Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
    Poprzednie wyprawy
  « lista wypraw
Tytuł wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
Data wyprawy: 2009-01-29
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Wenezuela, Kolumbia, Ekwador, Peru,Boliwia, Chile, Argentyna, Brazylia,
Miejsce docelowe: Wenezuela, Ekwador, Columbia, Peru
Atrakcja: trekking, wspinaczka, dżungla, podróżowanie, nurkowanie
Kategoria: wspinaczka, trekking, podróż
Autor wyprawy:
Sapuła Iza

e-mail: iza@odkryte.pl

Ambitna, seksowna, z radością dziecka w sercu!

Sapuła Iza,  
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Mapa wyprawy: pokaż mapę wyprawy »
 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
Etapy wyprawy:
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Termin

    Do Boliwii wjechalismy 14 lipca 2009 a wyjechaliśmy 1 września 2009.

  • Z notatnika podróżnika

    01.09.2009

     

    Kilka slów prawdy o wyprawie a wulkan Parinacota.

    Tak na prawde nie mialam ochoty wyjezdzac na ta góre. Mialo byc spokojnie i mielismy miec duzo czasu. Jarek od wielu lat cierpi na astme a przebywanie na duzych wysokosciach niesie ze soba powazne skutki. Mimo to Jarek zyje aktywnie i na kazdym kroku stara sie przezwyciezac chorobe. To Jarek namówil mnie na Parinacote i choc sama nie wiem dlaczego sie zgodzilam musze przyznac, ze góra jest piekna. Zdobycie tej góry w sierpniu kiedy do wysokosci 5900 musisz wchodzic zapadajac sie w glebokim wulkanicznym pyle a dalej musisz przedzierac sie przez twarde penitenty jest dla zdrowej osoby ogromnym wyzwaniem. Dotarcie do wysokosci 6100 mnpm jest dla astmatyka niemozliwe. Jarek dotarl na wysokosc 6100 mnpm mimo astmy. Na kazdym kroku Jarkowi udaje sie robic to co dla wiekszosci z nas jest niemozliwe. Gratulacje Jarek!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

     

     

    31.08.2009

     

    Parinacota Express

     

                                     

     

    Na nasz ulubiony koniec świata, czyli do Parku Narodowego Sajama chcieliśmy ponownie pojechać już od początku naszego pobytu w Boliwii. Choć byliśmy tu dwa lata temu, kiedy zdobywaliśmy wulkan Sajama (patrz relacja i galeria „Za Bramą Słońca – Boliwia 2007”). Miejsce to oczarowuje widokiem księżycowego surowego Altiplano, nad którym dominują potężne wulkany. W środku tego nieprzyjaznego pustkowia, zagubiona wśród wulkanicznego pyłu, suchych traw i pasących się stad lam, leży maleńka wioska Sajama. Czas jakby się zatrzymał – zmieniło się to, że przybyły dwie lampy uliczne. Mimo to w nocy w wiosce jest tak ciemno, że spacer grozi nadepnięciem na śpiącego psaJ

    Skoro już przyjechaliśmy – postanowiliśmy zdobyć Parinacotę, jeden z dwóch bliźniaczych wulkanów na granicy z Chile. Parinacota 6342m przykuwa wzrok pięknym regularnym kształtem i ogromnym kraterem widocznym nawet z dużej odległości.

    W wiosce powiedziano nam, że jednego muła nie opłaca im się wynajmować na tak odległą drogę (do obozu bazowego pod Parinacotą i Pomerape jest 26km). Jedynie auto terenowe wchodzi w grę (we wiosce są całe dwa i jeden busik jeżdżący do odległej o 4 godziny Patacamaya). Dla nas to żadne rozwiązanie, bo dowiezienie nas pod wulkany i odebranie to ogromne pieniądze. Po negocjacjach, kierowca wpada na szalony pomysł. Mamy pojechać około północy do bazy, gdzie on zaczeka na nas w samochodzie nie wracając do wioski, a my wyruszymy około pierwszej z pominięciem campo alto na szczyt. To 1600m przewyższenia, droga w większości w nocy, a my jesteśmy sami bez przewodników czy innych osób znających drogę. Pomysł szalony – to co robi się w trzy dni mamy zrobić w jedną noc. Idziemy. Po północy wyjeżdżamy z wioski z pewnym opóźnieniem, gdyż w tych temperaturach akumulator odmawia posłuszeństwa. W bazie jesteśmy po pierwszej i około drugiej ruszamy w długą drogę. To góra rzadko odwiedzana, nie ma nikogo. Księżyc schował się za wulkany jest zupełnie ciemno. Po początkowym kluczeniu, odnajdujemy drogę. Mijamy miejsce, w którym jak się domyślamy zakłada się campo alto. Powoli zygzakami wspinamy się na stok Parinacoty, za nami majaczy czarna sylwetka Pomerape. Mijają godziny o świcie na wschodzie pojawia się potężna Sajama. Słońce jeszcze długo nie może się zza niej wychylić. Wreszcie pojawia się prawie idealnie na szczycie wulkanu. A my uradowani stajemy na granicy śniegu, który o tej porze roku leży tylko bardzo wysoko (około 5900m). To radość przedwczesna. W sierpniu pola śnieżne pod szczytem to jedno wielkie pole penitentów. To czyni z podejścia prawdziwe piekło. Wydawało się, że do szczytu pozostała godzina, okazało się, że trzyJ Penitenty czyli śniegi pokutne nazwane tak przez Hiszpanów gdyż z daleka przypominały klęczących pokutników, czynią z podejścia prawdziwą mękę. Moje oskrzela pozwalają na osiągnięcie w tych warunkach wysokości 6100m. Iza wchodzi na szczyt zwieńczony ogromnym kraterem, również wypełnionym penitentami. Tym samym zdobywa swój trzeci sześciotysięcznik w ciągu miesiącaJ A później galop do bazy. Z bazy do wioski. Zupa. O czwartej trzydzieści w nocy jedynym busikiem, który swój odjazd reklamuje klaksonem w ciemnościach, ruszamy do Patacamaya. W ośmioosobowym aucie w 21 osób, plus towar na targ w Patacamaya.

     

                                         

     

     

    22.08.2009

     

    Cerro Rico – „Bogata Góra” jak nazwali ja Hiszpanie stała się błogosławieństwem ale i przekleństwem dla ludzi mieszkających na pobliskich terenach. Kiedy w 1545 na te surowe tereny przybyli konkwistadorzy gnani żądzą zdobycia większej ilości złota, odkryli ogromne złoża srebra. To spowodowało gwałtowny rozwój miasta, które w krótkim czasie stało się najbogatszym i najbardziej rozwiniętym miastem Nowego Świata. Przemysł górniczy sprzyjał rozwojowi miasta. Budowano przepiękne rezydencje, pałace kościoły. Niestety sprzyjał też potwornemu wyzyskowi Indian. Hiszpanie do pracy w nieludzkich warunkach wykorzystywali miejscową ludność. W labiryntach korytarzy Cerro Rico życie straciły setki tysięcy Indian. Wkrótce zaczęło brakować rąk do pracy, więc Hiszpanie sprowadzili czarnoskórych niewolników. Jednak ci umierali jeszcze szybciej nieprzystosowani do życia na wysokości ponad 4000 m i niskich temperatur. Niektórzy badacze twierdzą, że w przeciągu wieków w kopalniach Potosi i przy obróbce srebra, życie mogło stracić nawet do 8 milionów ludzi.

    W XIX wieku złoża srebra uznano za wyczerpane, a Potosi szybko straciło swoje znaczenie i zaczęło podupadać. Dziś jest tylko cieniem miasta z lat swej świetności. Do dziś górnicy wydobywają srebro, choć rzeczywiście najbogatszych złóż już nie ma. Kruszą skałę i później przerabiane jest to na piasek z zawartością srebra. Ten półprodukt Boliwia sprzedaje za grosze za granicę, gdyż nie ma technologii, dla pozyskiwania czystego srebra z tego piasku. Warunki pracy nadal są bardzo prymitywne, z tą różnica, że dziś oprócz narzędzi ręcznych używa się dynamitu. Co ciekawe w Potosi może go kupić każdy, nawet dziecko, a sprzedają go na straganach na ulicy. Obok dynamitu bardzo chodliwym towarem jest 96 procentowy alkohol, częściowo przeznaczony dla Pachamamy, a częściowo wypijany przez górników. I oczywiście liście koki, którą żują tu wszyscy, a która dzięki składowi chemicznemu pomaga przetrwać w potwornie trudnych warunkach. Sprawdziliśmy to sami – warunki są straszne: korytarze w których poruszać się trzeba na czworakach, wszechobecny pył i temperatura do 50 stopni…

     

     

     

    17.08.2008

    A po powrocie z Ancohumy, Iza rozmyśla już o wulkanie Parinacota:) A ja przeszkadzam;). Obejrzyj zdjęcia z Ancohumy w galerii i przeczytaj relacje Izy  http://www.goryonline.com/blogwpis-2491 

     

     

    16.08.2009

     

    Sms od Izy: "To zaje... duża, zaje... trudna i zaje... fajna góra. Nie da się wejść na główny szczyt ale "pobawilismy się na szczytach sąsiednich". W życiu nie widziałam tak popękanego lodowca, a chodzenie po nim to jak błądzenie w labiryncie, bo czasem szczeliny i penitenty były tak wielkie, że trzeba było schodzić na ich dno i dalej wspinac się na drugą stronę. Namiot rozbilismy na lodowcu na małej platformie miedzy dwoma szczelinami. Trzeszczały w nocy tak, że nie dało się spać ze strachu ;). To prawdziwa górska jazda:) Dopiero wracamy."

     

    Fotogaleria Izy pt. Spieszcie się do Boliwii, znajduje sie dziś na głownej stronie onet.pl:)

     

     

    14.08.2009

     

    Masyw Ancohumy i Illampu stanowi zwieńczenie Cordillera Real na północy, od południa zamyka go szczyt Illimani, którego sylwetka należy do najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Hiszpanie kiedy po raz pierwszy zobaczyli rozciągający się na 160 kilometrów łańcuch ośnieżonych szczytów wznoszący się majestatycznie nad jeziorem Titicaca – nazwali go Cordillera Real – Kordyliera Królewska, mówiono też o nim Himalaje Nowego Świata. Ancohuma 6427m npm trzeci co do wysokości szczyt Boliwii jest z pewnością jednym z największych klejnotów Cordillera Real. Indianie Aymara wierzyli, że to sami bogowie wznieśli ten ogromny mur sięgający do samego nieba by nie niepokoili ich śmiertelnicy. Masyw Ancohumy górujący nad jeziorem Titicaca stanowi imponujący widok (patrz galeria wyprawy Za Bramą Słońca – Boliwia 2007).

    Od kilku dni z Ankohumą zmaga się dzielnie Iza. Z informacji jakie posiadam, z miejsca z którego można jeszcze było coś przesłać, wiem, że potrwa to dłużej niż na początku planowaliśmy. A to z tego powodu, że nie ma obecnie na górze żadnych wypraw i trzeba szukać drogi na lodowcu. Wg wyliczeń dziś powinna dotrzeć do Campo Alto.

     

    A co w La Paz? A no pies-sąsiad przebiera się każdego dnia. Wczoraj w szkocką kratę, przedwczoraj w mundur szturmowy z operacji „Pustynna Burza”. Wygląda prawie jak twardziel gdyby nie to, że leży na różowej podusi. Mam wrażenie, że mieszkańcy La Paz częściej przebierają swe psy niż samych siebie (przynajmniej niektórzy). Obok psa elegancka pani Indianka w kapeluszu i spódnicy tak błyszczącej i obszernej jak kula w dyskotece, sprzedaje na straganie mięso. Czasem rozróżniam świńskie nóżki, czy drobniejsze żeberka i kości lamy. Czasem pani drobi w łapkach kawałki mięsa z wielkim namaszczeniem. Czasem nie widzę co robi, za to czuję co się z mięsem robi i przebiegam obok straganu szybko. Raz po raz widuje na ulicy wspinaczy obrabowanych i pobitych w bazie pod Illimani. Zastanawia mnie bezsensowna agresja złodziei. Zabrali im wszystko, ale po co ich tak pobili? Kradzieże i napady na turystów to niestety coraz częstsze przypadki w Boliwii (bez paniki oczywiście, ale ostrożności nigdy za wiele). W ogóle ludzie zajmujący się turystyką mówią, że w ostatnich latach liczba turystów spadła dramatycznie, choć na ulicach La Paz tego nie widać. To za prezydentury Moralesa – mówią. Rzeczywiście od kilku osób słyszałem, że bezpieczeństwo znacznie pogorszyło się. No cóż, prezydent Morales nie ma czasu. Zajmuje się budowaniem socjalizmu w Ameryce Południowej razem ze swoim najlepszym kolegą Hugo Chavezem. Ale gdy spytasz: to dobry prezydent? Usłyszysz: dobry. Dlaczego? Bo dzięki niemu jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy Boliwijczykami. To znaczy z czego? No, że jesteśmy Boliwijczykami! Nie wiem, ale mi to trochę śmierdzi propagandą. Evo Morales obiecał poprawę w dostępie do służby zdrowia, ale to niestety nadal kuleje. Choć rzeczywiście poprawiło się jeśli chodzi edukację – znacznie spadła ilość analfabetów. Tu znowu jest jednak „ale”. Jak mówi pewna profesorka hiszpańskiego: z tych ludzi, którzy oficjalnie potrafią pisać i czytać tak naprawdę tylko 30 procent sprawnie posługuje się językiem. Reszta rozpoznaje litery. Ciekawe co będzie dalej, Boliwia to naprawdę piękny kraj, nadal biedny, ale już nie tani. Coraz częściej z łatką najbardziej niebezpiecznego i nieprzyjaznego dla turystów w całych Andach (i nie jest to moja opinia, a spotkanych ludzi podróżujących po Ameryce oraz Boliwijczyków zajmujących się turystyką). Jednak bogactwo kulturowe tego kraju, piękno i niesamowita różnorodność środowiska naturalnego – nie mogą przegrać z wątpliwościami…

     

     

     

    05.08.2009

     

    Illimani zdobyty.

                                            

    Trzeciego sierpnia o godzinie 7.30 Iza zdobyła górę – symbol Boliwii – Illimani. Na Pico Sur (6462m) – najwyższym z pięciu wierzchołków, stanęła po sześciu godzinach wspinaczki z Campo Alto (5400m). Zobacz zdjęcia w galerii i przeczytaj relacje Izy http://www.goryonline.com/blogwpis-2489 

     

                                             

     

     

    26.07.2009

     

    Iza wciaz chora i troche sie rozpisala ;). Ponizej jej relacja z pierwszych dni w Boliwii.

     

    Spieszcie się do Boliwii

     

    Wjeżdżamy do La Paz, najwyżej położonej stolicy świata. To nasza druga wizyta w tym kraju. Czyje się tu już prawie jak w domu. Znajome ulice, znajomy zapach, znajomy widok surowych i zniszczonych wiatrem twarzy.

    W pierwszej lokalnej kafejce zamawiamy herbatę. Jest ponuro jak we wszystkich tego typu miejscach i czuje zapach słodkiej, gotowanej marchwi. Zbliża się pora obiadu która tłumaczy ten zapach. Czekam aż zaparzą się liście koki i przyglądam się sąsiadowi który siedzi obok przy nakrytym niezbyt czystym obrusem w kratkę stoliku. Pociąga nosem i pociera ręką czerwoną od zimna twarz. Uśmiecham się do niego a on choć odwzajemnia uśmiech natychmiast odwraca wzrok.  Miesza łyżeczką swoją kawę, oblizuje ją po czym pakuje do cukiernicy i wsypuje do kawy 3 czubate łyżki cukru.

    Spoglądam na cukiernice przy naszym stoliku i już wiem że słodzenie oblizaną wcześniej łyżeczką to lokalny zwyczaj. W cukiernicy nie ma osobnej łyżeczki a ja rezygnuje z cukru. W końcu jest niezdrowy ;).

     

    Jest zimno, ale to 3800 mnpm więc trudno oczekiwać przyjaznego klimatu.

     

    W hostalach tłok, brak wolnych miejsc więc zostajemy w hotelu w którym mieszkaliśmy 2 lata wcześniej. Moje zdjęcie zostawione wtedy w recepcji pozwala nam uzyskać lepszą cenę. Kolejnego poranka mam wrażenie że czas się zatrzymał. Pracownik hotelu o wyglądzie brazylijskiego zarządcy majątku z wyraźnym przedziałkiem na środku głowy i wywiniętymi po obu stronach lokami podaje nam śniadanie. Co za niespodzianka ;). Sucha bułka i tost, dżem o niezidentyfikowanym smaku, słona margaryna i kawa z mlekiem o smaku chloru. Zestaw śniadaniowy o nazwie „desayuno continental” jest dokładnie taki sam jak dwa lata wcześniej a „zarządca” podając śniadanie ma dokładnie taką samą niezadowoloną i nadąsaną minę.

     

    Wydaje się, że nic się nie zmieniło. Może tylko hotel jest bardziej zniszczony. Idziemy na Mercado de Brujas.  Czarownice nadal sprzedają „szczęście” zapakowane w małe pudełka a jeśli nie chcesz go kupić to próbują namówić Cię na „pudros para amores” albo inne afrodyzjaki. Nadal suszone płody lam gwarantują szczęście w nowym domu, żaba fortunę a ryba długie życie. Symbole są niezmienne jak  niezmienna jest ospałość w porze lunchu i woreczki foliowe z których Boliwijczycy jedzą nawet zupę. 

    Mimo wielu miesięcy w Ameryce Południowej zdarza się nam zapomnieć o sjeście. Szczególnie jeśli temperatura otoczenia nie rozleniwia a w La Paz nawet w słońcu nie ma szans na gorące lenistwo.

    Ulice centrum pełne są turystycznych sklepików i……………. turystów, którzy nie wiedzą o porze lunchu  „odbijają” się od zabarykadowanych miotłami wejść do sklepów. Jedynie sprzedawcy  na ulicach proponują Ci absolutnie „oryginalne i niepowtarzalne” skamieliny albo pop corn. Kierowcy samochodów zamiast hamować w krytycznych momentach naciskają klakson a  pomocnicy kierowców busa wrzeszczą nazwę dzielnicy do której jedzie bus. Zatrzymasz go na rondzie, pasach czy w  jakimkolwiek innym miejscu w jakim machniesz na niego ręką.

     

    Z sentymentem myślę o takiej Boliwii, bo właśnie taką zobaczyłam ją pierwszy raz. Surową ale pełną magii, z pozoru pełną dystansu ale w gruncie rzeczy bardzo przyjazną. 

     

    Trzeba jednak przyznać, że dwa lata od czasu naszej ostatniej wyprawy do Boliwii wiele zmieniły.

    Ostatnia nasza wizyta była w czasie „miesiąca miodowego” Evo Moralesa. Krótko po wyborach każdy mur, plakat, billboard krzyczał „kochamy Cię Evo”, „dziękujemy Ci Boże za Prezydenta Evo”, „Prezydent Evo blisko ludzi”. „Miesiąc miodowy” trwał dłużej niż można by się tego spodziewać ale dziś mury powtarzają zupełnie inną „modlitwę”- „Evo dotrzymaj obietnic”, „nie chcemy  w kraju złodziei” itp.

    I tak w 80% biedne społeczeństwo staje się coraz biedniejsze. W Corico które nie widzieć czemu ma opinię turystycznej stolicy Boliwii jest zaledwie kilka restauracji z czego zwykle otwarta jest jedna bądź dwie. Jeśli trafisz już do otwartej knajpy to jest bardzo prawdopodobne że nie dostaniesz tego co masz ochotę zamówić. Dlatego dla świętego spokoju zapytaj lepiej na początku co jest dostępne.

    Coraz więcej turystów i coraz bardziej zapchane hotele, coraz wyższe ceny i coraz mniejszy wybór, coraz większa frustracja Boliwijczyków i coraz mniejsze umiejętności zadbania o własny interes.

     

    Zastanawiam się jak długo jeszcze Boliwijczycy wytrzymają frustracje i jak długo Boliwia będzie najbardziej tradycyjnym i magicznym krajem Ameryki Południowej. Nie czekajcie aż się przekonam. Spieszcie się do Boliwii!!! 

     

     

     

     

    21.07.2009

    Przeczytaj relacje Izy z drogi do Boliwii

    Directo do Copacabany

     

    Czas mija nieubłaganie i choć byłam pewna że 3 miesiące na pobyt w Peru to zdecydowanie za dużo, myliłam się. Konieczność podjęcia decyzji o wyjeździe z Peru zastała nas w Cusco zanim jeszcze zdążyliśmy pojechać do Arequipy i Puno. Podejmujemy zatem decyzje o wyjeździe do Boliwii na pewien czas po to aby ponownie nabyć prawo do bezwizowego pobytu w Peru.

    Cusco to tak bardzo turystyczne miasto, że bilet do Boliwii, Argentyny i gdziekolwiek tylko zechcesz można kupić prawie że na każdym z rogów placu Plaza de Armas. Sprawdzamy oferty i rozważamy wyjazd do La Paz ale bardziej kusi nas Copacabana, która leży prawie przy granicy z Peru na jeziorem Titicaca. To jedna z tych miejscowości w których można „utknąć” na wiele lat jeśli nie jest się wystarczająco czujnym a jej klimat zauroczył nas już dwa lata temu.

    Wiedząc, że agencje turystyczne żyją z tego, że turyści „nie wiedzą i nie mają czasu” idziemy na terminal terrestre sprawdzić ceny biletów i możliwość dojazdu do Copacabany. Zanim jeszcze wchodzimy na terminal dopada nas zgraja „naganiczy”. Mimo kilku miesięcy w Ameryce Południowe wciąż wyglądamy na obcokrajowców (chyba na szczęście ;)) więc najczęściej proponowana nam destynacja to Lima i Arequipa. Udaje nam się jednak znaleźć dwa stanowiska oferujące przejazdy międzynarodowe, głównie do La Paz. Przedstawiciele agencji są niezwykle aktywni, pokazują zdjęcia autobusu, siedzenia i sami zachęcają do negocjacji ceny. Zanim Jarek podejmuje ostre negocjacje pyta:

    - „autobus jedzie do Copacabany bezpośrednio”

    - „si, si. Autobus zatrzymuje się jedynie na granicy w celu załatwienia wszystkich formalności a kolejny postój to Copacabana” – odpowiada przedstawiciel biura

    - „i to jest semi cama (autobus półsypialny)?” upewnia się Jarek

    - „ Amigo, dla Ciebie będzie cama (wygodny autobus sypialny)” – odpowiada Peruwiańczyk

     

    Patrzę na Jarka i uśmiechamy się do siebie, bo pewnie gdybym zapytała czy będzie tam dla mnie wodne łóżko to też zapewniłby mnie, że będzie ;).  Drobne kłamstewka bawią mnie i czasami nawet przekomarzam się z miejscowymi, więc nierealna obietnica wygodnej, sypialnej „camy” sprawia, z jedynie uśmiecham się pod nosem. 

    Standard autobusów „półsypialnych” jest wystarczający a powiedziałabym nawet że wyjątkowo luxusowy w porównaniu z ekonomicznymi rozwiązaniami jakie ostatnio stosowaliśmy w Nazca ;).

    Wieczorem pakujemy się do autobusu i choć rzeczywiście jest to semi cama to widać że czasy jej świetności dawno już minęły. Przedstawiciel biura jako atut podawał fakt, że linie należą do przewoźnika boliwijskiego a nie peruwiańskiego ale kiedy patrzę na stan autobusu mam wątpliwość czy to mocna strona ;).

    Nic, to. Najważniejsze że autobus zawiezie nas bezpośrednio do Copacabany czyli za 10 godzin dotrzemy na granice z Boliwią a później w 20 minut do miasta. Przykrywam się śpiworem i zasypiam. Nie wiem ile mija czasu ale nagle ktoś mnie budzi wrzaskiem „Copacabana, Copacabana”. Budzę się natychmiast przerażona że przespałam granice i jestem na terenie Boliwii nielegalnie.  

    Wyglądam przez okno a tam puste pole. Wysiadamy z autobusu a tam Indianka o okrągłej twarzy i złotym uśmiechu tłumaczy nam, że musimy się przesiąść do małego busa który zawiezie nas na granicę.

    „Ale jak to, mamy bilet bo Copacabany. To jest kurs bezpośredni” - tłumaczymy.

    Indianka uśmiecha się. Teraz jeszcze szerzej demonstrując spore luki w uzębieniu i mówi: „Si, si kurs bezpośredni, ale trzeba się przesiąść, bo inaczej nie można dojechać do granicy”. Trochę zaspani ale za to mocno zaskoczeni pakujemy plecaki na dach busa i ruszamy. Docieramy na granice. Tam Indianka tłumaczy nam, że musimy załatwić formalności i przejść pieszo na stronę boliwijską gdzie będzie na nas czekał kolejny bus, który zawiezie nas do Copacabany. Już nawet nie próbuję rozmawiać z Indianką na temat tego, że na bilecie wyraźnie napisane jest „directo Copacabana”.

     

  • Informacje o miejscu
  • Przygotowanie - formalności
  • Koszty
  • Dojazd
  • Noclegi
  • Co jeść
  • Pamiątki
  • Warto wiedzieć
  • Atrakcje
  • Ciekawostki


  • Sponsorzy
  • Patronat medialny
  • Podziękowania
 
Komentarze do wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
 
Przysłany: 2010-01-16 11:47:33Skomentuj ten komentarz...
Też bym wrzeszczała ;). Testosteron kipi w tym kurzu......a może to estrogeny ;).
Napisał: Isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2010-01-14 15:21:48Skomentuj ten komentarz...
Cudowna idea, świetny materiał, fantastyczne zdjęcia. Ucałujcie proszę Claudie i Flavie.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2010-01-07 08:12:13Skomentuj ten komentarz...
Wyślijcie proszę do mnie takiego wielkiego ptaka abym mogłą znowu poszybować w niebo i polecieć w świat. Piękne lodowce, one zawsze mnie zachwycają.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-27 21:41:26Skomentuj ten komentarz...
„Może nawet do Patagonii…” mówił Janek Pradera z „Siekierezady” :))))))))))))))))))))) a ty sie mi mlody coraz bardziej podobasz!
Napisał: maugoska&tomek (maugoska@gmail.com)
Przysłany: 2009-12-23 17:56:48Skomentuj ten komentarz...
Najpierw deszcz, potem deszcz ze sniegiem a pozniej tecza:))) buziaki dla Ciebie Izula
Napisał: jaruch (jarek@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-23 17:53:55Skomentuj ten komentarz...
No wydawalo mi sie zbyt patetycznie wiec dorzucilem troche laciny:))
Napisał: jaruch (jarek@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-23 16:54:55Skomentuj ten komentarz...
Jaro, Magda i wszyscy którzy tam są..... na końcu świata na niebie pojawiła sie tęcza :). Na szczęście dla Was w Nowym Roku :). Kinga Choszcz mówiła "Każde marzenie jest nam dane wraz z siłą potrzebną do jego spełnienia". Jesteście dowodem na to, że miała rację. Wydaje się, że wszystko czego potrzebujecie już nosicie w sobie...dlatego teraz kiedy jesteście tak daleko od domu, na końcu świata, pamietajcie, że najpiękniejsze święta są w Polsce, ale Polska jest tam gdzie WY!!!!! Ściskam z całych sił...i przesyłam buziaki od bałwana Mietka, którego dziś ulepiłam w ogrodzie.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-21 22:24:29Skomentuj ten komentarz...
Aaaaaaa, no i jeszcze jedno...nie byłabym sobą gdybym nie zapytała czy Eubalaena Australis to te wieloryby które sa na zdjęciach ? ;P uściski dla Was kochani i prześlijcie nam trochę słońca bo w Poland już prawdziwa zima...pada, pada śnieg. I to już kolejny dzień.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Dodaj nowy komentarz...
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  www.e-gory.pl  
  www.wyprawy.onet.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Chodzieskie Radio Internetowe  
  Magazyn Turystyki Górskiej