Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
    Poprzednie wyprawy
  « lista wypraw
Tytuł wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
Data wyprawy: 2009-01-29
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Wenezuela, Kolumbia, Ekwador, Peru,Boliwia, Chile, Argentyna, Brazylia,
Miejsce docelowe: Wenezuela, Ekwador, Columbia, Peru
Atrakcja: trekking, wspinaczka, dżungla, podróżowanie, nurkowanie
Kategoria: wspinaczka, trekking, podróż
Autor wyprawy:
Sapuła Iza

e-mail: iza@odkryte.pl

Ambitna, seksowna, z radością dziecka w sercu!

Sapuła Iza,  
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Mapa wyprawy: pokaż mapę wyprawy »
 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
Etapy wyprawy:
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Termin

    3 pazdziernika 2009  - wjechalismy do Argentyny po raz pierwszy w trakcie tej wyprawy. 

    19 listopad 2009  - wyjezdzamy z Argentyny

    25 listopad 2009  - ponownie wjezdzamy do Argentyny

    28 listopad 2009 - wyjezdzamy z Argentyny

    9 grudzień 2009 -  i znowu wjeżdżamy do Argentyny...ale ten kraj nas kusi ;)

  • Z notatnika podróżnika

    09.02.2010

     

    Ameryka na nowo Odkryta – Epilog – Zima w Europie i gitarzysta grupy Scorpions

    Przy wylocie z Sao Paulo dziwne pytania po przeskanowaniu paszportu nie zwróciły mojej uwagi. A podczas lotu nie wydarzyło się nic szczególnego. Chociaż nie! Śnieg leżący we Francji (i to nie tylko w Alpach), zasypane Niemcy – to rzadkość.  Zdążyłem zobaczyć zimę w Europie, o której już powoli zapomnieliśmy. Kilka dni wcześniej opowiadałem znajomym mieszkającym na granicy Argentyny, Brazylii i Paragwaju o mrozach jakie panują tej zimy w moim kraju. Jeden z nich powiedział: „Jak byłem kiedyś w Santa Cruz – było +3 stopnie. Nie potrafię sobie wyobrazić większego zimna!” Ja potrafię, a gdybym miał kłopot, teraz mogłem przypomnieć sobie jak to jest. Tyle europejska aura na powitanieJ A europejczycy ? Jakoś dziwnie jeden z pracowników lotniska w Zurychu wypytując o znajomość angielskiego i hiszpańskiego oraz (o dziwo) zdobyte góry, odeskortował mnie do samego gejtu , z którego odlatywał mój samolot do Berlina. A w Berlinie… przywitał mnie gitarzysta ze Scorpions (ten sam wąs, ta sama po enerdowsku wyczesana fryzura). Tyle, że zamiast gitarą, machnął blachą policji, a jego kolega machnął jakąś inną legitymacją. Dwóch innych stanęło tak blisko mnie, że nawet jak na przyzwyczajenia argentyńskie, była to spora przesada. Kontrola trwała półtora godziny. W tym czasie wywrócono na drugą stronę wszystko co można było wywrócić, przejrzano i obwąchano każdą rzecz jaką posiadałem. Użyto trzech różnych testów sprawdzających obecność narkotyków. Z każdym kolejnym odczytem rosło rozczarowanie kontrolujących. Byli naprawdę przekonani, że coś znajdą. A jednak nie… Po zgarnięciu odczynników wyszli z pomieszczenia bez pożegnania, kłócąc się między sobą szeptem. Ale bus odjechał… A w Polsce najpierw usłyszałem kłótnię tirowca ze sprzedawczynią ze sklepu, później rozgrzewające „jedź k… ch”. Wreszcie pani w kiosku sprzedała mi kartę postojową wiedząc, że akurat z powodu zasp na ulicy nie obowiązuje. Uff, wreszcie w Polsce… Ta południowoamerykańska a szczególnie argentyńska otwartość, pomocność, uprzejmość i szczerość była taka niecywilizowana;)

     

     

     

    15.01.2010

     

    Dakar

     

    Z Cordoby spieszyłem się by zdążyć na 13 stycznia do San Juan, bo tu kończył się jeden z etapów rajdu Dakar. Nigdy nie byłem wielkim fanem sportów motorowych, ale okazja by zobaczyć legendarny rajd…

    Najpierw walka o miejsce w zatłoczonym podmiejskim autobusie do Quebrada Zonda, później spacer w czterdziestostopniowym upale, w tumanach kurzu, które fundowały mi przejeżdżające samochody (nie, nie zawodnicy, to argentyńskie rodziny jadące obejrzeć rajd z bagażnikami wypełnionymi mięsem i sprzętem do grillowania na dachu). Wreszcie dotarłem do miejsca, usianego leżakami, kocykami, dymiącymi grillami, z głośną muzyką, z którego widziałem jedynie przelatujące helikoptery i ciężarówkę TVP (taki polski akcent). Gdy już poradziłem sobie z rozczarowaniem, coś mnie tknęło by pójść na drugą stronę autodromu. Dobra decyzja, znalazłem się przy samym wjeździe na autodrom. Z użyciem łokci wywalczyłem sobie miejsce przy barierce, spojrzeniem Mansona zahipnotyzowałem dziecko machające mi przed nosem flagą i nawet udało mi się zrobić kilka zdjęć…

    Nie poradziłem sobie jedynie z dziewczynami wiszącymi na barierce. Nie myślałem, że można tak histerycznie wrzeszczeć i piszczeć na widok rajdowców. Coś takiego widziałem kiedyś na archiwalnych filmach z koncertów Beatlesów, ale myślałem, że to reżyserowane było…;)

     

     

     

    14.01.2010

     

    Paz, Fuerza, Alegria

     

    „Pokój, siła, radość” te słowa rozbrzmiewały głośno w Punta de Vacas, 2 stycznia. Rozbrzmiewały głosem kilkunastu tysięcy gardeł z całego świata… ale po  kolei.

    Punta de Vacas miejsce znane wspinaczom, miłośnikom trekkingu, tym którzy przekraczali kiedykolwiek granicę argentyńsko – chilijską w okolicach Aconcaguy. Dalej droga wiedzie do los Penitentes, Puente del Inca i Parku Narodowego Aconcagua. 2 stycznia 2010 roku to miejsce w górach odwiedziło jednak dużo więcej ludzi, niż normalnie w sezonie każdego dnia. To właśnie tutaj miał swój finał „Światowy Marsz na Rzecz Pokoju i Nieagresji”. Marsz wyruszył z 2 października (dzień urodzin Mahatmy Gandhiego, uznany przez ONZ za „Światowy Dzień bez Przemocy”) z Nowej Zelandii by zakończyć się tutaj u stóp najwyższej góry obu ameryk po 90 dniach. To najbardziej globalne jak dotychczas przedsięwzięcie na rzecz pokoju zorganizowane zostało przez organizację „Świat bez Wojen” choć instytucji zaangażowanych w marsz było ponad trzy tysiące. Uczestnicy marszu przez 90 dni przemierzyli 160 tysięcy kilometrów, odwiedzili sześć kontynentów i 90 krajów (w tym Polskę). Na całej trasie wzięło w nim udział ponad milion uczestników, wirtualnie przez Internet uczestniczyło w nim ponad dziesięć milionów ludzi z całego świata. Marsz przemierzał ziemię piechotą i różnymi środkami transportu: statkami, samolotami, koleją (w tym Transsyberyjską). W tym czasie przekroczył 160 granic. Przekroczył również, a właściwie przełamał te najważniejsze granice - mentalne. Założenia marszu to przede wszystkim uświadomienie światu ciągłego zagrożenia wojną nuklearną, i pokazanie jak wielu ludzi na świecie nie aprobuje używania agresji w rozwiązywaniu jakichkolwiek konfliktów. Uczestnicy i organizatorzy domagali się redukcji broni masowego rażenia, wycofania wszelkich wojsk z terytoriów okupowanych, redukcji arsenałów broni konwencjonalnej i rozwiązywania wszelkich konfliktów między rządami na drodze negocjacji.

    Tego dnia trudno było znaleźć miejsce w busie jadącym z Mendozy w kierunku Aconcaguy. A ludzie tłoczący się w autobusach, samochodach , na rowerach czy wędrujący na pieszo nie byli obwieszeni szpejem. Były dzieci, byli dorośli, niepełnosprawni, zdrowi, byli ludzie wyznający różne religie i filozofie życiowe. Łączyło ich jedno sprzeciw przeciw wojnie i umiłowanie pokoju. A w ich radości i spontaniczności było coś zaraźliwego i potężnego zarazem. Kilkunastotysięczny, kolorowy tłum z całego świata niósł symbole pokoju, a w cieniu Kamiennego Wartownika rozbrzmiewała muzyka i hasło „Pokój, Siła, Radość”.

    I wreszcie nie mogę się nie pochwalić, że znamy osobiście organizatorów marszu i jego finału – Claudię i Flavię z Casa del Pueblo w Mendozie. To im przede wszystkim należą się gratulacje i podziękowanie za zorganizowanie tak ogromnego przedsięwzięcia.

     

     

     

    03.01.2010

     

    Patagońskie lodowce i Zjadacze Palców

     

    El Calafate i El Chalten to wrota do Parku Narodowego los Glaciares. Park obejmuje swym zasięgiem część lodowców wchodzących w skład Campos Hielo Patagonico Sur. El Calafate – przyjemne turystyczne miasteczko – miejsce wypadowe dla wycieczek do chilijskiego Torres del Paine i na słynny lodowiec Perito Moreno. Ani największy, ani najpiękniejszy, ale najłatwiej dostępny. Z końca półwyspu, który jakby wcina się w zatoki Lago Argentino można prawie dotknąć 60 metrowej ściany lodowca. Perito Moreno należy do tych wyjątkowych lodowców, które wciąż przyrastają. 30 km długości, 5km szerokości i 60m wysokości to jego wymiaryJ Oprócz 60 metrów, które widać wgłąb ma jeszcze średnio około 90 metrów. Lodowiec ten wchodzi w skład Campos Hielo Patagonico Sur. To obszar o długości około 350 kilometrów i szerokości 80 km, w którego skład wchodzi 350 lodowców. Tak silnego zlodowacenia terenu nie wyjaśnia ją ani niskie temperatury (owszem jest zimno ale nie ekstremalnie) ani wysokość nad poziomem morza (między 1000 i 2000m). To wiatr znad Pacyfiku wiejąc w kierunku wschodnim schładza się gnając chmury, z których spada mnóstwo śniegu. Ten z kolei kumuluje się, twardnieje i zamienia się w lód, tworząc potężne pole lodowcowe.

    El Chalten – jak mówią Argentyńczycy – narodowa stolica trekkingu, to mała wioska. Stąd wyruszają trekkingi i wyprawy wspinaczkowe na słynne „Zjadacze Palców”. Ci pierwsi (ogromna większość) by zobaczyć pionowe sterczące turnie, smagane zimnym wiatrem. Ci drudzy (zdecydowana mniejszość), by je zdobyć, nie pozostawiając na pożarcie własnych palców i zasłużyć w środowisku wspinaczy na chwałę nie mniejszą niż ta jaką wśród żeglarzy cieszą się ci, którzy opłynęli Cape Horn…

    Fitz Roy (3405m) – nazwany imieniem kapitana statku Beagle z ekspedycji Karola Darwina ma swoją nazwę w języku Tehuelche (Chalten), która oznacza „szczyt w ogniu” lub „dymiąca góra”, z racji wciąż ukrytego w chmurach wierzchołka.

    Cerro Tore (3128m) – mogliśmy zobaczyć w filmie Wernera Herzoga „Krzyk Kamienia”, w którym szczyt stanowił tło dla rywalizacji dwóch wspinaczy.

    Nie było mi dane zobaczyć żadnego z nich (jedynie Fitz Roy zamajaczył chwilę w chmurach niczym wstydliwa damaJ, co podobne jest normalne. Trzeba mieć sporo szczęścia, bo nawet przy ładnej pogodzie wierzchołki nikną w chmurach. Za to bez godzin oczekiwań mogłem oglądać kondory, które szybowały na wysokości autobusu w drodze do El Chalten. Były tak blisko, że wydawało się iż zaraz zahaczą skrzydłem o autobus. Ich wielkość nie dawała pewności, że to my w autobusie wyjdziemy z tego spotkania bez szwanku…;)

     

     

     

    23.12.2009

     

    Święta na Końcu Świata

     

    „Jeśli jesteś w pobliżu Ziemi Ognistej – musisz tam pojechać. Chociażby po to by powiedzieć przyjaciołom – byłem na Końcu Świata.”

     

    W rzeczywistości powodów jest dużo więcej. Ale po kolei…

    Tierra del Fuego - Ziemia Ognista – nazwa upamiętnia widok jaki zobaczył Ferdynand Magellan i jego żeglarze, gdy dotarli tu w 1520 roku. O zmierzchu ujrzeli wybrzeże usiane punkcikami ognisk. To obozowiska Indian Yamana, którzy zamieszkiwali te tereny. Mimo niesprzyjającego klimatu, chodzili praktycznie bez ubrań. Zamieszkiwali szałasy z liściastych gałęzi i błota. Poruszali się po kanale i jeziorach w kanoe, polowali na lwy morskie, żywili się również skorupiakami i rybami. To odróżniało ich od innych plemion  (Selknam, Haush, Alacaluf), które żyły w głębi wyspy a ich głównym pożywieniem były guanako. Koniec ich cywilizacji wiąże się z przybyciem białych na te tereny. W 1850 anglikański misjonarz Allen Gardiner rozpoczął ewangelizację Indian Yamana. Po nim przybywali kolejni misjonarze aż do zamknięcia misji w 1907 roku (Yamana już wtedy praktycznie nie było). Wyniszczani chorobami, zabijani przez podróżników i kolonizatorów w walce o dostęp do kolonii lwów morskich nie mieli szans. W momencie przybycia Europejczyków populacja liczyła około 3000 ludzi, 10 lat później w latach 90 osiemnastego wieku było ich już tylko 1000, w roku 1910 zaledwie 100.

    Dziś archipelag Tierra del Fuego pozostaje symbolem końca świata. Ushuaia – stolica prowincji to najdalej na południe wysunięte miasto świata (jest jeszcze Puerto Williams po drugiej stronie kanału Beagle – ale to głównie personel bazy wojskowej). Pięknie położone miasto jakby wciśnięte między ośnieżone szczyty górskie i błękitne wody Kanału Beagle. Kilkanaście kilometrów za miastem kończy się Ruta Nacional 3, co jeszcze bardziej podkreśla KONIEC. To końcówka słynnej Panamericany, którą na dobrą sprawę można tu dotrzeć z położonej bagatela 17848km Alaski. Kolejnym legendarnym miejscem archipelagu jest leżący na najdalej na południe wysuniętej wyspie Hornos – Przylądek Horn. Miejsce budzące grozę wśród ludzi morza i jednocześnie rodzące ambicje zmierzenia się z bezlitosnym żywiołem. A tym, którzy go opłyną gwarantuje szacunek żeglarzy całego świata. Ziemię Ognistą od kontynentu amerykańskiego oddziela nie mniej sławna – Cieśnina Magellana.

    Mnie Ziemia ognista przywitała ciężkimi chmurami zawieszonymi nad cieśniną. Po jej przekroczeniu – szare pustkowie z hulającym wiatrem, stadami owiec i guanako. Dopiero w okolicy Cordillera Darwin krajobraz stał się bardziej urozmaicony, a i słonce wyszło zza chmur. Ushuaia wydała mi się dziwnie pusta, a wszystkie sklepy, urzędy zamknięte. Dopiero gdy spojrzałem na zegarek zrozumiałem dlaczego – była prawie 11 wieczorem. Latem na tej wysokości geograficznej dzień trwa bardzo długo…

    Z Końca Świata przesylam życzenia Zdrowych Pogodnych Świąt i Szczęśliwego Nowego RokuJ

     

     

    17.12.2009

    „Może nawet do Patagonii…” mówił Janek Pradera z „Siekierezady”. Czy wiedział, że droga która tam wiedzie jest tak prosta? Prosta w sensie dosłownym, sięgająca po horyzont, bez najmniejszego zakrętu. Droga na pustkowie tak ogromne jak wypełniająca je cisza. Gdzie horyzont jest tak daleko jak na oceanie. Biegnąca wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Ruta Nacional 3 otwiera przed podróżującym taki właśnie widok. Płaskiego jak stół pustkowia, gdzie ciężkie chmury dotykają ziemi, dodając krajobrazowi surowości. To jednak nie jedyne oblicze tej ogromnej krainy. Legendarna Ruta Nacional 40 biegnąca wzdłuż Andów oferuje zgoła inne widoki, ale to dopiero przede mną. To co z pewnością łączy różne części tej krainy to surowość. Przypomina o niej już tutaj (wysoko na północy) wiatr, który mimo błękitnego nieba kąsa chłodem, przypomina cisza, przypomina przyczajona przy ziemi roślinność, połamane ogrodzenie i powyginany słup, któremu z wysokiego napięcia pozostało już tylko napięcie na wietrze. Kiedy na tym pustkowiu pojawia się miasto, to właśnie… pojawia się. I znika.

    Swoją przygodę z Patagonią rozpoczynam w miejscu, które akurat z pustkowiem się nie kojarzy, bo bogactwo fauny tej lądowej ale przede wszystkim morskiej jest ogromne. To Puerto Madryn i Półwysep Valdez, znajdujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO to schronienie dla kolonii lwów i słoni morskich, pingwinów Magellana, guanaco, pumy i innych zwierząt. Choć zdecydowanie największą atrakcją są wieloryby (Eubalaena Australis) przypływające żerować w ciepłych wodach zatok otaczających półwysep. Są też orki, które w pogoni za młodymi lwami morskimi czy pingwinami wpadają z impetem na samą plażę czyniąc w koloniach tych zwierząt mały Armagedon. Nieco na południe od półwyspu obserwować można również delfiny (Cephalorhynchus commersoni). To jedne z najmniejszych delfinów, za to w pięknym biało czarnym kolorze.

     

     

     

    25.11.2009

    Dzis relacja Izy z Soberbio. Ale to bylo cuuuuuuudowne miejsce.

     

    Przystanek Soberbio

     

    Maleńka, spokojna  mieścina na granicy argentyńsko-brazylijskiej, na skrawku ziemi który został wyrwany dżungli, nad rdzawą rzeką Urugwaj. Każdego ranka mieszkańcy wstają leniwie by usiąść na progu swojego domu i wypić mate, a około 12 ponownie zapaść w sen tym razem zwany sjestą. Budzą się w godzinach popołudniowych by udać się  do jednej z jadłodajni na soczyste asado, którego trawienie mocno będą wspierać lokalnym piwem. Przychodząc na asado wiedzą, że prawie ze stuprocentową pewnością wyłączą prąd więc do domu i tak nie ma po co wracać. A nawet jeśli do niego wrócą usiądą znowu na progu swojego domu, będą pić mate, pozdrawiać przejeżdżających na rowerze sąsiadów i znowu pić mate aż do zmroku. Niektórzy z nich po asado pójdą do piwiarni by  pić piwo i rozmawiać z sąsiadami a to o tym, że pogoda deszczowa, a to o tym, że dzieci rosną, a to o tym, że asado wyborne i zatrzymał się na obiad dostarczyciel piwa, a o tym że trzeszczący autobus z Obera przyjechał dziś spóźniony.

    Pewnego dnia, jednym z tych trzeszczących autobusów do Soberbio docieramy my burząc swoją obecnością cały jego ład i spokój. Po pierwsze wyrywamy z popołudniowej drzemki właścicielkę hostalu w którym zamieszkujemy. Nely, bo tak ma na imię właścicielka natychmiast po przebudzeniu z nadmierną troską typową dla opiekuńczej kwoki, pokazuje nam miasto. Hmmm, miasto…..jedna główna ulica przy której mieszkamy i kilka poprzecznych. W całym tym gąszczu ulic poruszamy się samochodem, który Nely z trudem odpala z powodu koszmarnego upału. Nely obwozi nas po kolei po wszystkich czterech ulicach za każdym razem wracając do bramy hostalu abyśmy zawsze wiedzieli jak wrócić do domu. Uffff, straaaaaaaaaaasznie to skomplikowane ;). Wreszcie trafiamy do jadłodajni Brasilero, w której każdego dnia mieszkańcy Soberbio jedzą asado popijając go piwem. Nely przedstawia nas właścicielom i przy okazji głośno pokrzykuje – „Polacos, Polacos”. Choć zaledwie wczoraj obiecywałam sobie, że więcej asado objadać się nie będę już dziś musze złamać obietnicę. Rytuał składania zamówienia kończy się w momencie kiedy na pytanie „a co możemy zjeść” właścicielka odpowiada z pełnym przekonaniem i dumą  – „oczywiście asado”. Chwile wahania właścicielka odczytuje jako potwierdzenie zamówienia i za kilka chwil na stole przykrytym pomarszczoną ceratą lądują dwa talerze i szklanki do piwa.  Kiedy mamy już pełne talerze właścicielka przykleja się do naszego stołu opowiadając o swojej rodzinie. Właścicielka opowiada nam o sobie, sąsiedzi przyglądają nam się bacznie i powtarzają szeptem „Polacos”, a my słuchamy, jemy, pijemy i czasami dla podtrzymania rozmowy rzucamy jakieś pytanie. Zgodnie z miejscowymi zwyczajami po południu gaśnie światło a my przed wyjściem rzucamy jeszcze ze chcemy popłynąć do wodospadów Mocona. Jeszcze nie zdążymy dotrzeć do hostalu a już na drodze zaczepi nas Jorge i będzie przekonywał, że woda w rzece ma tak wysoki poziom, że wodospadów dobrze nie widać. Informacja w mieście przemieszcza się z prędkością światła bo nie tylko Jorge zna nasze plany zanim wychodzimy z jadłodajni, ale większość mieszkańców wie skąd jesteśmy, pozdrawia nas na ulicy i wita jak swoich. Nocą nie ma światła, ale mieszkańcy Soberbio siedzą na ganku swoich domów i piją mate, rozmawiają o dzieciach, o braku światła i jeszcze dodatkowo o dwójcie Polacos która pojawiła się w mieście. Upieramy się aby popłynąć do wodospadów i Jorge podejmuje się zadania. Kiedy wreszcie do nich docieramy kolejnego dnia okazuje się, że woda jest tak wysoko, że z dziewięciometrowych wodospadów dziś widoczne jest zaledwie półtora metra. Za to woda w rzece ma tak wartki nurt, że zamiast przygody widokowej mamy przygodę raftingową. To nie koniec przygód tego dnia. Do miasta przyjechała „Banda Harisma”. A Banda Harisma przyjechała własnym autobusem i ma nawet gitarzystów sprzętowych….. jak Metallica ;). Widać to gwiazdy wielkiego formatu są,  a  w jadłodajni w trakcie posiłku nie słychać innego tematu. Jeden z mieszkańców,  najlepiej poinformowany  mówi o wieczornym koncercie pomiędzy jedną a drugą próbą wydobycia resztek jedzenia z przestrzeni międzyzębowych otwierając przy tym paszczę szeroko jak hipopotam. Dziś wieczorem Soberbio nie usiądzie na ganku swoich domów, dziś wieczorem całe Soberbio będzie na wielkiej fieście.

    I tak dni mijają w Soberbio. Wcale nie mam ochoty wyjeżdżać. Ale kolejnego dnia o 5 rano pojawiamy się na terminalu autobusowym. Tam zaczepia nas mocno „wczorajszy” kierowca autobusu który pyta dokąd jedziemy. Nie czeka na odpowiedź i już rzuca kolejne pytanie „pijecie mate?”. Kiwam głową, że tak i wtedy podaje mi mate, którą zdążyłam polubić. Siedzimy na terminalowej ławce, pijemy mate, rozmawiamy……zupełnie jakby nie istniał czas. I tylko ostatnie siorbnięcie mate przypomniało mi, że w końcu musimy stąd wyjechać. 

                                                       

     

     

    20.11.2009

    Zasilacz naprawiony i Iza dorwala sie niego z takim zacieciem ze mamy gotowe juz pierwsze teksty :).

    No to wrzucam to co dziewczyna nabazgrala ;)

     

    Walka o indiańskie dusze.

     

    Wiek, XXI, rok 2009. Wchodzimy do „tajemniczego ogrodu”. Na rozgrzanym tropikalnym słońcem kamieniu wygrzewa się jaszczurka, która nie reaguje na szelest poruszanej ludzkimi krokami trawy a olbrzymia ropucha tarasuje drogę w kierunku cmentarza. Porośnięte mchem mury, rozpadające się kamienie, miażdżone przez bluszcze kolumny i rozrywane przez kiełkujące trawy schody. Dziś dżungla upomina się o to co jej odebrano wiele lat temu.

    Niewiele zachowało się materiałów na temat misji jezuickich bo historia chętniej mówi o wielkich tego świata a ta historia opowiada o  mnichach i ubogich Indianach.

     

    Wiek, XV. Indianie Guarani żyją w swoich „komunach” ciesząc się wolnością ale też często doświadczając głodu. Dżungla nie troszczy się o swoich mieszkańców dlatego Indianie żyją z tego co złowią, upolują, znajdą. Jeśli w okolicy brakuje jedzenia Indianie przenoszą się do innego rejonu dżungli, który znowu daje możliwość utrzymania około 200 osobowej społeczności. Cała społeczność składająca się wielu rodzin żyje w jednym domu a przywódca z racji posiadanej siły ale też przywilejów ma prawo do poligamii.

     

    Wiek XVI.. Na kontynent południowoamerykański przybywają hiszpańscy konkwistadorzy wraz z mnichami. Hiszpanie mimo wcześniejszych sukcesów militarnych mają poważny problem z podbiciem ceniących sobie wolność Indian Guarani co owocuje ogromną nienawiścią wobec nich a docelowo bardzo brutalnym traktowaniem.  

    Indianie Guarani nie mają wizerunków swoich bogów. Jezuici myśląc, ze Guarani swoich bogów nie mają, rozpoczynają wędrówkę w celu nawrócenia ”zagubionych dusz” . Uczą się języka guarani i wędrują po dżungli rozmawiając z Indianami i nawracając ich. Z czasem ilość Indian jest tak duża że zakonnicy tworzą misje tzw. reducciones. Coraz więcej Indian decyduje się na pozostanie w misji bo dzięki temu mogą schronić się przed Hiszpanami a część z nich widzi wymierne korzyści dla swojej społeczności.

     

    Jezuici uczą Indian uprawiania ziemi, stolarstwa, murarki i innych rzemiosł. Każdy uczestnik społeczności pracuje na zaspokojenie własnych potrzeb ale w wybrane dni pracuje na rzecz całej społeczności. Jeśli komukolwiek, czegokolwiek brakuje to wymienia wyprodukowane przez siebie dobra na dobra wyprodukowane przez innych mieszkańców społeczności. Ceną za ten raj było porzucenie poligamii która miała wieloletnie tradycje wśród Indian Guarani.

    Indianie wiodą spokojne życie w jezuickich misjach zaledwie przez około 150 lat.

     

    Wiek XVII. Hiszpańscy osadnicy  coraz boleśniej odczuwają jezuickie wpływy. Potrzebują siły roboczej a Kościół potępia stosowaną przez nich przemoc i niewolnictwo grożąc gniewem bożym i mękami piekielnymi a tym którzy nie uwolnią Indian ekskomuniką. To zaostrza konflikty pomiędzy hiszpańskimi osadnikami a Jezuitami. Osadnicy tworzą zatem ideologię wg której niewolnicza i mordercza praca Indian na ich encomiendas miała być najskuteczniejszą drogą ich nawrócenia.  Jezuici najaktywniej występują przeciw takiemu traktowaniu Guarani  a to powoduje odcięcie im dostaw żywności  itp. Świątynie pustoszeją  a Jezuici i Indianie mają zakaz kontaktowania się pod groźbą śmieci.

     

    Dziś opustoszałe mury milczą.  Szelest trawy, szmer poruszanych wiatrem drzew……i tylko papugi wydają się wrzeszczeć tak jakby chciały zbudzić umarłych, którzy opowiedzieć mają tą niezwykłą historię.

     

     

     

     

     

     

     

    Iguazu - tam bylismy juz kilka dni temu.

    275 progów przez które w każdej sekundzie przelewa się 2 miliony metrów sześciennych wody. Woda z wielkim hukiem wpada  w bezkresną otchłań rozpryskując się na miliony drobnych kropel, które odbijając światło tworzą przepiękne tęcze. 

    Miejsce niezapomniane.... „to takie miejsce, o którym wiem, że stanie się dla mnie niezwykłe, gdy tylko dowiem się o jego istnieniu, i że po prostu będę musiał je odwiedzić”- Steve Davey. Właśnie takim miejscem jest Iguazu.

    Fotki widzieliscie i szczerze mowiac nie bardzo jest o czym pisac. To trzeba po prostu zobaczyc.

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    18.11.2009

    Przerwa techniczna

    Mamy maly problem z komputerem a wlasciwie z zasilaczem. Ostatnie dni to wloczega po Argentynie i bardzo chcielibysmy podzielic sie z Wami fotosami i relacjami. Niestety ostatnie dni to tez straszliwe burze i podczas jednej z nich spalil sie nasz zasilacz, co powaznie ogranicza nasze mozliwosci pisania relacji, czy przygotowania zdjec.

    Relacje powstaja analogowo i na pewno znajda sie na odkrytych, mam nadzieje ze najpozniej na poczatku grudnia.

    A teraz serdecznie pozdrawiamy i idziemy sie pakowac bo jutro ruszamy do Paragwaju. Wiem, wiem....tego nie bylo w planach.....

     

     

    09.11.2009

     

    San Ignacio, w którym znajdują się najlepiej zachowane ruiny misji jezuickich po argentyńskiej stronie, wydawało nam się całkowicie opustoszałe. Wczoraj wieczorem jednak spotkaliśmy spory team podróżujący samochodami terenowymi… z Polski. Serdeczne pozdrowienia dla „Polish Off-Road Expedition – Ruta 40 – Patagonia 2009”. Powodzenia, pogody ducha i słońca na niebie. Szerokich dróg Wam nie życzymy bo i tak pewnie ich unikacie, a w dżungli ich nie znajdziecie. I  jeszcze raz wielkie dzięki za fantastyczne spotkanie i kawałek Polski przywieziony w butelce wiśniówki własnej roboty :D. Pyyyyyyyyycha!!!!!!!!!!!!!!!  

     

    Dorzuciliśmy kilka zdjęć z Cachi w okolicach Salty. Mówi się tu, że północny-zachód Argentyny to kawałek Boliwii. My już Boliwię widzieliśmy, więc zdjęć tylko kilkaJ

     

     

     

    07.11.2009

     

    W San Juan muzeum znajduje się poza miastem – w blaszanym magazynie. Między innymi magazynami. Wchodzisz na dzwonek. Otwiera pani w fartuchu. Trochę przypomina panią woźną. Jak się okazuje dysponuje ogromną wiedzą na temat zgromadzonych eksponatów. A samo muzeum zachwyca ilością i jakością eksponatów. Ich wiek sięga 5000 lat przed Chrystusem. Aż dziw bierze, że miasto nie może znaleźć lokalu dla tak niesamowitych zbiorów. A tak oglądamy je tylko my – jedyni w tym tygodniu, może nawet miesiącu. Jak zawsze największe wrażenie robią na nas mumie. Ta najsłynniejsza tutaj – mumia z Cerro El Toro – to młody mężczyzna złożony na szczycie w ofierze przez Inków. A jeszcze większe wrażenie robią mumie z grobowców z okresu preinkaskich kultur Morrillos i Ansilta, Świetnie zachowane mimo, że niektóre mają ok. 5000 lat. Wiele mówią o tamtych kulturach, zamieszkujących region San Juan i zmuszają do stawiania wciąż nowych pytań

     

     

    W Mendozie było gorąco – „wiosna – mówili – choć wyjątkowo gorąca”. Jednak miasto zieleniło się. Okolice jeszcze bardziej – winnica na winnicy.

    W San Juan temperatura była nie do zniesienia, gorąco ale i sucho podobnie jak w Mendozie. Salta przywitała nas tak morderczym upałem, że całe dnie, kiedy nie zwiedzaliśmy okolicy spędzaliśmy przy basenie 7 na 4 metry. Choć mózg skwierczał jak świeżo podana parilla z przyjemnością przyglądaliśmy się miejscowym królom życia. Król, w razie gdyby ktoś go nie zauważył oznajmiał swe przybycie jazgotem. Nie stanowczym tonem, nie przenikliwym szeptem, nawet nie rykiem jak król lew, ale właśnie jazgotem. Z czego na pierwszy plan wybijało się „yo, yo, yo” czyli „ja, ja, ja”, które tu w Argentynie brzmi bardziej jak „szo, szo, szo”. Króla przy basenie otaczają wytatuowane zgrabne dziewczyny, przynoszące piwo i spoglądające z dołu z uwielbieniem. Ale król ich nie widzi, zajmuje go rzecz najważniejsza tzn. jego własna, prywatna grzywa. Poprawia ją, gładzi, ogląda odbicie falujących loków w wodzie, moczy ją, stroszy ponownie. Miasta argentyńskie pełne są takich królów, królewiczów, królewiczątek., którzy najbardziej dbają o fryzurę. Fryzura to najczęściej półdługie przygładzone włosy z wywiniętą grzywką. Mężczyznę od kobiety odróżniamy po tym, że wciąż fryzurę poprawia, przygładza i ogląda się w każdej witrynie sklepowej. Nie… nie jest aż tak źle;) oprócz miastowych królewiczów są przecież gaucho, jest Patagonia gdzie półdługie włosy ułoży wiatr, więc nie ma sensu ich przygładzać;) Ale w Patagonii zimno, a tymczasem nas każde kolejne miejsce wita większym upałem. Z Salty do Resistencia wyjechaliśmy popołudniu. W nocy droga nagle zrobiła się prosta i biegła po horyzont bez najmniejszego zakrętu. A wokół pustkowie – Chaco. W Resistencia zmieniliśmy autobus i ruszyliśmy dalej przez potężną Rio Parana do Posadas – stolicy Misiones. Po drodze coraz bardziej soczysta zieleń i coraz więcej bydła – bogactwa naturalnego Argentyny. Kiedy na terminalu wysiadłem z autobusu, odniosłem wrażenie jakbym zderzył się ze ścianą. Powietrze gęste i wilgotne i co wydawało się niemożliwe jeszcze bardziej gorące. Posadas – wrota do jednego z najciekawszych regionów Argentyny – do Iguazu, przebogatych w gatunki parków narodowych, ruin misji jezuickich na ziemiach Guarani. Ten rejon to również niesamowita mieszanka kulturowa: już wiemy, że w okolicach Jardin America mieszkają potomkowie Polaków i Ukraińców, w okolicy Apostoles również Polacy, w Obera Szwedzi, a poza tym potomkowie imigrantów z Niemiec, Włoch, Portugalii i wielu innych krajów rozsiani są po całym regionie…A dżungla czai się tuż za miastem. Choć mamy wrażenie, że w mieście również przydałaby się maczeta. Do krojenia powietrza, by móc zrobić kolejny krok

     

     

     

    04.11.2009

     

    Niedzielne popołudnie na placu przed muzeum w Mendozie zaczęło się nieco niemrawo. Miały odbywać się tańce. Muzyka z „jamnika” i mieszkańcy miasta popijający mate na trawnikach. Jednak po kilkunastu minutach tańczył cały plac. Starzy, młodzi, przebrani w tradycyjne stroje i na sportowo, zdrowi i niepełnosprawni. Cueca, gato i inne tańce. I każdy zna kroki i robi to z pełnym zaangażowaniem… obejrzyj kilka zdjęć w galerii. Trochę „bardziej na żywo” w relacji dla RadioA. Relacja ukaże się pewnie w przyszły poniedziałek Pt. „Popołudnie na plaza w Mendozie”. Później tradycyjnie będzie można ją pobrać ze stron radia i ChDK. Ostatnie audycje w ogóle są trochę bardziej muzyczne – zapraszamy do pobrania i przesłuchaniaJ

    (w galerii Chile dorzuciłem kilka zdjęć, z okolic San Pedro, które wcześniej się gdzieś zawieruszyły – więcej zdjęć z tych okolic w galerii z wyprawy do Chile z 2005 roku)

     

     

     

    15.10.2009

     

    Mumia z Aconcaguy

     

    - Hej to siano (trawa)!

    - Niemożliwe, jesteśmy sporo powyżej pięciu tysięcy!

    Od tej krótkiej wymiany zdań na wysokości 5300 m, 8 stycznia 1985 roku rozpoczęła się historia, która odmieniła życie Juana Carlosa. A właściwie rozpoczęła się kilka dni wcześniej, kiedy to ekspedycja złożona z członków Club Andinista Mendoza (Gabriel A. Cabrera, bracia Fernando i Juan Carlos Pierobon oraz Alberto i Franco Pizzolon ) wyruszyła z Mendozy by zdobyć najwyższy szczyt obu Ameryk Aconcaguę. Ekspedycja ta była częścią projektu klubu zorganizowanego z okazji 50-lecia istnienia. Zakładała, wejście na Aconcaguę kilku wypraw różnymi drogami. Ta akurat była ciekawym przedsięwzięciem polegającym na przejściu przez szczyt zwany Piramidą i zejście pod osławioną południową ścianę i dalej wspinaczkę na wierzchołek południowy i dalej do centralnego. Lecz to nie względy wspinaczkowe, zadecydowały o tym, że o wyprawie usłyszał świat. Upraszczając nieco można powiedzieć, że zadecydował o tym pewien siedmioletni chłopiec żyjący ponad pięćset lat temu pod rządami wielkiego Inki Pachacuti, w odległym o tysiące kilometrów Cusco.

    Dziś Juan Carlos Pierobon budowlaniec, przewodnik górski z zamiłowania opowiada o wydarzeniach sprzed prawie 25 lat ze spokojem, jakby ważył słowa. A w spojrzeniu ma ten błysk, który zawsze zdradza ludzi z pasją. Jego żona Laura uzupełnia jego wypowiedzi wieloma szczegółami, o które nawet nie nadążamy zapytać. Na zegarze wiszącym na ścianie niepostrzeżenie mijają godziny, ze stołu zupełnie niezauważalnie znikają kolejne porcje pysznych własnej roboty pomidorów ze słoika, a z kolejnych butelek malbeca wino wydaje się parowaćJ

    Wróćmy do opowieści. Kiedy andyniści podeszli do miejsca, z którego rzekomo wystawała trawa, zobaczyli również pióra. Jak mówi Juan Carlos, zapadła zupełna cisza. Po chwili zobaczyli fragmenty materiału a między nimi coś białego. Już po chwili zorientowali się, że to fragment czaszki – małej – prawdopodobnie dziecka. „Mumia!!!” wykrzyknął, któryś z nich choć dziś juan Carlos nie pamiętna kto. Słyszał o mumii ze szczytu El Toro z okolic San Juan, czy El Plomo w Chile, ale jak mówi naukowcy sądzili, że tak bardzo na południe nie ma już „Santuarios de altura”, jak nazywa się miejsca składania ofiar przez Inków na szczytach górskich. Oszołomieni wspinacze nie mieli pojęcia co robić. I jak mówi jeden z archeologów badających mumię i jednocześnie profesor Juana Carlosa ze szkoły: zrobili rzecz najlepszą z możliwych czyli nie zrobili nic. Postanowili kontynuować akcję górską i po jej zakończeniu wrócić w to miejsce z grupą archeologów. Z powodu złej pogody akcję górskązakończono po kilku dniach. Dzięki temu już pod koniec stycznia andyniści wrócili w miejsce znaleziska z ekipą badaczy pod przewodnictwem doktora Juana Schobingera. Odnaleziona mumia to chłopiec w wieku około siedmiu lat. W czaszce dziecka widoczna była dość pokaźna dziura. Ale wg naszego rozmówcy to raczej efekt późniejszych lawin kamiennych. Chłopiec odurzony prawdopodobnie chichą zmarł z wychłodzenia i bardzo ścisłego owinięcia tkaninami co zablokowało przepływ krwi. . Jego ciało ubrane w rytualną tunikę, owinięte było bardzo ściśle kilkoma warstwami tkanin. Ozdobione było rysunkami malowanymi pigmentem z rośliny achiote. Sok z achiote był też ostatnim napojem jaki spożyła ofiara. Wśród tkanin znaleziono podobnie jak w innych sanktuariach wysokogórskich: figurki w kształcie ludzi ze złota, srebra i muszli spondylus odziane w tkaniny z charakterystycznymi pióropuszami oraz figurki lamy. Dziecko miało ze sobą dwie niewielkie torby z tkaniny. Jedna z nich wypełniona była ziarnami. Badania laboratoryjne pozwalają stwierdzić, z dużym prawdopodobieństwem, że chłopiec pochodził prawdopodobnie z okolic Cusco. Zatem odległość jaką pokonał do miejsca swego przeznaczenia jest niewiarygodna. Wokół znaleziska usypane były półkoliste „pircas” murki z kamieni, całość skierowana na północ w kierunku potężnej południowej ściany Aconcagua. Tak wyposażony mały posłaniec wyruszył ponad pięćset lat temu do świata bogów by wybłagać lepsze plony, uchronić przed suszą czy innymi klęskami, a może zanosił zupełnie inne posłanie….

    To nie koniec wieczoru opowieść za opowieść. Juan Carlos i jego żona są bardzo ciekawi świata i wymagający. Opowiadamy więc o naszym kraju od plemion słowiańskich i chrztu Mieszka po Wałęsę i Wojtyłę. Czas mija, malbec znika. Na koniec dostajemy od domowników książkę Schobingera poświęconą mumii z Aconcaguy. To opasłe tomisko z wnioskami z całej gamy badań, kryjące pewnie wiele ciekawostek. Przeczytam z ciekawością jednak nic nie zastąpi relacji naocznego świadka – człowieka w pewien sposób „naznaczonego”, którego wybrała i do którego przemówiła historia…

     

    (więcej o mumiach inkaskich w tekście o capacocha i relacji z AmpatoJ

     

    14.10.2009

    Argentyńskie siorbanie czyli czym jest mate.

     

    Czym jest mate? Wydaje się że to proste pytanie i tak samo prosta będzie odpowiedź. Ale nie w Argentynie. Kiedy zadasz Argentyńczykowi pytanie „czym jest mate” zawiesi głos, zamilknie, oczy zwróci ku niebu (albo w kierunku sufitu, wszystko zależy gdzie zadasz to pytanie ;)), zamruczy…..”jak to wyjaśnić” – będzie odwlekał moment odpowiedzi……..”to rodzaj herbaty” podpowiadam……..jednak nie, moja podpowiedź nie jest satysfakcjonująca, co widzę po wykrzywionej z niesmakiem twarzy Pablo. Nie podejmuje zatem kolejnych prób a w zamian słyszę długą opowieść.

    Mate to rodzaj zwyczaju, rytuał w którym uczestniczysz wraz z przyjaciółmi. Zaproszenie do niego jest wielkim wyróżnieniem i jeśli ktoś częstuje cię mate to znaczy że chce się z tobą zaprzyjaźnić. Yarba mate pije się podając ją z  jednych rąk do kolejnych, jak fajkę pokoju.

    Zaparza się ją w naczyniu zwanym mate lub matero najczęściej zrobionym z tykwy a proces zaparzania jest ogromnie ważny aby miała ona odpowiedni smak. Mate zawsze przygotowuje gospodarz domu i pije ją jako pierwszy. Wypija cały napar i dopiero wtedy ponownie dolewa wody i mate podaje kolejnej osobie.

    Bardzo szybko nadarza się okazja abyśmy mogli uczestniczyć w tym rytuale. Pablo prowadzi bardzo otwarty dom i każdego wieczora odwiedzają go przyjaciele. Zaprasza nas do picia mate.  Pablo w pierwszej kolejności przygotowuje wodę w termosie. Nie może być bardziej gorąca niż 80 stopni, inaczej można oparzyć mate i straci ona smak, mówi Pablo. Z namaszczeniem wsypuje yerba mate do matero, następnie umieszcza tam bombillę – metalową słomkę zakończoną sitkiem. Powoli wlewa wodę. Następnie sam zaczyna sączyć napój.  Moje uczestnictwo w rozmowach przerywa głośne siorbnięcie. Pablo właśnie wypił ostatni łyk. Jestem chyba jedyną osoba która to słyszała a przynajmniej pozostali nie zwrócili na to uwagi. Enrique, Flawia i Daniel też siorbią. Rozumiem zatem, że to element tego „świętego zwyczaju”. Mam nadzieje, że samo siorbanie nie jest aż tak „święte” i obowiązkowe ;).    Moja kolej.  Próbuję pierwszy łyk……..moja twarz tężeje a napój zatrzymuje w ustach bo nie bardzo wypada go wypluć a przed połknięciem blokuje mnie ściśnięte gardło. W tej chwili dałabym wiele aby mate straciła choć odrobinę swojego „niezwykłego” smaku, nieważne czy z powodu zbyt gorącej wody czy z innych powodów ;). Gorzki, wyrazisty smak, tak gorzki, że wydaje się nawet nieco kwaśny. W dodatku w ustach czuję coś na kształt popiołu i kawałki zielska. Nie mam wyjścia połykam. Zanim oddam mate muszę ją wypić do końca. Spore wyzwanie ;). Mate krąży wokół stołu, wszyscy rozmawiają choć ja chwilowo nie mogę z siebie wydobyć ani słowa. A szkoda bo gdybym powiedziała „dziękuję” zostałabym pominięta przy następnej „kolejce” ;). Wszyscy pozostali wyglądają na zadowolonych, powiedziałabym wręcz że szczęśliwych. Szczęśliwie nie pytają  jak mi smakuje ;). Znowu dociera do mnie naczynie z yerba mate, nie wykręcę się, nie mam szans. Przypominam sobie szybko wszystkie opowieści o jej właściwościach zdrowotnych. Ma dużo witamin, pobudza, zwiększa wytrzymałość, oczyszcza organizm z toksyn, zwiększa ilość czerwonych krwinek, poprawia odporność itp. Niestety te opowieści nie zmieniają jej smaku ale właśnie ze względu na nie sugeruję aby każdy kto kiedykolwiek będzie miał okazję spróbować tradycyjną, nie aromatyzowaną mate nie zniechęcał się. Nie zniechęcajcie się po pierwszym łyku. Nie zniechęcajcie się też po drugim i trzecim ;).

    Muszę przyznać, że każdy kolejny jej łyk jest już coraz bardziej …..akceptowalny ;). Choć nie wiem czy jest coraz lepsza, słabsza, przyzwyczaiłam się, czy pierwsze silne doznania sprawiły że już nic nie czuje ;).

                                                                

     

    11.10.2009

    Skazani na lenistwo

     

    Siadam w czymś na kształt karczmy. Mięso skwierczy na grillu ale moje uszy najbardziej cieszy dźwięk otwieranego wina. Podchodzi nadzwyczaj przystojny chłopak z obsługi, uśmiecha się a trzepot jego długich i gęstych jak u lamy rzęs zmusza mnie do przytrzymania na głowie okularów jeśli nie chce aby odleciały wraz z „rzęsistym wiatrem” ;).  Szczęśliwie przystojniak szybko przyjmuje zamówienie. Jest proste. Dwie parillady libre. Lubię jeść, zresztą oboje lubimy więc to najlepsze dla nas rozwiązanie. Płacisz 5$ za wstęp do knajpy po czym do woli jesz grillowanie mięsa i sałatki. Od czasu do czasu podchodzi argentyński przystojniak, który pyta czy podać coś jeszcze robiąc przy tym spory wiatr trzepotaniem rzęs. Z czasem przytrzymuje okulary kiedy tylko widzę  go w  pobliżu naszego stołu ;).

    Mamy już nawet swoja ulubioną karczmę. Wdzięczna nazwa Eros wcale nie była głównym motywem dla którego knajpa stała się ulubioną ;).  Obsługa właścicielska, swojski klimat i doskonałe mięsa…….to mnie uwiodło. Właściciel w prawdzie bardziej niż argentyńskiego cosinero przypomina włoskiego mafioso i długo zastanawiam się zanim zapytam go o cokolwiek bo nie wiem jak zareaguje jeśli mu przeszkodzę to i tak lubię to miejsce.  Parillada to w przeszłości jedzenie dla biedaków. Głownie podroby i mięso gorszego gatunku. Dziś parillada jest wygodną formą żywienia dla smakoszy i obżartuchów (należymy do drugiej grupy ;)) gdzie podaje się doskonałe steki, kiełbasy i inne grillowanie specjały.  Do tego oczywiście fantastyczne argentyńskie wino……ale to rzecz oczywista a o tych często się nie mówi ;).

    Wciąż jesteśmy w Mendozie i choć pamiętam że mieliśmy zatrzymać się tu zaledwie na 3-4 dni, utknęliśmy tu na ponad 10 dni i wciąż nie widać końca naszego pobytu. Glowna atrakcja Mendozy to oprocz gory obu Ameryk Aconcagua, winnice. Jezdzimy do winnic a poniewaz  oboje jestesmy fanami wina i nie sa to nasze pierwsze wyjazdy do producentow oboje doskonale znamy proces produkcji tego doskonalego trunku. Slyszelismy te opowiesci tysiace razy wiec ze znudzeniem ktore ukrywamy pod szerokim usmiecham czekamy zwykle do punktu kulminacyjnego jakim jest degustacja ;).

    Skoro już utknęliśmy w Mendozie, w zasadzie u stóp Aconcagua to może warto sprawdzić możliwości wejścia na ta górę. Kiedyś była w moich planach, kiedy jednak zasmakowałam gór  mniej popularnych i przede wszystkim mniej zatłoczonych Aconcagua zniknęła z mojej głowy i przyszłości. Jesteśmy jednak przed sezonem…..a to oznacza pustki pod góra i zaczyna ona wyglądać coraz bardziej interesująco. Udajemy się do informacji która w Mendozie specjalizuje się w szczegółach dotyczących najwyższej góry obu Ameryk.  Dostajemy długą listę warunków które trzeba spełnić aby wchodzić na Anke przed sezonem:

    - po pierwsze trzeba kupić pozwolenie które zimą (czyli teraz) kosztuje więcej niż w sezonie

    - po drugie nie można pójść samemu, tylko trzeba ze sobą zabrać przewodnika, co oczywiście potęguje koszty

    -po trzecie trzeba wraz z wieloma innymi dokumentami (jak plan wyprawy, górskie CV i wiele innych) przedstawić świadectwo zdrowia, pewnie aby sprawdzić czy nie jest się niepoczytalnym ;)

    Po złożeniu wszystkich tych, jak tu przekonują niezbędnych dokumentów należy oczekiwać kilkanaście dni na otrzymanie permitu.

    Wygląda to dość czasochłonnie (choć i tak utknęliśmy w Mendozie) ale też dość zniechęcająco. Wszystko wskazuje na to, że po kradzieży mojego plecaka jesteśmy skazani na lenistwo ;).

     

    PS. Przy okazji jeszcze raz dziękuje za wszystkie wspierające i pełne poczucia humoru e-maile. Nie miałam pojęcia ze tak wiele osób w Ameryce Południowej zostało okradzionych. Fajnie wiedzieć, że ma się wsparcie.

    Serdecznie wszystkich pozdrawiam :D.

     

     

    08.10.2009

    Na stronach radioa.pl po pewnej przerwie są już kolejne relacje z naszej podróży. Wchodzisz w zakładkę chdk i tam w zakładkę patronujemy. Przynajmniej na razie tak to wygląda bo zmienia się image strony.

     

    07.10.2009

    bardziej optymistycznie
    dostalam kilka fajnych e-maili z dodatkowymi dobrymi stronami braku plecaka ;D.
     
    I: Po siódme - wiecej zwiedzisz
    Po ósme - masz więcej czasu na pisanie
    Po dziewiąte - poznasz smak lenistwa
     
    II: Odtad bedziesz wiedziala ze nawet stojac przy plecakach najlepiej je do siebie nawzajem i swojego ciala przywiazac! Tak pisze Beata Pawlikowska, ja tez nie raz okradli. Drugi raz sie nie dasz a innym bedziesz sluzyla za przestroge:):):) Pisza , ze nie nalezy przywiazywac sie do przedmiotow-poczuj sie wolna i nie uzalezniona:)
     
    III: zapomnialas jednak o najwazniejszym! - teraz, w pelni usprawiedliwiona, mozesz pojsc na wielki shopping i kupic mnostwo nowych rzeczy ;-)
     
    IV: z tego , co piszesz ocalal aparat foto i mamy nadzieje zdjecia z calej podrozy tez masz gdzies bezpiecznie schowane. A wiec mozna ten sprzet jakos odtworzyc. A zdjecia zrobione w unikalnej chwili, miejscu i sytuacji sa nie do powtorzenia (za zadne pieniadze).
    Dziekuje za wszystkie cieple slowa i e-maile pelne wsparcia i czesto tez poczucia humoru. Najwazniejsza rzecza jest, ze wokola sa wlasnie tak fantastyczni ludzie. Jestescie kochani. Dziekuje i przesylam moc usciskow :D.

    5.10.2009

    Dalej juz bez plecaka!

     

    Osiem miesięcy podróżowania po krajach wysokiego ryzyka jak Wenezuela, Ekwador, Boliwia, Peru i nic……pierwszy dzień w stolicy najbezpieczniejszego kraju Ameryki Południowej jak piszą przewodniki, Chile i…..stało się.

     

    Z San Pedro de Atacama mieliśmy pojechać do Argentyny, do Salty. Okazało się jednak, że kupno biletów to dość czasochłonna procedura bo trzeba je znaczne wcześniej rezerwować.  Kilka kolejnych dni w San Pedro grożą pozostaniem tu na zawsze więc szybko podejmujemy decyzje, że wyjeżdżamy do Santiago i dalej do Mendozy. W zasadzie mieliśmy do Mendozy nie jechać ale skoro tak prowadzi nas los….niech tak będzie. Zanim dotarliśmy do terminalu w Santiago de Chile minęły 24 godziny. Wieczność, choć trzeba przyznać, że bardzo wygodna i z dobrym cateringiem. Kiedy wreszcie wysiedliśmy w stolicy Chile Jarek poszedł kupić bilety do Argentyny a ja pilnowałam bagaży. Zadanie proste, nieskomplikowane wiec nawet mimo zmęczenia nie powinno sprawiać problemu. Jarek stoi już przy kasie a do mnie podchodzi niewyraźnie mówiący Chilijczyk i proponuje city tour. Odmawiam. Mówi coś jeszcze więc grzecznie pytam „słucham”, on powtarza ale znowu nie rozumiem wiec mówię tylko „no, gracias”. On grzecznie mówi „disculpame” i powtarza to kilka razy jakbym nie usłyszała. Słyszałam i spojrzałam na plecaki które stały obok mnie. Jednego już nie było. Nie było też „grzecznego” sprzedawcy city tour. Szybka interwencja Jarka i pogoń z kierunku wskazanym przez sprzedawcę biletów była już za późna. Bliskość metra sprawia, że złodziej rozpływa się. Ten rozpłyną się niestety z moim plecakiem. 

    Dobre kilka dni wciąż zadręczam się myślami. To niemożliwe. Ogromny plecak, na dworcu masa policji, do tego stałam przy tym bagażu, odwróciłam głowę zaledwie na chwilę ……to niemożliwe. A jednak. Jedynymi osobami które nie były ani zdziwione ani nawet nie próbowały podejmować jakichkolwiek działań byli policjanci. „Tak, to zdarza się tu wiele razy każdego dnia”, „skradzione bagaże raczej nigdy się nie odnajdują” – to jedyne co policja ma do powiedzenia w sprawie kradzieży.

    Wściekłość, smutek, żal, poczucie winy, poczucie bezradności i brak pomysłów na to co dalej to uczucia z którymi wychodzę z posterunku policji. W plecaku było wszystko, absolutnie wszystko poza pieniędzmi, dokumentami, szczoteczką do zębów i aparatem fotograficznym bo te zwykle mam przy sobie.

    Zostałam w tym co mam na sobie a niewiele tego bo w Chile jest już ciepła wiosna. Najbardziej boli brak górskich ciuchów i sprzętu bo to oznacza, że o górach muszę raczej zapomnieć. Zresztą biorąc pod uwagę to co mam zostaje mi chyba tylko brazylijska plaża ;).  

    Przypomina mi się od razu, że sami Chilijczycy mówią o sobie, że Chilijczyk jak ma okazje to ukradnie. Wcześniej myślałam, że to nadmierna samokrytyka i nieco kokieterii. Teraz wiem, że to niestety prawda. Zastanawiam się tylko w jakim Chile byli autorzy przewodników które konsekwentnie piszą o bezpieczeństwie w Chile.

    Moja tendencja do tego aby w każdym, nawet przykrym zdarzeniu umieć odnaleźć to co pozytywne tym razem śpi bardzo twardym snem. Nie umiem znaleźć nic pozytywnego w tym co się zdarzyło. Szczęśliwie kiedy to pisze minęło już kilka dni od kradzieży. W Mendozie urzekło mnie doskonale wino i parillady gdzie za jedyne 5$ objadasz się do woli grillowanymi mięsami i pysznymi sałatkami. Nadal nie mam plecaka, nadal mam tylko to w co byłam ubrana, plus kilka niezbędnych drobiazgów które kupiłam już w Mendozie, ale ……chyba już pogodziłam się ze stratą i nawet umiem dostrzec w tym pozytywne strony ;).

    Po pierwsze: mam mniej dźwigania

    Po drugie: nie musze się martwić o to, że cokolwiek mi ukradną

    Po trzecie: mogę spać w każdym dormitorium bez obaw o swoje rzeczy

    Po czwarte: nie mam kobiecych dylematów w co się ubrać, bo opcja jest zwykle tylko jedna, w to co jest czyste.

    Po piąte: mam mniej ubrań do prania co oznacza, że pieniądze przeznaczane zwykle na pralnie mogę tu przeznaczyć np. na wino ;)

    Po szóste: wszystkie rzeczy zawsze trzymam w porządku, nie da się ich rozrzucić po pokoju. W konsekwencji Jarek nie marudzi z tego powodu ;)

    Jeśli masz  pomysł co jeszcze pozytywnego może być w braku plecaka………..napisz, możesz mi pomóc poczuć się nieco lepiej ;).

     

     

     

     

     

  • Informacje o miejscu
  • Przygotowanie - formalności
  • Koszty
  • Dojazd
  • Noclegi
  • Co jeść
  • Pamiątki
  • Warto wiedzieć
  • Atrakcje
  • Ciekawostki
  • Ważne kontakty


  • Sponsorzy
  • Patronat medialny
  • Podziękowania
 
Komentarze do wyprawy: Ameryka na nowo ODKRYTA
 
Przysłany: 2010-01-16 11:47:33Skomentuj ten komentarz...
Też bym wrzeszczała ;). Testosteron kipi w tym kurzu......a może to estrogeny ;).
Napisał: Isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2010-01-14 15:21:48Skomentuj ten komentarz...
Cudowna idea, świetny materiał, fantastyczne zdjęcia. Ucałujcie proszę Claudie i Flavie.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2010-01-07 08:12:13Skomentuj ten komentarz...
Wyślijcie proszę do mnie takiego wielkiego ptaka abym mogłą znowu poszybować w niebo i polecieć w świat. Piękne lodowce, one zawsze mnie zachwycają.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-27 21:41:26Skomentuj ten komentarz...
„Może nawet do Patagonii…” mówił Janek Pradera z „Siekierezady” :))))))))))))))))))))) a ty sie mi mlody coraz bardziej podobasz!
Napisał: maugoska&tomek (maugoska@gmail.com)
Przysłany: 2009-12-23 17:56:48Skomentuj ten komentarz...
Najpierw deszcz, potem deszcz ze sniegiem a pozniej tecza:))) buziaki dla Ciebie Izula
Napisał: jaruch (jarek@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-23 17:53:55Skomentuj ten komentarz...
No wydawalo mi sie zbyt patetycznie wiec dorzucilem troche laciny:))
Napisał: jaruch (jarek@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-23 16:54:55Skomentuj ten komentarz...
Jaro, Magda i wszyscy którzy tam są..... na końcu świata na niebie pojawiła sie tęcza :). Na szczęście dla Was w Nowym Roku :). Kinga Choszcz mówiła "Każde marzenie jest nam dane wraz z siłą potrzebną do jego spełnienia". Jesteście dowodem na to, że miała rację. Wydaje się, że wszystko czego potrzebujecie już nosicie w sobie...dlatego teraz kiedy jesteście tak daleko od domu, na końcu świata, pamietajcie, że najpiękniejsze święta są w Polsce, ale Polska jest tam gdzie WY!!!!! Ściskam z całych sił...i przesyłam buziaki od bałwana Mietka, którego dziś ulepiłam w ogrodzie.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Przysłany: 2009-12-21 22:24:29Skomentuj ten komentarz...
Aaaaaaa, no i jeszcze jedno...nie byłabym sobą gdybym nie zapytała czy Eubalaena Australis to te wieloryby które sa na zdjęciach ? ;P uściski dla Was kochani i prześlijcie nam trochę słońca bo w Poland już prawdziwa zima...pada, pada śnieg. I to już kolejny dzień.
Napisał: isa (iza@odkryte.pl)
Dodaj nowy komentarz...
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  www.e-gory.pl  
  www.wyprawy.onet.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Chodzieskie Radio Internetowe  
  Magazyn Turystyki Górskiej