szczytach złota strzegły mumie. Pytanie, które nasuwa się automatycznie: co stało się z ukrytym złotem?

    Mumie andyjskie są niewyczerpanym źródłem wiedzy o Inkach wobec braku materiałów pisanych z tego okresu. Dostarczają mnóstwa informacji na temat kultury, wierzeń ale i zdrowia, diety i zwyczajów z tamtego okresu.

     

     

     

    22.09.2009

     

    Galerie zdjec z Parinacoty i Parku Narodowego Sajama mozesz dzis obejrzec na glownej stronie onet.pl :)

     

     

    19.09.2009

     

    Żaba na liściach koki.

     

    Obiecaliśmy sobie, że więcej na wulkany wchodzić nie będziemy. To znaczy Iza sobie obiecała, bo moje rozważania dotyczyły tego czy w ogóle gdzieś wysoko wchodzić za wyjątkiem siódmego piętra na os. Rusa w Poznaniu.

    Zapytamy tak tylko by wiedzieć – ile kosztuje transport z Arequipy pod wulkan Ampato. Odpowiedź 350 dolarów utwierdziła nas w postanowieniu.

    Ale przypadkowa rozmowa z człowiekiem imieniem Eduardo szybko zmieniła nasze plany. Powiedział, że zna człowieka z wioski Cabanaconde w kanionie Colca, który może nas zaprowadzić pod górę, ale nie drogą którą się zwykle wchodzi. Powiedział, że to stara droga Inków, od zachodu, którą wchodził orszak z Juanitą – 12  letnią dziewczynką, która została Capacocha – złożona w ofierze na szczycie Ampato. Stała się sławna prawie 600 lat po swojej śmierci, gdy tuż pod szczytem Ampato odnalazł ją antropolog Johan Reinhardt. Zobaczyłem ten błysk w oczach Izy. Błysk, którego już dawno z doświadczenia powinienem się bać. Ale nie byłem zbyt czujny i już po chwili Ampato wydawał mi się jakoś ciekawszy, nie tak wulkaniczny a lodowiec na nim całkiem duży. A i Izie umknęło to, że brała antybiotyk i że to może nie pora na tak sporą górkę… Juanita i tajemnica jej śmierci zrobiły swoje.

    „Wiesz ten człowiek jest trochę dziwny – taki… tradycyjny” – powiedział Eduardo. Nie usłyszałem…

    Do Cabanaconde przyjechaliśmy ok. 8 wieczorem autobusem wypełnionym w połowie miejscowymi Indianami, w połowie turystami zmierzającymi do kanionu Colca. Polak tutaj to prawdziwe panisko. Wszyscy podkreślają jak wiele nasi rodacy zrobili eksplorując i odkrywając kanion dla świata. Jak wiele robią nadal (chociażby wyprawa w tym roku, czy projekt badawczy Condesuyo). Kilka dni później, zataczając się ze zmęczenia na stokach Ampato, myślałem: „przecież panów się tak nie traktuje”.

    Remijio na plac przysłał po nas swoją żonę. A w ten sposób tradycyjny – pomyślałem. Po przywitaniu się, zaczął wyrzucać z plecaków jedzenie, które przywieźliśmy. Nasz plan żywieniowy na wyprawie na Ampato legł w gruzach. Ale jeszcze wtedy myśleliśmy, że on weźmie coś w zamian. Wziął, coś absolutnie niezbędnego, świętego, co miało zastąpić jedzenie, picie. Coś co miało dać nam siłę, uchronić przed wszelkim niebezpieczeństwem, zapewnić zdobycie szczytu i bezpieczny powrót – LIŚCIE KOKI OCZYWIŚCIE!

    Zabrałem tylko pół pojemnika gazu, bo zapewniał, że ma kuchenkę turystyczną – to też pewnie były liście koki. Kiedy pierwszego wieczora po całodniowym trekkingu zjedliśmy jedną chińską zupkę na troje, stwierdziłem, że albo natychmiast uwierzę w moc koki, albo nie doczołgam się nawet do stóp wulkanu. Aha brak jedzenia i wody oprócz koki zastępowaliśmy też alkoholem jampi (nie chcę wiedzieć z czego i jak robionym).

    „Miałem sen. Śniła mi się stara kobieta, która powtarzała: zapłać mi! Musimy się dobrze przygotować do złożenia ofiary dla Apu Ampato (bóstwo góry).” Ok., pomyślałem, tylko ciekawe z czego. I tu Remiego nie doceniłem: liście koki, tłuszcz wikunii, kukurydza, aromatyczna ccunuca, papierosy, jampi, złotko i sreberko (imitujące odpowiednio złoto i srebro) i konfetti. To wszystko miało nam zapewnić przychylność Ampato. Ułożone na niewielkiej kamiennej platformie – podpalamy. W tym samym czasie Remi prosi bogów gór Ampato, Subancaya i Hualca Hualca o przychylność i zgodę na wejście. Gdy tłuszcz wikunii głośno trzaska w ogniu powtarza: „gracias, gracias”. Popijamy nad tym jampi (ponoć to ważne) i wydmuchujemy papierosowy dym w kierunku gór i … pod ubranie (ponoć to ważne). „Gdy nie dasz Apus ofiary, wezmą ją sobie same” – mówi Remi. Iza mówi, że jej śniła się mała dziewczynka sama w przedszkolu, trochę smutna. „Juanita” – bez wahania odpowiada Remi. Mówi o tym, że więcej czuje i widzi gdyż jest kimś na kształt szamana bo urodził się nogami do przodu. Ja z braku jedzenia i wody już sam nie wiem czy wybuchnąć śmiechem czy bardziej uważnie wsłuchiwać się w to co mówi Remi. Wymuszamy kolację złożoną z zimnych parówek i idziemy spać. Przed atakiem szczytowym Iza opowiada Remiemu swój sen o cętkowanym kocie, który później przeistoczył się w cętkowanego człowieka. Remi pobladł i powiedział, że powie później co to znaczy. Świt i dzień to koszmar w pyle wulkanicznym i penitentach pod szczytem. A w głowie wielki znak zapytania. Jak potężną siłą jest wiara i motywacja? Jak to możliwe, że 600 lat temu na szczyt o wysokości 6288m wchodzili ludzie w sandałach z podeszwą ze skóry i sznurka? Jak to możliwe, że weszła tam dwunastoletnia dziewczynka by wypełniło się jej przeznaczenie, by stała się capacocha – ofiarowana bogom. Te myśli i mi dodają sił. Tutaj w Peru, w kanionie Colca między historią a dniem dzisiejszym, między światem zmarłych i żywych, między tym co we śnie i tym co rzeczywiste „jest tylko cienka czerwona linia”.

    - Remi, co znaczy cętkowany kot przeistaczający się w cętkowanego człowieka?

    - Diabeł, oczywiście.

     

    A Ampato w języku keczua znaczy „żaba”

    (zdjęcia w galerii, szczegóły już niedługo w zakładce Informacje praktyczne)

     

     

    Przeczytaj tez relacje Izy

    http://www.goryonline.com/blogwpis-2558

     

     

     

    17.09.2009

    „Ari quipay” (w keczua – tak, zatrzymajcie) krzyknął Inka Mayta Capac do swego orszaku, oczarowany pięknem doliny, którą podążał. „Ariquepa” (w ajmara – miejsce ze spiczastą górą – Misti) – mówili mieszkający w okolicy Ajmarowie. „ Szlachetne Lojalne i Wierne Miasto Wniebowzięcia Matki Boskiej z Pięknej Doliny Arequipa” – taki tytuł nadał miastu w 1541 roku król Hiszpanii. Ciudad Blanca – Białe Miasto z pewnością jest do dziś jedną z pereł Ameryki Południowej. Dumni z tego mieszkańcy na pytanie: „Jesteś z Peru?”, odpowiadają: „Nie, z Arequipy!”

    Położone u stóp wulkanów Misti i Chachani miasto jest pełne zabytkowych, kolonialnych budowli (jak chociażby kościół La Compania, Katedra, Monasterio Santa Catalina, Casa Ricketts, Casona Iberry, Monasterio de la Recoleta i wiele innych). Jest intelektualną i naukową stolicą kraju, z mnóstwem ciekawych muzeów i wystaw. Dla nas najciekawsze było Museo Santuarios Andinos z osławiona Juanitą. Miasto jest też znakomitą bazą wypadową dla wycieczek na Misti, Chachani, Ampato, do Kanionu Colca i Cotahuasi, czy petroglifów Toro Muerto. To miejsce w Peru trzeba zobaczyć.

     

     

     

     

    09.09.2009

    Jutro idziemy na Ampato 6288 mnpm. To wlasnie ten szesciotysiecznik na na ktorym znaleziono mumie 14 letniej dziewczynki. Znaleziono ja pod szczytem bo Inkowie nie wchodzili na szczyty gor aby nie
    niepokoic bogow. Postanowilismy isc droga Inkow czyli ta ktora w swoja ostatnia podroz wyruszyla Juanita (tak miala na imie dzieczynka a przynajmniej tak nazywa sie dzis jej mumia). Nikt ta droga nie chodzi i nie ma info w necie. Zobaczymy jak bedzie. Trzymajcie kciuki!!!!!!

    A przy okazji ZATANCZMY :D
    http://www.youtube.com/watch?v=zlfKdbWwruY

    Serdecznie pozdrawiam Szymona z ktorym mijamy sie w tym niezwyklym kraju. Szymon do zobaczenia :D.

     

    08.09.2009

    Jestesmy w Arequipa. Piekne miasto choc moja uwage zwraca najwieksza atrakcja tego miasta - PIEKNE KOBIETY. Dawno nie widzialem tyle piekna na ulicy. Panowie....przyjezdzajcie :).

    Serdecznie pozdrawiamy Anie i Krzyska w Wroclawia. Fantastycznie bylo Was spotkac i do zobaczenia next time.

     

    07.09.2009

    Chullpas de Silustani

    Około 34 kilometry na północ od Puno niedaleko drogi do Juliaca leży Silustani. Ta tajemnicza nekropolia położona na wzgórzu nad Lago de Umayo, to zespół chullpas (grobowców) należących do kultury Colla, choć miejsce to było używane również później przez Inków, którzy zajęli te tereny. Chullpas w Silustani to wieże (w większości na planie koła) z kamieni do 12 metrów wysokości, w których lud Colla oraz Inkowie chowali ciała swych dostojników. Niektóre z nich są świetnym przykładem znakomitej roboty kamieniarskiej (przypominającej tą ze Świątyni Słońca w Cusco, czy ze Świętej Doliny). Tajemnicze wieże, dostojne i ciche kryją pewnie jeszcze wiele tajemnic.

     

    06.09.2009

    Tradycyjni Indianie i mieszkańcy małych wiosek wierzą, że robiąc zdjęcie kradniesz ich duszę. Znane są nawet przypadki gdzie ceną jaką turysta zapłacił za zrobienie zdjęcia było życie.>

     

    Zobacz galerie zdjec "Skradzione dusze"

    http://www.goryonline.com/blogwpis-2533

     

     

    Titicaca – Święte jezioro, czczone przez wieki przez wszystkie cywilizacje zamieszkujące jego brzegi (Tiwanakota, Ajmara, Kolla, Uros, Inków i wiele innych). Dziś zaliczane do siedmiu naturalnych cudów świata. To najwyżej (3812m npm) położony akwen żeglowny na świecie. Jezioro ma powierzchnię 8560km2, długość 165km i szerokość do 60km, maksymalna głębokość to 283m.

    Titi – puma, caca – szara to nazwa pochodząca z języka ajmara. I ciekawostka na zdjęciu satelitarnym, przy niewielkiej pomocy w postaci obrysowania kształtu wygląda rzeczywiście jak… kot. Ale przecież dawni mieszkańcy tych rejonów nie mogli tego widzieć. Jezioro wrosło w wierzenia i kulturę ludów zamieszkujących te tereny. Przez wieki rozwijały się tutaj cywilizacje, z których część pozostawiła po sobie bardzo wyraźne ślady jak choćby Tiwanakota (patrz relacja z Tiahuanaco – wyprawa Za Bramą Słońca – Boliwia 2007) i takie, o których wiemy naprawdę niewiele. Legendarny założyciej dynastii Inków mityczny Manco Capac i jego siostra – żona Mama Ocllo narodzili się na Wyspie Słońca, a z toni jeziora wyszli bogowie ze Słońcem na czele.

    Dziś północne brzegi jeziora zamieszkują Indianie Keczua (czyli potomkowie Inków), południowe Indianie Ajmara, a pływające wyspy w okolicach Puno zamieszkuje niewielka grupa (ponad 2000 osób) Indian Uros. Legenda mówi, że żyli tu zanim przybyli Amara, Keczua (czyli Inkowie) nawet zanim zaczęło świecić słońce. Dziś nie mówią już własnym językiem, posługują się ajmara. Jednak zachowują swoje zwyczaje i odrębność kulturową, chociażby dzięki temu, że żyją na pływających wyspach. Dostać się tam można tylko dzięki zorganizowanym wycieczkom i zwiedza się je z przewodnikiem. Ktoś w Internecie określił to jako największy kicz Peru. Trudno się z tym do końca zgodzić, bo choć podczas odwiedzin jest kilka momentów mocno żenujących, to jednak sposób w jaki ludzie ci radzą sobie dzięki turystyce, żyjąc w tak trudnych warunkach i pielęgnując odrębność kulturową – robi wrażenie.

    Wyspy Uros to grupa około 50 pływających wysepek w pobliżu Puno. Jak powstają? Indianie wycinają bloki z korzeni trzciny totora o wielkości około 10 na 10 metrów i łączą je przy pomocy kawałków drewna eukaliptusowego w większe kompleksy. Ta część znajduje się pod wodą, na zewnątrz układają trzy albo więcej warstw ściętej trzciny totora, te warstwy uzupełniają co jakiś czas. Chodzenie po wyspie przypomina stąpanie po gąbce. Wyspy kotwiczą w określonym miejscu przy pomocy wielkich pali eukaliptusowych. Dzięki temu wiatr i fale nie przesuwają ich zbyt daleko. Totora to roślina uniwersalna: buduje się z nich wyspy, buduje się z nich domy, można ją jeść, wysuszoną można palić w ognisku, popiół używa się w „toaletach”. Indianie żyją głównie ze sprzedaży rękodzieła turystom oraz ze sprzedaży ryb w Puno.

    Wyspa Taquile położona nieco dalej w głębi jeziora to naturalna wyspa. Zamieszkują ja Indianie Keczua. Ogromne wrażenie robi zorganizowanie niewielkiej społeczności i zachowane przez wieki zwyczaje. W przeciwieństwie do Ajmara , widoczna jest wyraźna różnica między pozycja mężczyzny i kobiety. Tu kobieta zawsze podąża kilka kroków za mężczyzną. Mężczyźni siedzą razem przy stołach, kobiety nieopodal na ziemi. Charakterystyczny widok to spacerujący, czy siedzący mężczyźni dziergający na drutach swoje czapki. Osoby ważne noszą czarne kapelusze. Kawalerowie czapki czerwono – czarne, a mężczyźni żonaci czerwone. Ponadto ci żonaci w jednej warstwie swego pasa mają wplecione włosy małżonki. Pasy pełnią oprócz ozdoby pełnią też ważną rolę praktyczną. Na wyspie nie ma środków transportu ani zwierząt pociągowych i wszystko najczęściej noszone jest na plecach. W związku z tym pas stanowi bardzo ważne wzmocnienie kręgosłupa. Mała społeczność funkcjonuje bardzo sprawnie, a wszystkie problemy rozwiązywane sa wewnątrz niej.  

     

     

     

    Krótka historia pewnego miasta

     

     

    Nikt nie wie jak naprawdę nazywało się to miasto. Konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli, więc nie spisali tego w swoich kronikach. Czterysta lat później trafił do niego historyk Hiram Bingham, podróżujący po Ameryce śladami Simona Bolivara. Kiedy dotarł do Peru, zainteresował się cywilizacją i kulturą Inków. Postanowił odnaleźć Zaginione Miasto – ostatnią stolicę Inków – Vilcabambę. Wyruszył z Cusco na północny wschód, bo właśnie tam przez góry w kierunku dżungli wycofał się Manco Inka po zdobyciu przez Hiszpanów Cusco. Ekspedycja ruszyła wzdłuż doliny Urubamby (Valle Sagrado – Święta Dolina). W pobliżu dzisiejszego Aguas Calientes ekspedycja natknęła się na niewielkie ruiny. Mieszkający w pobliżu campesino, powiedział, że wyżej w górach nad doliną znajdują się dużo większe ruiny. I zaprowadził tam Binghama w zamian za… jednego sola. Widok, który zobaczył zapewne odebrał mu mowę ( a myślę tak, gdyż nawet dziś ryczące, wyjące i rżące stada turystów milkną na chwilę patrząc na ten widok). Ujrzał doskonale wręcz zachowane miasto, z zabudowaniami religijnymi, mieszkalnymi i tarasami rolniczymi położone jak w wielkim siodle między dwoma szczytami. Wokół roztaczał się niesamowity widok na strome gęsto zarośnięte góry, zatopione w zupełnej ciszy. No, nie do końca gdyż na terenie ruin mieszkały sobie dwie indiańskie rodziny, które z pewnością nie zadawały sobie pytania o przeszłość budowli, z których korzystały.

    Hiram Bingham uznał, że to Vilcabamba. Pomylił się. Vilcabambę odnalazł już wcześniej około 100km na północny wschód, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Czym zatem było miasto, kiedy powstało, dlaczego opustoszało? To zaledwie kilka pytań z całego ogromu, jaki zrodziło jego odkrycie.

    Dziś wiemy, że powstało około 1440 roku za panowania największego z inkaskich wodzów Pachacuti – twórcy imperium.

    Czym było? Niektórzy twierdzą, że schronieniem dziewic słońca, gdyż 80% znalezionych tam szkieletów i mumii należało do kobiet. Inni uważają, że pełniło funkcje strategiczno obronne. Jeszcze inni, że było „letnią” rezydencją Pachacuteka. Najprawdopodobniej jednak było centrum religijno-administracyjno-astronomicznym. Najprawdopodobniej…

    Dlaczego po zaledwie stu latach zostało opuszczone? Bo wyschło źródło zasilające miasto w wodę – to jedna z hipotez. Zostało opuszczone, a miasta i twierdze na Szlaku Inków celowo zniszczone przez Manco Inkę po to by Hiszpanie nie odnaleźli położonej dalej Vilcabamby – to kolejna hipoteza.

    Dziś wiemy, że nie było odosobnioną twierdzą wysoko w odludnych górach. Kolejne ekspedycje odkryły wiele innych ruin wzdłuż całej Świętej Doliny i dalej na północny wschód w kierunku dżungli. Było prawdopodobnie ważnym centrum administracyjnym i religijnym. Prawdopodobnie…

    Nie spróbuję nawet opisywać samego miasta i budowli, które się w nim znajdują. Bo to temat na książkę. Kolejne odkrycia na terenie miasta i wokół rodzą kolejne pytania i niesamowite hipotezy.

    Nikt nie wie jak naprawdę nazywało się to miasto. Dziś od nazwy szczytu, pod którym leży nazywamy je Machu Picchu.

    (zdjęcia w galerii, informacje o dojeździe, trekkingu w informacjach praktycznych)

     

    Przeczytaj tez relacje Izy z Machu Picchu

    http://www.goryonline.com/blogwpis-2438

     

     

     

    Święta Dolina Inków to rozciągająca się na północ i wschód od Cusco, jest wręcz najeżona inkaskimi ruinami i innymi artefaktami. Niektórzy badacze twierdzą, że jest ona odzwierciedleniem Drogi Mlecznej, a budowane w niej osady, miasta i twierdze odzwierciedlają obraz nieboskłonu. Inną ciekawostką jest to, że miasta budowano w taki sposób, że ich kształt odzwierciedla kształty zwierząt (nazwami znanych sobie zwierząt Inkowie nazywali też konstelacje gwiezdne). I tak inkaskie Cusco (czy raczej wtedy Qosqo) wybudowano na planie Pumy, Ollantaytambo oglądane z wzniesienia po przeciwnej stronie odzwierciedla alpakę, a Machu Picchu oglądane z góry przypomina kondora.  Położenie każdego z miast pokazuje jak świetnymi astronomami, rolnikami, budowniczymi byli Inkowie. Ollantaytambo zbudowane jest tak, że każdego roku 21 czerwca w dniu przesilenia słońce pojawia się dokładnie w miejscu „oka alpaki”. W świętej dolinie panuje łagodniejszy klimat niż w Cusco, dlatego stanowiła ona świetne zaplecze rolnicze dla inkaskiej stolicy. Wspaniałe tarasy uprawne można podziwiać niemal przy każdych ruinach. Inne rośliny uprawiano na górnych tarasach, inne na dolnych – w zależności od ich ciepłolubności. W Pisaq tarasy zajmują ogromną część zbocza góry. W Ollantaytambo zdumienie budzi 40 tonowy blok skalny niegdyś ozdobiony siedmioma kamiennymi głowami pumy (zniszczonymi przez Hiszpanów). Podziw budzi dlatego, że pochodzi ze skał po drugiej stronie doliny. Jak został przetransportowany skoro Inkowie nie znali koła? Inkowie budowali rampy po których transportowano ogromne bloki skalne. Ale jak przekroczyli rzekę? Badacze zauważyli, że w pobliżu fortecy rzeka Urubamba tworzy niewielki łuk. Po przyjrzeniu się temu miejscu, stwierdzili, że gdy kamień dotarł do rzeki, wykopali kanał, swego rodzaju obejście. Zamknęli koryto rzeki, przesunęli kamień dalej. Otworzyli stare koryto ponownie i tym sposobem 40 tonowy kamień znalazł się po drugiej stronie rzeki.

    Każde miejsce w Świętej Dolinie budzi podziw dla rozwiązań i pomysłów inkaskich inżynierów, astronomów, rolników. A historie z nimi związane wydaja się jak z baśni.

     

     

     

    Cusco

    Mimo ogromnego turystycznego tłoku, naprawdę warto zobaczyć Cusco. To piękne kolonialne miasto, z wąskimi brukowanymi uliczkami, pięknymi kościołami, kamienicami z ozdobnymi balkonami, powstało na miejscu inkaskiej stolicy. Hiszpanie z równym zapałem kradli złoto z inkaskich świątyń i pałaców, co niszczyli ograbione miejsca. W imię wiary katolickiej biskup nakazał zniszczyć wszystko co przypominało pogańską wiarę w Słońce. Ale nie do końca się udało. Mury okazały się tak świetnie zbudowane, że Hiszpanie na starych inkaskich stawiali swoje budowle. Chwila prawdy przyszła w 1650 roku kiedy trzęsienie ziemi zniszczyło prawie 50 procent miasta a mury inkaskie pozostały nietknięte. Chichot historii słychać do dziś, bo wszyscy turyści i miejscowi oglądając kościół Santo Domingo postawiony na olbrzymich murach inkaskich i tak mówią i myślą Quoricancha – Świątynia Słońca

    W Cusco każdy znajdzie coś dla siebie: piękna architektura, wspaniałe zabytki, świetne knajpki, dyskoteki, puby. Trochę drogo, ale naprawdę warto.

     

     

     12.07.2009

     

    Polacy w Peru.

     

    W chwili kiedy wjechaliśmy do Peru okazało się, że naszym najlepszym ambasadorem jest Jan Paweł II. „Papa Polaco” mówili legitymujący nas urzędnicy uśmiechając się szeroko i przyjaźnie.  Innym często pojawiającym się nazwiskiem jest Ernest Malinowski, któremu Peruwiańczycy do dziś wdzięczni są za budowę transandyjskiej linii kolejowej (swoją drogą to najwyżej położona linia kolejowa a świecie 4818 m npm). Dziś wszystkie dzienniki peruwiańskie piszą o polskiej ekspedycji naukowej w Kanionie Colca. Jesteśmy tu mile widziani a zdanie „soy Polaca/Polaco” otwiera peruwiańskie serca. I trzeba przyznać, że chyba coraz częściej ciekawość świata prowadzi nas właśnie do Peru.  Peru to pierwszy kraj w Ameryce Południowej w którym czuję, że mogłabym zamieszkać. Otwartość ludzi, fantastyczne krajobrazy, cudowne góry, pełna dzikich zwierząt dżungla i historia pełna tajemnic. Tym bardziej cieszy mnie, że właśnie tu, w tym niezwykłym kraju spotykamy Polaków. W Huaraz oprócz oczywiście Jarka Botora i Kamila z którymi byliśmy umówieni spotkaliśmy przesympatycznych, pełnych entuzjazmu i ciekawości świata rodaków. Asia, Robert i Krzysztof z Wrocławia (właśnie dziś wracają do kraju). Team krakowsko-wrocławski Agnieszka, Beata, Andrzej, Marek i Krzysztof. A wszyscy pełni pasji.

    Tu w Cusco spotkaliśmy Martę i Łukasza z Warszawy. Fantastycznie spotykać takich ludzi. a jedyna rzecz której żałuję, to, że mieliśmy tak mało czasu. Choć mam nadzieje, że to nic straconego i nasze drogi jeszcze kiedyś się spotkają :D. Kochani, fantastycznie było Was wszystkich poznać. Pozdrawiamy Was gorąco i …….do zobaczenia gdzieś, kiedyś w świecie :D.

     

    Pozdrawiamy też serdecznie chłopaków których spotkaliśmy w Huaraz a później nasze drogi ponownie skrzyżowały się kiedy jechaliśmy do Ica a oni do Boliwii na Sajamę. Mamy nadzieje, że Nevado Sajama zdobyte bo trzymaliśmy kciuki :D. 

     

    08.07.2009

     

     

    Kiedy 30 lat temu naukowcy przybyli na równinę w pobliżu rzeki Chauchilla na południe od Nazca zastali niesamowity i przerażający widok. W promieniu kilku kilometrów na pustyni walały się rozrzucone kości, tkaniny, kawałki ceramiki i mumie. Taki wygląd cmentarzyska to efekt działalności haqueros – największej plagi Peru. Rabusie grobów działali w tym regionie już od ponad 200 lat. Ich celem były skarby ukryte w grobowcach – przede wszystkim wyroby ze złota i srebra. Cała reszta ich nie interesowała, więc pozostawiali przedmioty i szczątki ludzkie rozrzucone w nieładzie. Odkopując grobowce wszędzie zastawali kokony z bawełny, bo tak chowano zmarłych w kulturze Nazca. Najpierw układano zwłoki w pozycji kucznej, a następnie wystawiano je na działanie słońca, czasem przez kilka tygodni. Był to sposób naturalnej mumifikacji. Inaczej niż w selwie czy wilgotnym rejonie Chachapoyas, gdzie wcześniej wyjmowano narządy wewnętrzne. Po wysuszeniu zwłok owijano je w wiele warstw bawełnianej tkaniny, tworząc kokon. Zmarłego chowano oczywiście z niezbędnym w zaświatach sprzętem: ceramiką, bronią, jedzeniem itp. W jednym grobowcu często znajdowało się kilkoro zmarłych (zapewne z tej samej rodziny), ale w oddzielnych „komnatach”. W wielu grobowcach znajdowano też trofea w postaci czaszek. W kulturze Nazca zwycięski wódz, czy ważny wojownik obcinał głowę pokonanym, również wysokim ranga społeczną wrogom. Usta zaszywano przy pomocy kolców z kaktusa, również oczy zaszywano. W czaszce robiono dziurę i przez nią przewlekano sznurek, by zwycięzca mógł nosić trofeum przy pasie. W grobowcach wielkich wojowników często znajdowano takie trofea. Należy je odróżnić od tak zwanych „głów ofiarnych”. Te nie mają dziur w czaszce i należały nie do wojowników a do kobiet i dzieci ze szlachetnych rodów (poznaje się to po celowych deformacjach czaszki). Po odurzeniu ofiary obcinano jej głowę i zakopywano w ofierze np. dla Pachamamy, po to by wyprosić obfitsze plony.

    W przypadku trofeów czy ofiar powstawał pewien problem. Nie można było pochować zwłok niekompletnych, człowiek w zaświatach potrzebował również głowy. Rozwiązywano to w ten sposób, że formowano głowę z wielu warstw bawełny. Wiele odkopanych kokonów miało właśnie takie bawełniane głowy. Co ciekawe grobowiec władcy czy wojownika z największą ilością czaszek – trofeów, zawierał mumię, która również posiadała bawełniana głowę. Prawdopodobnie odciętą przez zwycięzcę.

    Dziś grobowce są bardziej uporządkowanym stanie, choć między nimi wala się jeszcze wiele kości i kawałków bawełnianych kokonów. Zachowały się dzięki niezwykle suchemu klimatowi pustyni Nazca. Część z nich zakopano, część czeka na badania, ale jak to często się dzieje brak na to środków. Te zbadane dostarczają wiele informacji na temat pochowanych w nich ludzi: ich statusie społecznym (kształt czaszki, uczesanie), zwyczajach, obrzędach.

     

    Choć cmentarzysko Chauchilla zrobiło na nas największe wrażenie, to nie ono ściąga do Nazca rzesze przyjezdnych. To położone na północ od miasta słynne linie i rysunki na pustyni zapewniają miastu ciągły przypływ turystów. Pochodzą one również z okresu kultury Nazca. Powstało wiele teorii próbujących wyjaśnić po co Indianie rysowali tak ogromne rysunki, że widać je tylko z samolotu. Zadawano sobie pytanie czy to w ogóle możliwe by rysowali coś czego nie mogli zobaczyć. To z kolei zrodziło teorie o pozaziemskim pochodzeniu linii z Nazca, czy też o tym, że Indianie potrafili wznosić się w powietrze. Teorie bardziej prawdopodobne mówią o ich ofiarnym przeznaczeniu, gdyż w większości figur znajdowano ceramikę ofiarną. Jednej zadowalającej i wyjaśniającej całość teorii nie sformułowano do dziś.(fotki w galerii)

     

    07.08.2009

    Z przyjamneoscia informujemy, ze Jarek Botor i Kamil Gabarski zdobyli Nevado Alpamayo :D. Gratulacje chlopaki! Jestescie WIELCY!!!!!!!!

     

    05.07.2009

     

     

    Po peruwiańskich Andach w najlepszym wydaniu (Cordillera Blanca) przyszła pora na spróbowanie peruwiańskiego wina w najlepszym wydaniu. I tu, powiedzmy to sobie od razu – porażka. Ale po kolei przyjechaliśmy do Ica – stolicy winiarskiego regionu Peru. W regionie Ica, mimo iż w większości jest to pustynia, znajduje się sporo winnic. Ale to nie wino, a pisco jest tutaj głównym produktem oraz dumą regionu i całego Peru. Kiedy opowiadamy miejscowym o pisco chilijskim, śmieją się twierdząc, że to nie pisco. I na miejscu Chile nie kłóciłbym się o ten (moim zdaniem podły) trunek, będąc potęgą jeśli chodzi o wino.

    Hiszpanie zakładając winnice na niegościnnej pustyni, wynaleźli pisco przez przypadek. Jest ono efektem nieudanego procesu produkcji wina. Wyszło brandy. Spróbowali, stwierdzili, że nie takie złe ;)) i tak zostało. Mieliśmy okazję zobaczyć w niewielkiej winnicy w okolicy Ica jak przebiega proces produkcji w tradycyjny sposób. W okresie zbiorów podczas festiwalu winiarskiego, grona wrzuca się do niewielkiego basenu. Tam udeptują je tańczący w rytm muzyki ludzie. Sok spływa z basenu do specjalnych kadzi. To co zostaje jeszcze w owocach wyciskane jest przy pomocy specjalnej prasy wykonanej z pnia drzewa. W glinianych beczkach sok fermentuje przez dwa tygodnie. Następnie wlewany jest do wielkiego (1200l) wkopanego w ziemie pojemnika, podgrzewanego od spodu ogniem. To co paruje trafia do tzw fajki – rury zanurzonej w basenie z chłodną wodą, skrapla się i wypływa przez niewielki kran po drugiej stronie. Około 400l to tak zwana „głowa” – trunek z bardzo wysoka zawartością alkoholu (oni mówią, że toksyczny J. Kolejne 600l to tzw. „ciało” – właściwe pisco o zawartości alkoholu do 65%. I wreszcie „ogon” – 10-45% używany do celów higienicznych (mycie kadzi, basenów, sprzętu). I mamy cały proces. Pisco produkuje się głównie z czterech szczepów winogron. Przy czym niektóre lepiej smakują bez dodatków, inne jako składnik drinków. Najpopularniejszym jest oczywiście pisco sour: pisco, sok z cytryny, ubite kurze białko i odrobina przyprawy o nazwie angostura.

     

     

    29.06.2009

     

     

    Jarek Botor (http://www.mteagencja.pl/) i Kamil Gabarski (http://www.gabarski.pl/) są już po aklimatyzacyjnym wejściu na Pisco 5752 m npm. Chłopcy w ekspresowym tempie zdobyli górę, uzupełnili niezbędne mikroelementy i witaminy po zejściu (szczególnie vit z grupy B, której olbrzymie ilości znajduja się w piwie ;)) i właśnie dziś wyruszają do Doliny Santa Cruz aby walczyć o Alpamayo 5947 m npm  i Quitaraju 6036 m npm.

    Jaro, Kamil mocno trzymamy za Was kciuki.

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    25.06.2009

     

    Wśród wyjątkowej urody szczytów Cordillera Blanca nikt nie zwróciłby uwagi na Huascarana. Nie zwróciłby, gdyby nie jego ogrom. I nie chodzi tu wcale o wysokość. Choć jest o trzysta metrów wyższy od najwyższych z pozostałych szczytów. Chodzi właśnie o ogrom całego masywu. Jest tak przytłaczający, że leżące obok i sięgające ponad 6300m Huandoy i Chopicalqui wydaja się maleństwami. Najwyższy szczyt Peru i szósty w całych Andach swą nazwę zawdzięcza Huascarowi, jednemu z ostatnich inkaskich władców. Został zabity w wojnie domowej przez przyrodniego brata Atahualpę i w ten sposób uniknął spotkania z Hiszpanami.

    Jeszcze jedna rzecz warta przypomnienia. Huascaran jest sprawca jednej z największych tragedii w historii Peru.. W 1970 roku podczas trzęsienia ziemi, które w samym środkowym Peru pochłonęło 80 tys. ofiar, z Huascarana zeszła ogromna lawina śniegu, kamieni i błota, która dosłownie zmiotła z powierzchni ziemi całe miasteczko Yungay wraz z wszystkimi mieszkańcami.

    Wyruszyliśmy 16 czerwca z Huaraz do Musho. Dalej z mułami do bazy na wysokości około 3750m. Kolejny dzień do Campo Morena nieco poniżej lodowca (4700m). Trzeci dzień to droga do obozu pierwszego na lodowcu, prawie dokładnie pod przełęczą między dwoma wierzchołkami Huascarana. Część naszej ekipy doszła już do obozu na wysokości około 5100m. Mimo, że lodowiec w tym miejscu jest stosunkowo płaski, nie widzieliśmy ich. Kiedy w pięknym popołudniowym słońcu znajdowaliśmy się około 300 m w linii prostej od obozu, zauważyliśmy jak ze ściany ponad nim zaczyna się obsuwać w dół śnieg. Ciurkiem jak niewielki strumień wody. Nagle z hukiem w dół runęły seraki i ogromne ilości śniegu zalegające nad obozem. Po sekundach wszystko to zamieniło się w galopującą w naszym kierunku chmurę. Nie zastanawialiśmy się wówczas co z tymi, którzy byli w obozie. Rzuciliśmy się w prawo. Po chwili zdałem sobie sprawę, że cała trójka na linie spowolniona przez moja astmę nie ma szans. Po kolejnej, widząc pędzącą chmurę, uznałem że Bolt i spółka też nie mieliby szans. Dysząc jak lokomotywa, z sercem w gardle zatrzymałem się… i lawina też. Większość śniegu i kawałków lodu wylądowała w szczelinie poniżej ściany. Także nawet tym w obozie nie uczyniła krzywdy. „Tenemos suerte” powiedział Jose uśmiechając się pełną gębą. Jako jedyny zachował tyle zimnej krwi, że uciekając zrobił kilka zdjęćJ Mauro milczał, ale widać było, że podobnie jak my przeraził się nie na żarty. Inni też chyba mieli dosyć tego popołudnia. Później już tylko piękny zachód słońca i potworny mróz. Kolejnego dnia wyruszyliśmy po piątej, aby w miarę wcześnie przejść niebezpieczny trawers gdzie po ogrzaniu słońcem często schodzą lawiny. Najpierw wspinaliśmy się mocno uszczelnionym lodowcem o nachyleniu do 55 stopni, z pięknymi niczym wieże serakami. Wreszcie trawers. Wszyscy rozpoczęli galop, w obawie przed lawinami. W połowie drogi nie wytrzymałem i wrzasnąłem: „lawina może zejdzie może nie, ale wy tym tempem zabijecie mnie na pewno”. Wreszcie obóz na Gargancie jak nazywają przełęcz między Huascaran Sur i Norte. W nocy zaczyna potwornie wiać. Mama wrażenie, że namiot trzyma się tylko dlatego, że my w nim leżymy. Jest pierwsza w nocy czas ruszać. Mauro rezygnuje ze względu na zimno i wiatr. Ruszamy we czwórkę, Iza , Roger, Jose i ja. Mijamy kilka szczelin. Do jednej z nich wpada Jose. To, że nic mu się nie stało zawdzięcza małpiej zwinności, ale przede wszystkim wieloletniemu doświadczeniu w górach. Zaczynamy podchodzić stromą ścianą. Śnieg sypie się strasznie. Plaka jak mówią. Jest około pół metra sypkiego śniegu, pod nią cienka warstwa lodu i znowu sypki śnieg. Robi się niebezpiecznie, a do tego wiatr wychładza niemiłosiernie. Około czwartej rano, na wysokości około 6400 podejmujemy decyzję o powrocie do obozu. (fotki w galerii)  

     

    24.06.2009

    Do hotelu w którym mieszkamy dotarła jeszcze jedna bardzo sympatyczna grupa Polaków z Wrocławia. Joanna, Robert i Krzysztof dziś wyruszyli na Alpamayo.  Są bardzo zdeterminowani i dzielni. Robert miał wczoraj mały wypadek podczas wspinaczki ale nie zniechęciło to go do walki o najpiękniejsza górę świata.  Mamy nadzieję, że pogoda się poprawi bo na razie jest niezbyt przyjazna – zimno i pochmurno a w górach być może nawet pada śnieg. Asia, Robert i Krzysiek walczcie dzielnie a my trzymamy za Was mocno kciuki.

     

    23.06.2009

     

    Wczoraj przyjechał Jarek Botor z More Than Explore z Kamilem Gabarskim. Przywiózł kabanosy i żółty ser!!! Iza mówi, że to najlepszy prezent jaki kiedykolwiek w życiu dostała J

    Chłopaki teraz aklimatyzują się na Pisco a za kilka dni będą walczyć na Artesonraju. To piękna, ale też wymagająca góra. Do tego w tym roku warunki w ścianie są szczególnie trudne. Dużo sypkiego śniegu w ścianach utrudnia wspinanie na wielu górach w całej Cordillera Blanca w tym sezonie. Na razie brak też informacji o przejściach ściany Artesonraju w tym roku.

    Jarek, trzymamy za Was mocno kciuki!!!!! I do zobaczenia w Cusco.

     

    12.06.2009

     

    Iza na Alpamayo

     

        

     

    10 czerwca 2009 o godzinie 9.05 Iza zdobyła najpiękniejszą górę świata Alpamayo. Dokonała tego wspinając się trudną drogą francuską wychodzącą bezpośrednio ze ściany na szczyt. Wspinaczka drogą klasyczną – Ferrari nie jest obecnie możliwa ze względu na olbrzymi nawis zamykający wyjście na grań. Iza wyruszyła z Campo Alto około trzeciej w nocy, mimo dużego zachmurzenia i opadu śniegu. Po sześciogodzinnej wspinaczce w lodowej ścianie osiągającej miejscami 80 stopni nachylenia stanęła na szczycie Alpamayo 5947m nad poziomem morza. (zdjęcia w galerii jutroJ

           

    Przeczytaj relacje Izy z wejscia na szczyt.

    http://www.goryonline.com/blogwpis-2405

    05.06.2009

     

    Cordillera Blanca – pasmo górskie przez wielu uważane za najpiękniejsze na świecie. To tutaj znajdują się też dwie najpiękniejsze góry świata Alpamayo i Artesonraju. Piękne lodowe sześciotysięczniki leżące na obszarze Cordillera Blanca należą do najtrudniejszych technicznie w całych Andach. W 1972 roku znaczną część masywu objęto ochroną i utworzono Park Narodowy Huascaran. Był to jedeno z pionierskich przedsięwzięć ekologicznych w całej Ameryce Łacińskiej.

    Wczoraj wybraliśmy się na całodniowy trekking przez Quebreda Demanda do położonej na wysokości 4600m nad poziomem morza Laguny 69. Trekking ten obfituje w piękne widoki, na nas oczywiście największe wrażenie robiły piękne lodowe szczyty. Najpierw mijamy Nevado Huascaran – najwyższy szczyt Peru. Później naszym oczom ukazują się piękne lodowe piramidy Huandoy Sur i Chopicalqui oraz piękna grań Pisco. Wreszcie nad samą Laguną 69 góruje Chacraraju – najtrudniejszy wspinaczkowo sześciotysięcznik w Cordillera Blanca, a według niektórych w całych Andach. Jego imponująca południowa ściana wznosi się wysoko nad laguną i wygląda jak wielka lodowa katedra. Chacraraju to nazwa pochodząca z Keczua, ale ma też piękną hiszpańską nazwę: Carnicero – RzeźnikJ. Biała sylwetka góry pięknie wyróżnia się na tle błękitu nieba i niesamowitego błękitu Laguny 69.

    Potrafię czytać w myślach, więc odpowiadam na tłukące się po Waszych głowach pytanie: „Dlaczego laguna nazywa się 69???” Odpowiedź na pytanie pewnie wielu rozczaruje. Kiedy tworzono Park Narodowy Huascaran – spisano i ponumerowano wszystkie laguny w Cordillera Blanca, których jest tu ponad 350. Tej akurat przypadł numerek 69, a że nie miała miejscowej nazwy – tak już pozostałoJ (zdjęcia w galerii)

     

    03.06.2009

     

    Skonczylo sie. Wczoraj przejechalsmy z leniwego nadmorskiego Huanchaco do gorskiej stolicy Peru - Huaraz. Jak lenistwo sie skonczylo, to zaczynaja sie gory. Pogoda jest piekna, osniezone szczyty Cordillera Blanca goruja nad miastem na tle blekitnego nieba. Za dwa dni ruszamy w gory.

     

    27.05.2009

     

    Moche i Chimu

     

    Kilka dni temu zwiedziliśmy stanowiska archeologiczne w okolicach Truillo, choć mam wrażenie, że w ogóle nie wyjeżdżaliśmy z miasta. Pierwszego dnia obejrzeliśmy Huaca Arco Iris (Świątynię Tęczy) i stolicę państwa Chimu – słynne Chan Chan. Oba kompleksy należały do kultury Chimu, ostatniej z tych poprzedzających wielkie imperium Inków. Rozwijała się ona od około 1000 roku do 1470 roku. Centrum Chan Chan największe wrażenie robi swoim ogromem. W czasach świetności mieszkało tam około 35 tysięcy ludzi. Było to największe w Ameryce prekolumbijskiej miasto z cegły adobe. Dziś nawet nie cały teren objęty jest badaniami. Jadąc drogą na wybrzeże wyraźnie widać, że po jej drugiej stronie również znajdują się mury i budowle z adobe, choć w dużo gorszym stanie niż te objęte badaniami. Na centrum Chan Chan składało się dziewięć niezależnych kompleksów – każdy z własnym pałacem, świątynią, cmentarzem i częścią mieszkalną. Mury każdego z kompleksów pokryte były wzorami wyciskanymi w mokrej glinie a oznaczającymi zamieszkujące je rody. Zewnętrzne mury Chan Chan mają 12 metrów wysokości. Centrum wznosi się na terenie pustynnym jednak dzięki systemowi akweduktów nie brakowało tam wody. Zdawał sobie z tego sprawę Inka Yupanqui, który by zmusić Indian Chimu do całkowitej uległości, zniszczył akwedukty i odciął dopływ wody.

    Kolejnego dnia obejrzeliśmy Huaca del Sol i Huaca de la Luna (Świątynie Słońca i Księżyca) należące do wcześniejszej kultury Moche (tej samej co słynny grobowiec władcy z Sipan). Świątynię Księżyca można zwiedzać w środku – stanowiła centrum ceremonialne, z kolei Świątynia Słońca była centrum administracyjnym. Na terenie Huaca de la Luna składano ofiary, między innymi z ludzi. Na wznoszącym się za piramidą Cerro Blanco znaleziono 70 szkieletów, bez głów – prawdopodobnie również ofiar. Na ścianach Piramidy Księżyca bardzo dobrze zachowały się zdobienia i malunki. Najczęściej powtarzającym się motywem jest wyobrażenie boga Moche Ai Apaec. Będąca największą prekolumbijską budowlą na kontynencie Piramida Słońca nie jest jeszcze udostępniona do zwiedzania.

    Budowle z adobe są bardzo narażone na działanie warunków atmosferycznych. Szczególnie wielkich zniszczeń dokonał w roku 1998 El Ninio – ulewne deszcze po prostu zmyły część murów. 

     

    24.05.2008

     

    „Powiedz, wszystkim w Polsce, że prezydent Peru, chce zawłaszczyć całą naszą ziemię. Interesuje go tylko zysk i dlatego pozwala wycinać dżunglę bez żadnej kontroli. Przyjeżdżacie tu by oglądać selwę i zwierzęta tu żyjące. Wracacie zadowoleni. Ale za kilka lat nic z tego nie zostanie. Nie chcemy by nasza ziemia wyglądała tak jak Afryka, gdzie wszystko zniszczono. Powiedz wszystkim, że w Peru niszczy się selwę. Powtórz, chcę wiedzieć, co przekażesz w swoim kraju.” Takie ultimatum przedstawił mi jeden z przywódców Nativos, blokujących całe Yurimaguas. Powtórzyłem najlepiej jak potrafiłem moim kulawym hiszpańskim. A doszło do tego tak:

    Termin wyjazdu naszej łodzi z Iquitos przesuwany był z dnia na dzień. W końcu oznajmiono nam, że nie wiadomo kiedy wypłynie, a wszystko ze względu na strajk w Yurimaguas. Zrozumieliśmy, a raczej założyliśmy, że strajk dotyczy jedynie portu, więc nie stanowi dla nas żadnego problemu. Musimy tylko dopłynąć i ewakuować się ze statku – nóżki przecież mamy. Zatem kiedy nadarzyła się okazja, zmieniliśmy barkę i wyruszyliśmy. To co działo się w drodze zasługuje na dłuższą opowieść. Muzykę puszczano tak głośno, że musieliśmy do siebie krzyczeć. Zaczynali około piątej, kończyli około dwudziestej trzeciej. Po pierwszym dniu, uzgodniłem z poznanym Nowozelandczykiem, że pierwszy z nas, który będzie miał okazję przetnie kabel głośnika. Kiedy zauważyłem, że jeden z kierowników pokładu ciągle majstruje coś przy kablu, odszukałem to newralgiczne miejsce i przerwałem kabel na dobre. Muzyka to jedno, filmy drugie. Największym nieszczęściem dla podróżujących statkiem Peruwiańczyków okazał się zepsuty telewizor. Nic to. Odtwarzali filmy w formie słuchowiska bez wizji!!! Spoglądaliśmy na siebie z niedowierzaniem. A jednak. Do dziś dudni mi w głowie szczęk broni Greków i Trojan, ostatni oddech Patroklesa, czy wołanie Achillesa pod murami Troi. I do dziś mam żal do Heleny, że narobiła tyle hałasu, którego musieliśmy wysłuchać płynąc po Amazonce…J

    Ale dopłynęliśmy. Okazało się, że to nie strajk w porcie, ale blokada całego miasta. W porcie zupełna pustka. Na statek wtargnęli jedynie ludzie, którzy oferowali nam wywiezienie jakoś na raty z miasta. Nie wyglądało to wiarygodnie. Poza tym w kilku z nich rozpoznałem kierowników od marihuany. Dziś byli specjalistami od transportu. Część pasażerów postanowiła pozostać na statku, na co z resztą namawiała załoga. Mówiono, że wydostanie się z miasta jest niemożliwe i niebezpieczne. Powtarzano, że wywiozą nas do dżungli okradna, a nawet zabiją. Ale kiedy usłyszeliśmy, że blokada może trwać nawet kilkanaście dni, postanowiliśmy zaryzykować. Wyszliśmy z portu razem z parą Nowozelandczyków i Niemców. Zaraz za bramą blokada - ścięte drzewa rzucone na drogę. Pozwalają nam przejść. Idziemy z ciężkimi worami. Transportu brak. Znajduje się jeden odważny rykszarz i wozi nas na raty do drogi wylotowej na Tarapoto. Tam blokady nie wyglądają już tak spokojnie. Ludzie wymalowani na twarzach, rękach, z maczetami i dzidami nie dają się łatwo przekonać. Mówię, że robimy audycje dla radia (w czym przecież nie skłamałem). Zaprowadzili mnie do szefa, który zobowiązał mnie do przekazania w Polsce jego oświadczenia, co zrobiłem na początku tej relacji. Choć zgadzam się, że rabunkowa gospodarka w dżungli to ogromny problem, to niestety nie wierzę, że protesty wynikają z dostrzegania rzeczywistych zagrożeń i świadomości ekologicznej. Wypływają raczej z tego, że protestujący czują się pominięci w zyskach z tego „niszczenia” selwy.

    Po przejściu tej barykady, docieramy do kolejnej. Tu mówią nam stanowczo, że nie przepuszczą i mamy wracać do miasta. Robi się późne popołudnie. Nasi kompani zrezygnowani. Iza kręci się między Nativos uzbrojonymi w dzidy i maczety, ale mimo niewątpliwego uroku osobistego nie udaje jej się nic wskórać. Nagle przyjeżdża ktoś na motorze i krzyczy, że w centrum rozpoczyna się wielka demonstracja. Ludzie ruszają w tym kierunku, a my korzystając z zamieszania, co sił w nogach - w przeciwnym. Tych sił z ciężkimi plecakami starcza zaledwie do zakrętu. Ale tam orientujemy się, że nikt nas nie goni. Zatem już spokojniej idziemy dalej. Do miejscowości, w której można złapać jakiś samochód są cztery godziny drogi, a zaczyna robić się ciemno. Ale do miasta nie wracamy, tym bardziej, że kolejnego dnia protesty mają się zaostrzyć. Po pewnym czasie udaje nam się zatrzymać motocyklistę. Zabiera nas na raty z wielkimi tobołami. Gdy widzę Izę pakującą się na motor z 25 kilogramowym plecakiem . mam wątpliwości czy to dobry pomysł. Kiedy jakieś czterdzieści minut później w ciemnościach, sam się ładuje na motor, nadal je mam. Gdy w ciemnościach, przy zgaszonym świetle gnamy przez selwę z dwoma plecakami – moje przekonanie o głupocie tego rozwiązania graniczy z pewnością. W pewnym momencie motocyklista zatrzymuje się: „Dalej idziesz sam.” Jak? Dlaczego? Boi się by go nie zobaczyli i nie chce oberwać. Mówi mi, że za zakrętem jest wioska i blokada. Za nią czeka reszta mojej grupy. Co robić – ruszam. Blokadę mijam na pieszo korzystając z zamieszania jakie wywołało przybycie przedstawiciela władz. Poza tym we wiosce jest ciemno, co ułatwia mi sprawę. Za blokadą udaje nam się złapać ciężarówkę. Kiedy z ulgą wskakuję na przyczepę, nie zdaję sobie sprawy, że dla mnie na ten dzień przygody jeszcze się nie skończyły. Przyciśnięty do krawędzi przyczepy, nie mogąc oddychać, przez dwie i pół godziny powtarzałem sobie, że przecież mam tu mnóstwo przestrzeni. Peruwiańczyk przyciśnięty tak samo, stojący na mojej stopie i wybałuszający z bólu oczy – pewnie powtarzał tą samą mantrę. A ci wiszący z boku przyczepy… (zdjęć niestety nie ma – brak nam jeszcze wprawy w takich sytuacjach;)

     

    23.05.2009

     

    Anakondero ma sie coraz lepiej ale wciaz jest na prochach. Dzis przyjechalismy do Huanchaco. To raj dla surferow nad Oceanem Spokojnym oddalony zaledwie 15 km od Trujillo. Jest niski sezon wiec nie ma wielu turystow, ceny za noclegi  smiesznie niskie a pogoda wspaniala. Najpowazniejsze decyzje jakie teraz podejmujemy to co zjesc na obiad, siedziec na plazy czy moze w jakiejs uroczej kafejce w cieniu itp. Uffff, bardzo wyczerpujace jest zycie podroznika w Huanchaco ;).   

     

    20.05.2009

     

    Anakondero Jarson zwany czasami bizonem jest obecnie raczej malym bizonkiem bo dopodla go jakas paskudna choroba. Walczy z goraczka i kaszlem dlatego dzis link do mojej relacji z ucieczki ze statku i Yurimaguas (baaaaardzo emocjonujaca przygoda ;)), a Jaro dopisze swoje uwagi jak tylko wroci do pionu.

    http://www.goryonline.com/blogwpis-2245

     

    12.05.2009

     

    Mielismy wyplynac, ale sie nie dalo. I nie wiadomo kiedy sie da. Wiec bujamy sie w hamakach na pokladzie i obserwujemy zycie portowe. W miedzyczasie schodzimy na lad by polazic po Iquitos. Wczoraj w knajpie u Teksanczyka pewien Amerykanin , gdy uslyszal ze jestesmy Polakami powiedzial: Mam przyjaciela Polaka, jeste bardzo znany zakladal tu w Iquitos pierwsza w Peru telewizje kablowa i walczyl z Walesa w wyborach. Nazywa sie Stanislaw Tyminski!!!

     

    11.05.2009

     

    Kurczaki, marihuana i Amazonka – czyli statkiem do Iquitos.

     

    Jednak się zdecydowaliśmy – płyniemy do Iquitos. Ze względów budżetowych wybraliśmy trasę krótszą, dwudniową (okazała się trzydniowa) z Yurimaguas. Nasza trasa najpierw wiodła rzeką Huallaga wpadającą do Maratonu i później Maratonem do spotkania z Ukajali i dalej już królową rzek Amazonką do Iquitos.

    Po tysiącu przesiadek dotarliśmy do Yurimaguas. Tam otoczyła nas „mafia” motorikszarzy. Trzeba im to oddać: mają strategię, a klient przy negocjacjach ma niewielkie szanse. Taktyka polega na oblężeniu klienta i wytworzeniu atmosfery pośpiechu. Cena pięć soli wydaje się nam wygórowana. Odpowiadamy naszą taktyką; „Ileeee?!!” Dalej pięć soli. Ok. Druga próba – odchodzę kawałek dalej po picie. Pytam w sklepie o cenę motorikszy. Odpowiedź: „Nie wiem”. Idę do jednego z motorikszarzy stojących dalej, pytam o cenę. Odpowiedź:

    - Nie wiem.

    - Jak nie wiesz? To twoja praca.

    - Tyle co tam powiedzieli.

    - To znaczy ile?

    - Nie wiem…

    Zabawa w „turysta jest kretynem” trwa.

    W porcie dopada nas człowiek, który „służy” pomocą w dostaniu się na statek, załatwieniu hamaka, wody pitnej, biletu. Twierdzi, że pracuje dla firmy przewozowej do której należy statek, bo ma koszulkę z logo (ja grałem kiedyś w grupie Slayer – miałem koszulkę;)). Po walce z trzema pomagaczami, proponującymi między innymi wodę za dziesięć soli, jesteśmy na pokładzie. Konkretnie na górnym, bo na dolny pakują się kurczaki, setki kurczaków, ale też i pasażerowie. Kiedy tak obserwujemy załadunek kurczaków i całej reszty – podchodzi do nas pewien kierownik (na statku jest wielu kierowników;)) i proponuje zakup… marihuany. Po kwadransie przychodzi inny i proponuje… marihuanę. Po następnym kwadransie przychodzi trzeci i proponuje… wykupienie wycieczki do dżungli. Dziękujemy. „To może marihuana?” Później śmialiśmy się, że odurzenie się być może było jedynym sposobem, by nie czuć smrodu kurczaków w tym upale.

    Taka bezczynność, bujanie się w hamaku, obserwowanie dżungli, wschodów i zachodów słońca, wyskakujących nad wodę delfinów, smród kurczaków – wypełnia nam trzy dni. Czasem statek zawija do niewielkich wiosek w dżungli, z których zabiera olbrzymie ilości platanów i zostawia głównie sól. Do Iqutos docieramy wieczorem, co nie jest dobrą porą ze względu na bezpieczeństwo w porcie. I tu spotyka nas kolejna niespodzianka. Pewna starsza pani, która w czasie rejsu wydawała nam się podejrzanie wesołkowata – załatwiła nam u kapitana darmowe spanie na statku, tak długo jak będzie w porcieJ Zadowoleni i spokojni obserwujemy jak statek przybija do portu. Następuje inwazja – na statek wbiegają odbiorcy towaru, porterzy, rikszarze i zwykli złodzieje, ciekawscy. A my mimo zgiełku, spokojnie szykujemy się do snu…

     

    Iquitos

     

    Do Iquitos można dostać się albo samolotem, albo statkiem z Yurimaguas lub z Pucalpy. Miasto swój rozwój zawdzięcza boomowi kauczukowemu w XIX wieku. Do dziś pozostało niewiele z lat świetności. Dziś jak mówi człowiek, którego poznaliśmy ludzie żyją albo z wydobycia ropy, albo z wycinki lasu, albo z turystyki albo z handlu narkotykami. Opowiada o plantacjach koki ukrytych w dżungli. Najwięcej jest ich w dolinie Huallaga, którą płynęliśmy. W latach dziewięćdziesiątych siły rządowe stoczyły tu regularną wojnę z plantatorami i handlarzami narkotyków. Ale problemu tak naprawdę nie rozwiązano do dziś. Koka płynie często statkami do Leticii położonej na styku trzech granic Kolumbii, Peru i Brazylii. Rząd by ograniczyć handel skupuje kokę po 60 soli za kilogram, handlarze dają 100. Zatem dla spokoju 15 procent sprzedaje się rządowi a 85 handlarzom… Narkobiznes niestety niszczy dżunglę, wydobycie ropy i przemysł drzewny nie pozostają w tyle. Nasz rozmówca z dumą opowiada jak zamyka się usta protestującym przeciw zanieczyszczeniom wody Indianom poprzez dawanie im pracy w przemyśle naftowym.

    Ale największe wrażenie zrobiło na nas Belen. W przewodniku opisywane jako biedna aczkolwiek bezpieczna dzielnica domów zbudowanych na tratwach… To co zobaczyliśmy to przypominało wysypisko śmieci, tylko, że na wodzie. Smród, pływające śmieci, zdechłe ryby wśród tego domy na tratwach. Wokół nich kąpiące się dzieci, gdzieniegdzie coś na kształt pubów, z których pijani wracają wpław i często się topią. W ten sposób umiera też niestety dużo małych dzieci. Przepływając łódką patrzymy na ludzi, którzy pewnie nigdy się stąd nie wydostaną. Sprawiają wrażenie jakby przeczekiwali życie (choć może to tylko nasze wrażenie). Podobno w Iquitos żyje tak jakieś 38 tysięcy ludzi – mimo pomocy różnych organizacji niewiele się zmienia. Ja patrząc na Belen, ale też port zastanawiam się ile śmieci i zanieczyszczeń jest w stanie przyjąć rzeka. Amazonka – królowa rzek. To chyba jedyna królowa traktowana tak przez tych, którzy zawdzięczają jej życie.

    Aha wczoraj trafiliśmy do restauracji pewnego Teksańczyka. Oboje uznaliśmy, że gdzieś widzieliśmy to miejsce. Wszystko wyjaśniło się po rozmowie z właścicielem. Gdy dowiedział się, że jesteśmy Polakami, zaraz pochwalił się, że w jego restauracji często czas spędza pewien podróżnik z Polski. Zanim powiedział jak się nazywa, zaznaczył, że podróżuje bosoJ

    (zdjęcia w galerii niedługo)

     

    09.05.2009

     

    Jestesmy w Iquitos. Dotarlismy tu zaledwie kilka godzin temu barka z Yurimaguas. Dotarcie do portu juz bylo wielka sztuka a kiedy zobaczylam jak na nasz statek oprocz ton soli, kukurydzy, ryzu i bananow pakuja kurczaki...zrozumialam dlaczego wszyscy sugerowali nam abysmy zajeli miejsca na gornym pokladzie. Kurczaki w sporych ilosciach, w upale ustawione zostale na ...."nawietrznej" ;). Szczegolnie wtedy kiedy mocniej powialo z litoscia myslalam o tych ktorzy cisneli sie na nizszym pokladzie. Obsluga statku co kilka godzin ponawiala propozycje sprzedazy marihuany i biorac pod uwage panujace warunki rozumiem ta konsekwencje bo pewnie im dluzsza podroz tym wiecej chetnych ;). Piwo otwierane zebami przez kucharza nie odurzalo wystarczajaco mocno ;).    Ale wreszcie, przekraczajac o wiele godzin czas podrozy prezentowany na "rozladzie jazdy statku" dotarlismy do Iquitos. Bylam pewna ze podroz nas nie zmienila ale wnioskuje z troski kapitana ze troche schudlismy ;). Kapitan przygarnal nas pod swoje skrzydla i pozwolil mieszkac bezplatnie na lodzi przez czas pobytu w Iquitos. Mieszkamy zatem na lajbie, zasypiamy slyszac spokojny plusk wod Amazonki a budzi nas portowy zgielk. We wtorek ponownie zatapiamy sie na 3 dni w swoich hamakach i "bujamy" sie  z powrotem najpierw Amazonka a pozniej Maranonem do Yourimaguas. Wiecej i obszerniej tak o podrozy jak i o Iquitos napisze jeszcze Jarson zwany czasami bizonem ;).

    Aaaaa w galeri jest juz kilka zdjec z podrozy lodzia :).

     

     

    03.05.2009

     

    W krainie umarłych

     

    Rejon, który swym zasięgiem obejmowała kultura Chachapoyas usiany jest wieloma stanowiskami archeologicznymi. Część z nich czeka dopiero na zbadanie, a część jak twierdzą znawcy – na odkrycie. Do najciekawszych należą miejsca pochówku. I tu ciekawostka: w zależności od położenia względem twierdzy Kuelap – miejsca te wyglądają zupełnie inaczej. Badacze wiążą to ze względną niezależnością poszczególnych grup i osad wchodzących w skład  Chachapoyas. I tak na północy i zachodzie możnych mumifikowano i chowano w sarkofagach (choć i te różniły się w poszczególnych nekropoliach) na wschodzie prawdopodobnie nie stosowano tej metody. Miejsca te łączy położenie – najczęściej na trudno dostępnych półkach skalnych wysoko w górach. Kiedy ogląda się niektóre z nich, trudno oprzeć się wrażeniu, że Chachapoyas oprócz wielu innych zdolności byli świetnymi wspinaczami. A pamiętajmy, że musieli tam wnieść swoich zmarłych.

    Pueblo de los Muertos (Miasto umarłych) jest niewidoczne z głębokiej doliny, ani z grzbietu góry, w ścianie której zostało wybudowane. To cmentarzysko pochodzi z VII wieku. Składa się na nie grupa sarkofagów umieszczonych wysoko na skałach o kształcie zbliżonym do ludzkiej postaci, oraz pozostałości po charakterystycznych dla Chachapoyas pomieszczeń mieszkalnych wybudowanych na planie koła i „przyklejonych” do skalnej ściany. W części z nich prawdopodobnie mieszkali ludzie opiekujący się cmentarzyskiem i dostarczający zwłoki  często z wielkich odległości. Ale w większości z nich znajdowało się od 30 do 40 mumii, niektóre z nich podwieszone na kolkach umocowanych w ścianach. Te mumie należały do możnych, natomiast w sarkofagach chowano najważniejsze osoby – wodzów czy kapłanów

    Zanim opowiem o Karajia, przytoczę w skrócie legendę tu z okolic Chachapoyas. Wiąże się ona z hipotezami o tym, że Amerykę odkryto na długo przed Kolumbem. Otóż mówi ona, że około X wieku od strony dzisiejszej Kolumbii przybyli Wikingowie. Pewna grupa osiedliła się i dała początek rasie Metysów – Chachapoyas. Byli oni dużo wyżsi niż Indianie mający 1,50 – 1,60m i mieli dużo jaśniejszą skórę. Badania antropologiczne nie potwierdzają tej legendy. Ale jest pewien szkopuł. Otóż pięć największych sarkofagów z tych zachowanych w Karajia ma ponad dwa metry wysokości, a szczątki ludzkie wewnątrz ponad 1,70m wysokości. Kolejny znak zapytania w historii Chachapoyas. Niektóre z sarkofagów w Karajia, mają na górze umieszczoną czaszkę – to trofeum. Wg niektórych hipotez najsilniejsi i najważniejsi walczyli między sobą o przywództwo, zwycięzca zabijał przeciwnika i obcinał mu głowę – to jego trofeum i symbol siły i władzy. Sarkofagi robiono z miejscowej skały, moczono ja w wodzie, aż rozmięknie, lepiono sarkofag, a po wyschnięciu wszystko twardniało jak cement. Jako barwnika używano czerwonej odmiany tej samej skały. Do dziś zachowała się niewielka część sarkofagów. Większość zniszczyli niestety haqueros, szukając złota, którego tu nigdy nie było i rozrzucając kości zmarłych na półkach skalnych. Na szczęście nie zniszczyli wszystkich, a niektórych, ukrytych w bardziej niedostępnych miejscach nie odnaleźli.

    Te wykute w skalach cmentarze, kiedy giną co jakiś czas w chmurach wydają się jeszcze bardziej tajemnicze. A wrzask papug odbijający się echem od skał jest tak przenikliwy, jakby miał obudzić zmarłych Chachapoyas…

     

     

    02.05.2009

     

    Chachapoyas i Twierdza Kuelap

     

    Chachapuya to słowo pochodzące z języka keczua. „Chacha” oznacza górę, a „puya” znaczy chmura. Tak właśnie Inkowie nazwali lud i kulturę rozwijającą się w dolinie rzeki Utcubamba w górskiej części dzisiejszej prowincji Amazonas. Chachapoyas bo tak brzmi dzisiaj ta nazwa są kolejnym ludem i kolejną preinkaską kulturą składającą się ogromne kulturowe i historyczne bogactwo Peru. Kultura ta rozwijała się mniej więcej od 6 wieku do czasu przybycia na te tereny armii Inki Yapanqui czyli mniej więcej do roku 1470. W dolinie Utcubamby i na okolicznych górach, aż roi się od pozostałości po tamtej kulturze. A najbardziej imponujące i tajemnicze miejsce to leżąca na wysokości 3000m twierdza Kuelap.

    Ale zacznijmy od początku, a właściwie od środka. Kiedy przybyli na te tereny pierwsi wielcy niszczyciele, ale i budowniczy (bo tak mówią o Inkach w przeciwieństwie do Hiszpanów ) zastali rozwiniętą kulturę, na którą składały się osiedla złożone z kilkudziesięciu rodzin, każde względnie niezależne od pozostałych i posiadające własnego wodza. Poszerzając swe wielkie imperium Tawantisuyu, owszem przyczyniali się do niszczenia innych kultur, jednak jeśli nie musieli – nie używali siły. Często wysyłali poselstwo złożone z mieszkańców osiedli już podbitych, do kolejnych z propozycją przyłączenia się i podporządkowania władzy Inki. Potęgę Królestwa Czterech Regionów budowali na bardzo wyrafinowanej strategii między innymi włączali bóstwa regionalne do panteonu bogów, przez co łatwiej inne ludy i plemiona integrowały się. Jako, że Chachapoyas byli ludem bardzo wojowniczym, aby osłabić tendencję do buntu i wolę walki stosowali deportacje. Przesiedlali całe grupy w inne, często bardzo odległe tereny swego imperium. To wg badaczy było jedną z przyczyn tego, że język Chachapoyas całkowicie zanikł. Inkowie byli również świetnymi obserwatorami i szybko się uczyli: przejmowali i udoskonalali rozwiązania budowlane czy irygacyjne. Potrafili wykorzystywać umiejętności i silne strony podbitych ludów – w przypadku Chachapoyas np. tkactwo.

    Po ponad sześćdziesięciu latach panowania Inków na tereny te przybyli kolejni najeźdźcy. Ci nie chcieli budować imperium, nie gnała ich ciekawość świata – chcieli jednego ZŁOTA! Hiszpanie bo o nich mowa założyli dzisiejsze miasto Chachapoyas, które jest jednym z najstarszych założonych przez Hiszpanów w Peru. Ale jednocześnie ten kolejny potop przyczynił się do jeszcze większego wyniszczenia zarówno kultury jak i osiedli, miejsc pochówku, świątyń. Konkwistadorzy musieli być bardzo rozczarowani, gdyż w tym regionie i tej kulturze nie używano ani złota ani srebra. Pewnie dlatego organizowali stąd wyprawy do selwy (dżungli amazońskiej) w poszukiwaniu legendarnego złotego miasta Paititi czy inaczej Eldorado.

    Wróćmy do Kuelap. Twierdza usadowiona na trzytysięcznym szczycie pozwalała kontrolować wielki obszar. Jej powierzchnia to 6 hektarów. Otoczona murami o wysokości do 20m. Z tym, że murami obmurowano szczyt. To znaczy, że po przejściu jednego z trzech wejść wychodziło się na platformę, leżącą na szczycie murów. Wewnątrz znajdowały się kolejne mury, oddzielające osiedle niższe od położonego wyżej. W Kuelap na podstawie badań wyróżniono trzy zasadnicze części: militarną, ceremonialną i mieszkalną. Na terenie twierdzy odnaleziono 420 domostw o okrągłych murach i cztery na podstawie prostokąta (te prawdopodobnie są pochodzenia inkaskiego). Domy na podstawie koła budowane przez Chachapoyas odzwierciedlały trzy światy : sklepienie – świat bogów, część środkowa – świat żywych, i dolna – świat przodków, zmarłych. Badacze twierdzą, że okrągłe mury są wyrazem rozwoju myśli technicznej, gdyż właśnie okrągłe ściany dużo lepiej znoszą wstrząsy sejsmiczne. W podłogach domów odkryto głębokie doły, które pierwotnie służyły jako magazyny żywności, a z czasem do pochówku zmarłych. Dużo szczątków ludzkich odkryto w samych murach, stąd druga hipoteza o tym, że Kuelap nie było twierdzą, ale centrum ceremonialnym. Świadczy też o tym najważniejszy budynek, wyglądający jak odwrócony romb – prawdopodobnie świątynia. Wewnątrz znaleziono szczątki ludzkie, ceramikę inkaską, moche, huari i wiele innych oraz figurkę kobiety z muszli spondylus jaką znajdowano w wielu ważnych sanktuariach od Cerro El Plomo w Chile, przez Quoricanchę w Cusco, po Piramidy Tucume na wybrzeżu i innych.

    Inne ciekawe odkrycie to czaszki na których widoczne są ślady po trepanacjach, co świadczy o zaawansowaniu wiedzy chirurgicznej, czy miejsce składania ofiar ze zwierząt w centralnym miejscu twierdzy.

    Ilość tajemnic, a co za tym idzie hipotez na temat Kuelap jest olbrzymia i wiele czeka jeszcze na odkrycie.

    Ostatnie badania wskazują, że część zewnętrznych murów została dobudowana pod koniec istnienia Kuelap – co również zaprzecza hipotezie o twierdzy, także brak wody, którą trzeba było donosić z miejsca odległego o 600m, każe wątpić w tą hipotezę.

    Niezależnie od tego czym było Kuelap, miejsce to zachowuje swą magię do dziś, A spacer wśród porośniętych roślinnością murów co jakiś czas przykrywanych chmurami jest przeżyciem niezapomnianym. Obejrzyj galerię…

     

    30.04.2009

     

    Jestesmy w Chachapoyas a wlasciwie nie mielismy tego w planach. Decyzje zapadly w ostatniej chwili przed wyjazdem a nasza podroz w ostatnich dniach nabrala baaaaaaaaardzo szybkiego tempa (nawet troche zbyt szybkiego ;)). Z Chiclayo pojechalismy do Cajamarca i tam zamierzalismy zobaczyc w ciagu kilku dni miejsca zwiazane z ostatnim przywodca imprerium inkaskiego Atahualpa. Tam podjelismy decyzje ze kultury preinkaskie w Chachapoyas tez sa warte odwiedzenia. Nie chcac utknac na wiele dni w Cajamarca z ktorego autobusy do Chachapojas jezdza zaledwie dwa razy w tygodniu czas przeznaczony na Cajamarke musielismy skrocic do jednego dnia. Zobaczylismy wszystko co bylo w planach i prawie w biegu wsiadalimy do autobusu.

    Drogi ktorymi jezdzimy sa delikatnie mowiac nie najlepszej jakosci. Czesc drog to tzw "afirmado" co oznacza ze doga jest bez asfaltu a droga z Cajamarca do Chachapoyas to "no afirmado". Pewnie jestescie ciekawi coz to oznacza. Na wspomnianej trasie jest to przyklejona do stromego gorskiego zbocza drozka, gliniana, czasami piaskowa, czasami kamienna. Z jednej strony wysokie gory, z drugiej urwiska. Jest tak waska, ze kierowcy autobusow bardzo pilnuja rozkladaow jazdy bo moga sie minac tylko w miasteczkach, a ponadto na zakretach czesto ponad 90 stopni kierowca musi kilka razy wycofywac aby zmiescic sie i nie spasc w przepasc. Nasz kierowca kilka razy zle ocenil odleglosc i porzadnie uderzyl autobusem w skaly. Po karoserii autobusow na tej trasie widac ze sa TERENOWE ;). I nie wiem komu bardziej dziekowac ze cali dotarlismy na miejsce Bogu czy kierowcy ;). Na wszelki wypadek dziekujemy obu :). 

     

    Jadac czasami tylko na 3 kolach udalo sie w 15 godzin pokonac trase i dotrzec do Chachapoyas. Tu ......zwiedzamy w szalenczym tempie wspaniale kultury preinkaskie bo juz  w srode mamy statek do Iquitos. Iquitos tez nie bylo w planach, ale skoro tu jestesmy trudno nie pojechac do tego niezwyklego miasta. Mowia ze podroz statkiem do Iquitos to przygoda wylacznie dla zuchwalych ;). Zatem....zew PRZYGODOZERCY wola ;).

     

    Obszerne opisy  wszystkich tych niezwyklych miejsc w okolicach Cajamarca i Chachapojas juz niebawem w relacjach Jarka. Niestety chwilowo ze wzgledu na nasze tempo i nieprzewidywalne rozklady jazdy naszych srodow transportu nie umiem dokladnie zdefiniowac slowa  "niebawem".

     

     25.04.2009

     

    Szamani, futbol i Papa Polaco

     

    Na Mercado de brujos (targ czarowników) w Chiclayo trudno trafić. W końcu jednak przebiliśmy się przez stoiska z podróbkami sportowego obuwia, smażonymi świniami, rybami… Najpierw dotarły do nas zapachy ziół, a później dostrzegliśmy kolorowe stoiska z amuletami (niektóre budzily śmiech i przywoływały na myśl hasło „turysta jest kretynem"), suszonymi jaszczurkami, lekami na różne dolegliwości. Mijani sprzedawcy przedstawiali się jako szamani. Przekrwione oczy i szamański oddech niektórych, wskazywały że owszem widzą więcej niż zwykły śmiertelnik, ale najczęściej białe myszy. Najczęściej proponowano nam środki halucynogenne – słynną Ayauaskę i sproszkowany kaktus San Pedro (co na to Święty Piotr?). Ale było też kilku sympatycznych panów, którzy chętnie wyjaśniali nam przeznaczenie różnych specyfików. A robili to jeszcze chętniej, gdy usłyszeli, że jesteśmy Polakami. Papa Polaco do dziś jest naszym najlepszym ambasadorem w Ameryce Południowej i otwiera serca – nawet szamanówJ. Ale zaraz potem słyszę: „Lato, Boniek, Bucol”. Opowiadam im, że Lato teraz jest jefe polskiego futbolu. A szamani na to: „Buen jugador – buen jefe”. A no zobaczymy panie Grzegorzu… Ale najlepsze było potem. Mówię, że w moim mieście (nawet nie próbuje podawać nazwy) gra peruwiański piłkarz. A oni prawie chórem „Hernan Rengifo – LECH POZNAŃ”. Szacun panowie szamani…

     

    Wladca z Sipan

     

    Około 700 roku naszej ery w wieku około 35-40 lat umiera największy dostojnik z Sipan. Rozpoczynają się uroczystości pogrzebowe. Pan, w pięknym złotym stroju, srebrnych sandałach składany jest w drewnianym sarkofagu. Na jego piersi wisi wielki naszyjnik a w uszach znajdują się olbrzymie kolczyki. Wszystko to świadczy o jego najwyższej pozycji w społeczności. W ustach ma złotą monetę aby zapłacić za przejście do raju. Wraz z nim pochowana zostaje jego żona oraz trzy inne kobiety. Do raju odprowadzać go będą jego strażnicy, którym na wszelki wypadek obcina się stopy aby nie próbowali uciekać kiedy już wszyscy znajdą się w innym, lepszym życiu. W grobowcu składane są lamy i naczynia pełne pożywienia.  

     

    Jedno z największych odkryć ostatnich lat i jedna z największych atrakcji okolic Chiclayo to grób władcy z Sipan.  W zasadzie odnaleziony został przez rabusiów ale policji udało się dotrzeć na miejsce znaleziska zanim jeszcze wszystkie szczątki i skarby zostały wywiezione. Choć część trzeba było sprowadzić z powrotem już z Nowego Jorku. Rabusie nie splądrowali wszystkiego również z tego powodu, e piramida z grobowcami ma kilka poziomów. Kolejni dostojnicy chowani byli ponad swymi przodkami. I rzeczywiście, analizy potwierdziły pokrewieństwo Władcy z Sipan, ze znalezionym dużo niżej Starym Władcą z Sipan. Co ciekawe szczątki tego drugiego zachowały się w dużo lepszym stanie, mimo, że są o kilkaset lat starsze od potomka.

    Znaleziska dokonano bardzo późno bo w roku 1987 a pozłacany grób władcy z Sipan dostarczył wiele danych na temat kultury Mochica. Okazało się, że każda z dolin wzdłuż siedemsetkilometrowego pasa wybrzeża zajmowanego przez lud Moche miała swojego przywódcę. Historia tych miejsc nie została nigdzie opisana ale wiele tajemniczych i pięknych przedmiotów  opowiada o tych pradawnych czasach

    Władca z Sipan nie jest na tych terenach niczym wyjątkowym. Archeologowie spodziewają się, że grobowców może być więcej i wciąż kontynuują poszukiwania, tym bardziej, że w chwili obecnej więcej jest znaków zapytania niż jednoznacznych odpowiedzi na nie. Jeśli groby nie zostały jeszcze rozkradzione prze rabusiów którzy w Peru są plagą, z czasem ich tajemnice ujrzą światło dzienne.

     

    Zobacz tez pierwsze dni w Peru oczami Izy

    http://www.goryonline.com/blogwpis-2134

     

    24.04.2009

     

    Dzis relacja Izy ktora zaklinala sie, ze wiecej o Ekwadorze pisac nie bedzie ;).

    Miałam już o Ekwadorze nie pisać ale musze złamać obietnicę.

    Ostatnio takie przygody na granicy miałam wracając z Pamiru kiedy Rosjanie zakwestionowali nasza wizę i zatrzymali w czymś na kształt „aresztu”. Dopiero po interwencji ambasady Polskiej zostaliśmy deportowani do kraju. Tu szcześliwie deportacji nie było ale…….

     

    Wszystko zaczęło się około 400 kilometrów od granicy w przepięknej, kolonialnej mieścinie Cuenka. Są w zasadzie dwie drogi, którymi przekracza się granice ekwadorsko-peruwianską i my chcieliśmy skorzystać z tej, wydawałoby się na mapie, najprostszej. Z Guayaquil lub Machala do Tumbes po stronie peruwiańskiej. Wszyscy napotkani turyści, backpackerzy, podróżnicy,  którzy przekraczali granice w tym miejscu jak też życzliwe nam osoby z Cuenki sugerują, aby tego nie robić. To podobno bardzo ryzykowne rozwiązanie choć uważać trzeba w całej strefie przygranicznej.  Sugerują nam wybór drugiej drogi: Loja w Ekwadorze i dalej autobusem bezpośrednio do Piura już w Peru. To wydaje się dobre rozwiązanie dopóki nie zaglądamy na fora internetowe i tym razem okazuje się, że Piura jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miast w Peru. Hasła „nie ufaj nikomu” i mrożące krew w żyłach opowieści o zdarzeniach w Piura nieco studzą nasz zapal. Postanawiamy zostać przy opcji nr 2 z tą różnicą że  po przekroczeniu granicy nie dojedziemy do Piura ale wysiądziemy przed nim, w mieście Sullana.

     

    I w chwili podjęcia tej decyzji zaczyna się przygoda.

    Łapiemy autobus do Loja. Nie jest to zbyt skomplikowane bo autobusy jeżdżą co godzinę w tym kierunku. Podróż krętymi drogami wijącymi się wśród andyjskich szczytów trwać ma 5 h  i pewnie tyle by trwała gdyby nie fakt że po pierwszych 2 h autobus zaczyna  charczeć,  kaszleć aż w końcu się zatrzymuje. Kierowca i jego cień (w każdym autobusie oprócz kierowcy jest gość który, sprzedaje bilety albo sprawdza te kupione na terminalu, obsługuje TV, bagażnik i jak się później okazało tez silnik) wysiadają i znikają pod wielkim podwoziem autobusu.  Znikają tam na 30 min a później na godzinę. Pasażerowie coraz bardziej zniecierpliwieni wysiadają z autobusu po czym znowu wsiadają i to tylko dlatego że zaczyna się ulewa. Po kolejnej godzinie podjeżdża inny autobus i większość nagle liczących się z czasem Ekwadorczyków wsiada do niego. Kierowca sugeruje nam abyśmy również do niego wsiedli. Wsiadamy.

    Siadam obok sympatycznego młodego Ekwadorczyka którego miejsce  z czasem zajmuje mniej sympatyczna, Ekwadorka o obfitych kształtach i zapachu dymu z ogniska. W autobusie jest koszmarny tłok, bo w jednej małej i szczerze mówiąc pewnie też niezbyt sprawnej skorupce są pasażerowie dwóch transportów. W dodatku Ekwadorczycy mają niezwykłą potrzebę przytulania się. Może ze względu na chłodny, andyjski klimat hołdują zasadzie, że w grupie cieplej i raźniej. Jak Ekwadorczyk wsiada do autobusu, w którym jesteś jedynym pasażerem to jest olbrzymie prawdopodobieństwo, że usiądzie właśnie obok ciebie.  Wyobraź sobie zatem co się dzieje kiedy jest tłok. Ekwadorczyk stojąc obok Ciebie będzie przysiadał ci na ramieniu a nawet na kolanie jeśli się da.

    Właśnie w takiej bardzo „gorącej” atmosferze docieramy do Loja. Nie w pięć godzin jak zakładał nasz plan ale w 9. Oczywiście nie ma mowy o tym aby jeszcze tego dnia przekraczać granice. Od 3 miesięcy doskonale wiemy że nocą w Ameryce Południowej budzą się wszystkie „demony” i lepiej nie być na ulicy kiedy się nią wałęsają.

     

    Znajdujemy hotel w okolicach dworca i kupujemy bilety do Sullany na 6 rano.

    Budzik, prysznic, sucha bułka z jogurtem i już jesteśmy w autobusie. Wstaje dzień, a ja cieszę się że zmierzamy do Peru. Nowy kraj, nowe wyzwania, nowe przygody. Znowu kręte wąskie drogi wśród andyjskich szczytów. Myślami jestem już  w Peru. Niesłusznie, bo po około 2 godzinach drogi autobus  zaczyna  charczeć, kaszleć aż w końcu się zatrzymuje. Deja vu, myślę i słyszę Jarka syk „to niemożliwe, statystycznie to niemożliwe, to nie może się stać drugi raz”. Jarek próbuje się jeszcze odwoływać do faktu, że to autobus linii międzynarodowych. A jednak. Logika, statystyka i wszelkie tego typu pojęcia  trzymają się widać od Ekwadoru z daleka.

     

    Kierowca i jego cień znowu znikają pod podwoziem autobusu,  a większość pasażerów którzy nie zamierzają przekraczać granicy łapią mniejsze autobusy i kamionety. Liczymy na cud. Choć kiedy patrzę na ilość śmieci przy drodze a w szczególności butelek po piwie stawiam tezę że autobusy psuja się na tyle często, że podróżni zmuszeni są do biwakowania przy drogach ;). Widoki na cud są kiepskie bo kolejny autobus do Piury wyruszy z Loja dopiero o 24.00. Mamy wiec sporo czasu na biwak.

    Kierowca wpada jednak na inne genialne rozwiązanie i proponuje abyśmy pojechali do Macara do przejścia granicznego innym autobusem i już w Peru złapali transport do Sullany. Tak tez robimy.

    Podjeżdża autobus, który zatrzymuje się na zmianę koła. Jakoś nie robi to już na mnie wrażenia, nawet kiedy widzę zupełnie „łysą” oponę. Wsiadamy do niego i powoli udajemy się na granice. Powoli bo często zatrzymujemy się tam gdzie droga się zawaliła i jest objazd, albo została zasypana przez kamienie albo piach który zerwał się  z urwiska. Nie narzekam na czas podroży, za każdym razem cieszę się kamienie posypały się wcześniej, a nie w trakcie naszego przejazdu, że droga zarwała się  w minionym tygodniu a nie pod nami. Takie małe podróżnicze radości ;).

     

    Mocno spóźnieni docieramy do Macara i tam dowiadujemy się, że owszem możemy przekroczyć granice ale po stronie peruwiańskiej nie kursują żadne autobusy. Jedyna opcja to  kamioneta, która z jedyne 3$ zawiezie nas do Sullany. Jedni mówią, że to bardzo powszechne rozwiązanie, inni, ostrzegają, że bardzo niebezpieczne wiec lepiej zaczekać na ekwadorski autobus niż liczyć na uczciwość kierowcy kamionety. Robi się ciemno a  z pewnością nie chcemy stać na drodze budzących się demonów i decydujemy się zaczekać na kolejny autobus. Sporo czekania bo aż 16 h.  Niezbyt uprzejma ale pomocna pani z obsługi terminala podpowiada że autobus konkurencyjnej firmy wyjeżdża o 12 godzin wcześniej wiec chyba lepiej abyśmy pojechali z konkurencją.

    I chyba ma racje ;).

    Znajdujemy terminal korporacji Transportes Loja  i czekamy zaledwie 4.  Wreszcie przyjeżdża. Pakujemy nasze bagaże. Ktoś nas wysyła na przejście graniczne  po pieczątki wyjazdowe i wjazdowe. Nie bardzo ufam ani kierowcy, ani jego pomocnikowi ani nikomu, jak sugerują przewodniki ;). Poznajemy przemiłych Australijczyków którzy z nami dzielą ten niepewny los, wiec ostatecznie kamionetą w większej grupie udajemy się na przejście graniczne. Strona ekwadorska-pieczątka, kilka kroków dalej peruwiańska - tu wiedzą przynajmniej gdzie jest Polska, uśmiechają się, żartują i wszyscy powtarzają  „Papa Polaco”.   Jeszcze tylko akceptacja policji i już podjeżdża nasz autobus. Wsiadamy choć nie jestem pewna czy nasze bagaże nadal są z nami. Nadarza się okazja aby to zweryfikować. Są! Jaka ulga! Jesteśmy już w Peru. Kiedy mijamy nocą puste kamionety  w lesie z pootwieranymi drzwiami wiem ze wybór autobusu to była słuszna decyzja. Słyszę jeszcze tylko rozmowy Australijczyków z Peruwiańczykiem który rekomenduje miejsca warte odwiedzenia. Przez chwile myślę, że się przesłyszałam bo nie mogę uwierzyć, że chłopcy  wybrali się właśnie z Australii do kolebki jednej z najstarszych cywilizacji na świecie tylko po to aby  …………posurfować  ;). Im więcej pada historycznych a dla Australijczyków niezrozumiałych nazw tym bardziej mam pewność że chłopcy opuścili te lekcje historii w szkole a kiedy odwracam się aby sprawdzić czy nie potrzebują pomocy widzę że czoła maja coraz bardziej zmarszczone tak jakby w głowie kołatała się im jedna myśl „nie ufaj nikomu” ;)

     

    Chłopcy zostają w ogniu turystycznych propozycji Peruwiańczyka a ja zastanawiam się jakie będzie Peru. Jakie czekają nas tu przygody? Jacy będą ludzie – okażą się potomkami Inków czy niestety raczej Pizarra? Z tymi myślami zasypiam.  

     

  • Informacje o miejscu
  • Przygotowanie - formalności
  • Koszty
  • Dojazd
  • Noclegi
  • Co jeść
  • Pamiątki
  • Warto wiedzieć
  • Atrakcje
  • Ważne kontakty


  • Sponsorzy
  • Patronat medialny
  • Podziękowania
 
Komentarze do wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
 
Przysłany: 2011-05-18 05:40:46Skomentuj ten komentarz...
To znowu ja, pisze jakby ktos chcial odpowiedziec, ze juz wiem, ze Air France przewozi zwierzeta do chile. swoja droga tez myslalam o tych deklaracjach, bo tez j wypelnialam przy wjezdzie ostatnm razem, ale potem ja zgubilam, znaczy ta kartke, co niby trzeba miec przy sobie, wiec w drodze powrotnej oni mi dali nowa na lotnisku i po prostu musialam znowu wypelnic, niewazne ze zgubilam ta pierwsza. a na wyspieo korej pisalam to lepsze byly pingwiny niz delfiny. a z tego co piszecie, to widze ze chyba przekraczajac granice autobsem czy amochodem, jest tudniej niz samolotem.
Napisał: as (jokonanna@gmail.com)
Przysłany: 2011-05-17 15:39:25Skomentuj ten komentarz...
Też bylam w Chile, wielorybow nie widzialam, ale delfiny tak. blisko Isla de damas. Wyprawa kutrem rybackim to fantystyczna przygoda. Moze tez zaloze blog. Weszlam tutaj jednak bo szukam informacji na temat przewozu zwierzat do Ameryki poludniowej, moze ktos orientuje sie? moze ktos byl tam juz ze swoim kotem lub psem?Nie jade tam juz dla zwiedzania, tylko najprawdopodobniej bede sie przeprowadzac, a bez kota napewno nie pojade.
Napisał: as (jokonanna@gmail.com)
Przysłany: 2010-01-16 11:47:33Skomentuj ten komentarz...
Też bym wrzeszczała ;). Testosteron kipi w tym kurzu......a może to estrogeny ;).
Napisał: Isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2010-01-14 15:21:48Skomentuj ten komentarz...
Cudowna idea, świetny materiał, fantastyczne zdjęcia. Ucałujcie proszę Claudie i Flavie.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2010-01-07 08:12:13Skomentuj ten komentarz...
Wyślijcie proszę do mnie takiego wielkiego ptaka abym mogłą znowu poszybować w niebo i polecieć w świat. Piękne lodowce, one zawsze mnie zachwycają.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-27 21:41:26Skomentuj ten komentarz...
„Może nawet do Patagonii…” mówił Janek Pradera z „Siekierezady” :))))))))))))))))))))) a ty sie mi mlody coraz bardziej podobasz!
Napisał: maugoska&tomek (maugoska@gmail.com)
Przysłany: 2009-12-23 17:56:48Skomentuj ten komentarz...
Najpierw deszcz, potem deszcz ze sniegiem a pozniej tecza:))) buziaki dla Ciebie Izula
Napisał: jaruch (jarek@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-23 17:53:55Skomentuj ten komentarz...
No wydawalo mi sie zbyt patetycznie wiec dorzucilem troche laciny:))
Napisał: jaruch (jarek@odkryte.pl)
Dodaj nowy komentarz...
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  Magazyn Turystyki Górskiej  
  Magazyn górski  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  www.wyprawy.onet.pl  
  Globtroter  
  Serwis wspinaczki mikstowej  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  www.e-gory.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Poznański Klub Podróżnika  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Chodzieskie Radio Internetowe  
  planynawakacje.pl