Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
 
    Poprzednie wyprawy
  « lista wypraw
Tytuł wyprawy: Apus Andinos - Peru 2015
Data wyprawy: 29.05 - 24.06.2015
Kontynent: Ameryka Południowa,
Obszar: Peru,
Miejsce docelowe: Peru
Atrakcja: trekking, wspinaczka, dżungla, podróżowanie, nurkowanie
Kategoria: wspinaczka, trekking, podróż
Autor wyprawy:
Łączka Jarek

e-mail: jarek@odkryte.pl

Miły, zwinny i dowcipny ;)

Łączka Jarek 
Galeria wyprawy: pokaż całą galerię »
 

ładowanie galerii...
 
 
 
  • Informacje o wyprawie :
  • Z notatnika podróżnika

    23.06.2015

    I jeszcze kilka z kolejnych dni.

    19.06.2015 20.40

    Trzeci dzień trekkingu to zejście z obozu na 2900m do wioski La Playa i dalej do Santa Teresa. Dzień rozpoczął się pochmurnie ale droga przez parującą selva alta, nad ktorą wisiały nisko ciężkie chmury – wynagradzała widokami lichą pogodę. Powietrze pełne wilgoci, stoki porośnięte gęstą dżunglą. Drzewa jak w baśniowym lesie porośnięte mchami, porostami i epifitami. Wśród zieleni zawieszone pomarańczowe granadille. Bananowce z zielonymi jeszcze owocami i walające się pod nogami dojrzałe awokado, które dopiero co spadły z drzew. Wśród drzew i krzewów nieruchomo zawieszone kolibry i szum rzeki w dole doliny.

    Powoli zaczynało się przejaśniać. Przez ostatnie kilka kilometrów towarzyszył mi pies przybłęda. Szedł równo ze mną, a kiedy się zatrzymywałem on zatrzymywał się również. Kiedy dotarliśmy do wioski, usiadłem na kawałku deski, a on ułożył się obok. Za płotem Indianki wysypywały na folię jakieś ziarna by je ususzyć na słońcu. Środkiem drogi spacerowała czarna świnia:)

    Obóz w Santa Teresa nie miał już nic wspólnego z obozowaniem w górach. W miejscu kempingowym muzyka grała cały dzień, a wieczorem kilka grup trekkersów urządziło prawdziwą imprezę. Tańce, śpiewy i picia caniaso bez dotykania kieliszków rękami. Dzień wcześniej słyszeliśmy o ptaku rupicola peruviana, który jest symbolem Peru. Jest piękny, jednak dźwięki, które wydaje przypominają wymiotującego człowieka. Leżąc w nocy w namiocie usilnie wyobrażałem sobie, że wokół zaroiło się od tych pięknych czerwono czarnych ptakówJ. Kiedy „ptaki” ucichły, gdzieś koło naszego namioty uwiła sobie gniazdko para trekkingowych kochanków. Śmichy, chichy, pomrukiwania komplementy. Aż tu nagle on pełnym rozczarowania głosem pyta „porque no?” (dlaczego nie). Od razu zgadłem, że nie pyta dziewczyny dlaczego nie smakuje jej świnka morska ani dlaczego nie podoba jej się „Sto lat samotności”. Ona chichocząc łamanym hiszpańskim „bo ty masz tu wiele dziewczyn”. Walczył dzielnie jeszcze jakieś 40 minut. Następnego ranka zobaczyliśmy go krążącego wokół naszego namiotu w poszukiwaniu zgubionej komórki. A trzeba powiedzieć, że dla wielu osób to najważniejszy sprzęt outdorowo – trekkingowy;). To była dużo cięższa noc, niż te wysoko w górach.

    Kolejny dzień to wędrówka z Santa Teresa do Hydroelectrica i dalej do Aguas Calientes. Pierwszy raz przechodziłem drogę z Santa do Hydroelectrica na piechotę. Prawie od początku towarzyszył mi widok potężnej ściany Machu Picchu. I choć to mój trzeci raz (chyba poproszę o kartę stałego klienta) to z ekscytacją myślałem, o tym, że jutro będę tam wysoko spoglądał na niezwykłe mury miasta, którego nazwa nie zachowała się nigdzie. Od nazwy górującego nad nim szczytu nazywamy je dziś Machu Picchu:)

    Nie będę po raz trzeci pisał o nim pisał, jak tylko odnajdziemy relacje z poprzednich wypraw (zaginęły gdzieś w sieci) to podam linki:)

     

    21.06.2015

    Kilka zdań spisanych wieczorami podczas trekkingu wokół Salkantay.

    18.06.2015 18:56

    Drugi dzień naszego trekkingu wokół Salkantay. Siedzimy w namiocie. Zmrok zapadl jakąś godzinę temu, leje. Jesteśmy w obozie na 2900m. To był niezwykły dzień. Najpierw podeszliśmy 750m w pionie na przełęcz pod Salkantay (4650m), a później zeszliśmy 1750m do obozu w lesie mglistym na 2900m. Salkantay (6271m) jest najwyższym szczytem Cordillera Vilcabamba. Jego nazwa wywodzi się z języka keczua i oznacza „dziką górę”.

     „Od zawsze” uznawany był za jedno z najważniejszych Apus (bóstwa górskie) regionu. I trudno się dziwić – wystarczy zobaczyć, by stwierdzić dlaczego. Potężna ściana śniegu i lodu robi wrażenie absolutnie niedostępnej i groźnej zarazem.

    Na przełęczy spełniliśmy toast piołunówką przywiezioną z Polski. Do toastu szybko przyłączyli się inni wędrowcy. Pierwszy łyk wylany oczywiście dla Pachamamy – za jej opiekę nad nami tu w Andach. Następnie toast dla okolicznych Apus – Salkantay, Huamantay i Ausangate. Wreszcie kilka liści koki dla Pachamamy, złożonych pod jeden z kamieni na przełęczy. I jak tu nie zachwycać się magia Andów. Dosłownie po chwili dwa potężne kondory, przez mieszkańców gór od zawsze uznawane za posłańców bogów, przeleciały nisko nad przełęczą. Z przekonaniem, że nasza „ofiara” została przyjęta ruszyliśmy w dół, dokładnie naprzeciw pędzącym ku nam znad dżungli kłębom chmur. Tego samego dnia Kordyliera Wschodnia Andów Peruwiańskich uraczyła nas tym co ma najlepsze: od lodu i śniegu Salkantay po bujną zieleń lasu mglistego (selva alta) porastającego jej wschodnie stoki. Jutro schodzimy do Santa Teresa.

    Należałoby napisać też coś o dniu wczorajszym, tj. drodze z Cusco do Mollepata i trekkingu do obozu pod Huamantay. Niestety toczyłem walkę o przeżycie i całe piękno tego dnia zeszło mi na nieco dalszy plan. Kiedy wstałem o czwartej rano czułem, że z żołądkiem nie jest dobrze. Kiedy dojechaliśmy do Mollepaty czułem się tylko troszkę gorzej. Kiedy ruszyliśmy w górę doświadczyłem jak bardzo zatrucie odbiera siły. Miałem wrażenie, że po każdym kolejnym kroku przewrócę się i nie wstanę. Powoli wyprzedzali mnie wszyscy na szlaku. Począwszy od innych trekkersów po Indianki obładowane andyjskimi plonami. Do obozu na 3900m dotarłem na wpół martwy, z decyzją o powrocie następnego dnia do Mollepata. Tylko dużo herbaty i spać. Już jednak w nocy obudziłem się z napadem wilczego głodu, co wyraźnie zwiastowało poprawęJ.

    Zdjęcia w galerii

     

    11.06.2015 20:50

    Siedzimy w autobusie do Puerto Maldonado. Przed nami kilka dni w dżungli nad Rio Madre de Dios i w rezerwacie Tambopata. Jednak zanim zaczniemy przedzierać się przez gęstwinę selwy trzeba przedrzeć się przez terminal autobusowy w Cusco. Godzina dwudziesta to czas odjazdu większości autobusów, więc na terminalu tłoczno. Wszyscy z zadartymi głowami wpatrują się w zawieszone pod sufitem telewizory. Od młodzieży po tradycyjnie ubrane Indianki – wszyscy kibicują. Trwa mecz Copa America między Ekwadorem a Chile.

    Jeszcze ciekawiej jest na zewnątrz przy wsiadaniu do autobusu. Przy stołku oświetlonym latarką stoi dwóch kierowników i jedna kierowniczka. Pierwszy kierownik sprawdza bilety i podaje poduszeczkę z tuszem. Tam gdzie w dokumentach widnieją nasze dane składamy odciski palców. Pora na kierowniczkę, która każe spojrzeć na siebie (ok., widok dość miły) i pstryka zdjęcia do rejestru. Następnie do akcji przystępuje drugi kierownik, który objeżdża nas sprzętem do wykrywania metalu. Wreszcie możemy wsiąść do autobusu. Kiedy siadamy wygodnie w drzwiach pojawia się ponownie kierownik numer dwa i tym razem wszystkich filmuje. Nie wiem czy mogę już jechać do dżungli bo nie zeskanowano mi oka i nie zbadano DNA.

    12.06.2015 20;57

    Pierwszy wieczór w obozie nad Madre de Dios. Dotarliśmy tu dziś łodzią płynąc w dół rzeki. Trzy dni drogi ( a właściwie rzeki) dalej Madre de Dios wpada do Amazonki.

    Wymęczeni serpentynami na wschodnich stokach Andów w końcu zjechaliśmy z Cusco 3300 m npm do Puerto Maldonado 200m npm. Zupełnie inną pogodę obserwujemy już od świtu. Puerto Maldonado wita nas nisko zawieszonymi ciężkimi chmurami. A dżungla wokół zdaje się parować. Miasto sprawia wrażenie jakby rozciągniętego w dżungli. Wokół drogi bananowce, niskie chatki trochę ukryte w zaroślach. I podobnie jak w Iquitos mnóstwo rykszy. Nawet Plaza de Armas robi wrażenie mocno prowincjonalne. Kierowca wiozący nas do portu na rzece zachwala za to nowy trzyletni most – jako najdłuższy w Peru. Moją uwagę zwraca potężny szary mur – to więzienie o wdzięcznej nazwie Madre de Dios.

    Czasy świetności portu rzecznego minął wraz z otwarciem mostu. Schodzimy stromym nabrzeżem najpierw na barkę a później na łódkę, którą popłyniemy dalej. Za to też kocham Peru. Jeden kraj – kilka światów. Jeszcze tydzień temu doświadczaliśmy zimna i suchego Andyjskiego powietrza na wysokości 4000m. Dziś powietrze jest wręcz nabrzmiałe wilgocią a do nosa dociera słodkawo kwiatowy zapach amazońskiej selvy. Ruszamy z nurtem „Matki Boskiej” na wschód w kierunku obozu.

    Czasy się zmieniają. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w Amazonii na wschód od ekwadorskiego Puyo. Hamaki podwieszone pod zadaszeniem z liści palmowych i miejsce z dużym stołem gdzie jedliśmy posiłki. Dziś to lodge, pokoje dwu, trzy osobowe, prąd z generatora przez trzy godziny dziennie „ gdybyś Amigo chciał doładować swoją KOMÓRKĘ”!?!?! Na szczęście nie ma zasięgu!! Mówimy tu oczywiście o miejscach, do których docierają turyści. Wiem, że są obszary dzikie (choć coraz ich mniej) gdzie możesz się dostać tylko na własną rękę. Na szczęście jeszcze są.

    Nie wiem czy powstające tu eco lodge to nie pułapka. Wnoszą do dżungli coraz więcej cywilizacji. Jestem pewien, że za kilka lat, niektóre z nich będą się chwalić tym, że jest wifi, telewizja kablowa, klimatyzacja i strefa wolna od moskitów!. A my w tych klimatyzowanych bańkach będziemy wnosić do dżungli jeszcze więcej syfu. To proste pytanie dudni mi w głowie w ten wilgotny, parny (na szczęście!), pełen komarów (na szczęście!) wieczór: Po co iść do dżungli ciągnąć za sobą cały cywilizacyjny syf? Jak mówi Ferdynand Kiepski: „Halinka przecież to wszystko masz w telewizji.”

     5.06.2015

    Obserwacja zwierząt w dżungli wcale nie jest łatwa jak na przykład na wenezuelskich Los Llanos. Trzeba się ich naszukać. I to akurat fajne bo zmusza do wysiłku i aktywności. W dżungli nad samą Madre de Dios i nieco głębiej nad jeziorem Sandoval zobaczyliśmy ich troszkę. Więcej udało się sfilmować niż sfotografować. Największe emocje wzbudziło jednak nocne spotkanie z chuchupe (zobacz jak się pisze). Jednym z najbardziej niebezpiecznych węży nie tylko w Amazonii, ale w ogóle. Podobno jego jad zabija w 20 minut. Tylko najsilniejsi męczą się około godziny.

    Najlepiej wspominam wieczory kiedy komary i nasi amerykańscy współtowarzysze poszli spać. „Pierwsi” przestawali kąsać, drudzy przestawali krzyczeć. Wtedy odzywała się dżungla a jej „wrzask” w połączeniu z milionem gwiazd na niebie to naprawdę niezwykłe doświadczenie.

    Wracamy do Cusco. Przed nami trekking wokół masywu Salkantay i Machu Picchu.

    Zdjęcia z dżungli wrzucam powoli do galerii. Wolno się ładują, więc będę wrzucał małymi partiami .

     

    09.06.2015 godzina 13.40

     

    Wczoraj wieczorem wyjechaliśmy z Arequipy do Cusco. Autobus typu cama, rozkładane siedzenia, posiłek i tylko jakieś 10 – 11 godzin jazdy. Nad płaskowyżem robiącym wrażenie księżycowego i wymarłego, az roiło się od gwiazd. Kiedy wjechaliśmy do Juliaca nic się nie zmieniło. Miasto jest dokładnie takie jak opisują je przewodniki – prowizoryczne, brzydkie, szare, surowe i zupełnie opustoszałe.

     

    Około drugiej w nocy dojechaliśmy do tyłu poprzedzającego nas autobusu kiedy ten zatrzymał się na drodze i … stoimy do tej pory! Altymetr wskazuje 3970m n.p.m. Stoimy przed wioską Ayaviri, której przewodniki poświęcają dosłownie dwa zdania. Akurat tej nocy na tym końcu świata zorganizowano protest. Mieszkańcy wioski zablokowali drogę i nie wiadomo kiedy będzie można przejechać. Kiedy tylko w nocy kierowca wyłączył silnik – od razu lodowate andyjskie powietrze ścisnęło nasz autobus. Poturbowany po Coropunie i na antybiotyku opatuliłem się tym co było pod ręką – ale było tego za mało. Z kolei w dzień odwrotnie. Operacja słońca na tej wysokości prawie nas usmażyła nigdzie ani trochę cienia a autobus jak nagrzana puszka. I tak czekamy na tym zadupiu w kolejce która już ciągnie się na kilometry. Od czasu kiedy przystanęliśmy mija właśnie 12 godzin.

     

    Godzina 21 Cusco

     

    Krótko potem jednak wyruszyliśmy dalej, a mieszkańcy wioski, którzy blokowali drogę machali z uśmiechem do przejeżdżających samochodów i autobusówJ

     

    Zdjęcia w galerii

     

    04.06.2015

     

     

     

    Strażnicy Arequipy – wulkany Misti, Chachani i Pichu Pichu oddzielają tą oazę od surowego, pustynnego i zimnego płaskowyżu rozciągającego się na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Kiedy przekroczymy przełęcz między wulkanami, przemawia do nas cisza… Pisałem kiedyś, że to pustkowie. Jednocześnie ma się wrażenie, że niczego nie brakuje. Cokolwiek więcej zakłóciłoby doskonałą harmonię. Takie przemyślenia dopadają mnie kiedy patrzę na rozległą Lagunę Salinas – słone jezioro otoczone wulkanami i ozdobione różowymi stadami flamingów. Nieco niepokoju do krajobrazu wprowadza wydobywający się z krateru Ubinas słup dymu. Kiedy próbuję opisać co czuję kiedy na takie widoki szybko się poddaję. Ten niezwykły krajobraz zrobił również wrażenie na Pani Trener, która w kilku słowach, dużo łatwiej, szybciej i dosadniej wyraziła co czuje. Tej poezji nie przytoczymy:).

     

    Po kolei. Pobudka o czwartej rano. Po piątej miał przyjechac taksówkarz i zawieźć nas na przedmieścia, skąd odjeżdżają busy do Ubinas maleńkiej wioski położonej w pobliżu wulkanu o tej samej nazwie. Oczywiście taksówkarz okazał się znajomym pani z hostalu i oczywiście nie wiedział skąd odjeżdża jedyny bus do Ubinas. W końcu dotarliśmy na Avenida Jesus około szóstej. Sklepikarz powiedział nam, że autobus odjeżdża o siódmej. Stoję zmarznięty między stacją benzynową a sklepikiem ze wszystkim. Wokół wyrasta uliczna jadłodajnia, stolik, gary, ryż, fasola, empanady. Zaraz potem z zaułków pojawiają się amatorzy śniadania. Przyglądam się chwilę z ciekawością. Odwracam wzrok, a tam: Pani Trener robi pompki na krawężniku! Reakcje miejscowych? Bezcenne. Ja garbię się z zimna, a Katarzyna jak ten zajączek z lepszą baterią.

     

    Wreszcie przyjeżdża bus. Wciskamy się do środka. Mieszanina zapachów zabija. Do tego wzdłuż busa tłuką się sprzedawcy słodyczy, empanad, nadziewanych ziemniaków itp. Autobus z trudem wdziera się na przełęcz między El Misti a Pichu Pichu. Po trzech godzinach zatrzymuje się w tumanach kurzu na wysokości 4000m gdzieś między słonym jeziorem a stokami wulkanu. Drzwi otwierają się z piskiem. Do autobusu wdziera się chłodne powietrze. Wysiadamy. Nie tak łatwo!!! Znikąd, na pustkowiu wyrasta malutka, starutka, pomarszczona Indianka i „pakuje” się do autobusu. Jest tak malutka, że na wysokie schody wchodzi na czworakach. Kierowca prosi by poczekała dopóki nie wysiądziemy. Niestety staruszka jest zupełnie głucha. Blokuje wejście, klęcząc na schodach i próbując wtaszczyć do autobusu wielki worek fasoli. Delikatnie pomagam jej siąść na bocznym stopniu i podają worek. Spogląda na mnie spod kapelusza zapadniętymi oczami i raczy bezzębnym uśmiechem. Wyrzucam toboły między rzadkie kępy ostrej trawy. Pisk drzwi, tuman kurzu i autobus kołysze się coraz mniejszy na drodze znikającej za horyzontem gdzieś w pobliżu plującego dymem wulkanu Ubinas.

     

    Zimny andyjski wiatr na twarzy (bo przecież nie we włosach he he), błękit nieba, cisza i bezruch. Przepraszam ruszają się niewielkie stada lam, flamingi brodzące w jeziorze i jeden stary pies. Każdy ma swój raj…

     

    Lecz my nie do raju, a po aklimatyzację. Po mojej pomyłce, która kosztowała nas jakieś 10km marszu, podchodzimy na stoki Pichu Pichu. Katarzyna bezlitośnie pokazuje mi tył. Na wysokości około 4500m rozbijamy namiot i około 18tej  robi się ciemno, kładziemy się spać. Tu stosunkowo blisko równika dzień trwa od 6tej do 18tej. W nocy temperatura spadła do około zera, może nieco poniżej. Nie było więc bardzo zimno. Pobudka o czwartej, hektolitry herbaty nasz ulubiony baton owsiano orzechowy od MegaFit i ruszamy w górę. Podejście oświetla nam najpierw księżyc w pełni a później świt. Pani Trener z każdym krokiem bije swój rekord wysokości. W pewnym momencie słyszę „jestem zmęczona”. „Uff, jednak człowiek” – pomyślałem z ulgą. Po złamaniu granicy 5000m n.pm. Katarzyna postanawia zakończyć śrubowanie rekordu. Ja idę dalej do rozległej grani szczytowej Pichu Pichu. Kiedy około jedenastej schodzimy w pobliże drogi patrzymy jak w pióropuszu kurzu ucieka nam jedyny autobus. Po godzinie jedno auto terenowe. Nie zatrzymało się. Po 30min drugie minęło nas, ale zatrzymało się. Wrzuciliśmy plecaki na pakę i ruszyliśmy z powrotem…

     

     

    2.06.2015

     

    Peru to kraj, który należy smakować wszystkimi zmysłami. Chcąc nie chcąc tym razem zaczęliśmy od smaku. Ostatnio mam duże szczęście do podróżowania z osobami, które luuuuubią poznawać tym zmysłem. Ostatnio Tomasz, a teraz Pani Trener. Skłamałbym gdybym powiedział, że sam nie należę do tej kategorii. Dopinając powoli wszystkie organizacyjne sprawy związane z wyjściem w góry, próbujemy lokalnych andyjskich potraw. I tak Pani Trener zaczęła grubo bo od smażonej świnki morskiej czyli Cuy. To tradycyjne andyjskie danie sięgające czasów Inków i wcześniejszych, a nie jakiś perwersyjny wymysł dla rozkapryszonych turystów. Katarzyna jak przystało na drapieżnika zostawiła jedynie drobne kostki i zębaty pyszczek świnki. Dla nas to jednak zwierzątko domowe, tutaj spożywcze. Taka dieta fit :) Chcesz wyglądać jak Pani Trener? – zjedz swojego pupila!!!

     

     

    Kolejna próba to Chicharron de Chancho – usmażone na chrupko kawałki wieprzowiny. Oczywiście, że pycha. Oczywiście, że bomba kaloryczna! Ja natomiast zacząłem od steku z alpaki (wielbłądowate, krewne lamy, nieco mniejsze dające bardziej szlachetną wełnę oraz Ocopa arequipena w innych rejonach Peru zwane papa a la huancaina – gotowane ziemniaki z sosem przygotowanym z połączenia pasty z żółtej papryczki chili odrobiny mleka oraz bialego sera.

    Do zdecydowanie kulinarnych doświadczeń zaliczyć należy wizytę na lokalnym targu – Mercado San Camilo – z bogactwem stoisk z owocami, rybami, mięsem, ziołami, świeżo wyciskanymi sokami owocowymi. Zaopatrzyliśmy się oczywiście w liście koki, które przydadzą się już jutro w górach. Choć Kasia swoją pierwszą garść koki przeżuła już na targu.

     

    Zobacz zdjęcia w galerii

     

    Jutro wyruszamy aklimatyzować się w rejonie Laguny Salinas na około 4300m, następnie spróbujemy podejść na wulkan Pichu Pichu 5635m. Wracamy za dwa, trzy dni…

     

    1.06.2015

     

    To w naszych wyprawach do Ameryki Południowej lubimy najbardziej. Plan… nie ma znaczenia! Tylko doświadczaj i działaj na bieżącoJ Najpierw nasza koleżanka Monia dowiozła nas kierując się GPS na Tegel gdzie rosły drzewa i biegały dziki. Na szczęście okazało się, że lotnisko było tylko kawałek dalej. Dzięki Monika! Zgodnie z planem z Berlina mieliśmy wylecieć osobno i dopiero w Amsterdamie wsiąść razem do samolotu do Limy. Siadłem zatem na worku z plecakiem naprzeciw stanowiska nadawania bagażu i patrzę jak Katarzyna zbliża się do celu. Rozmowa z panią trwa trochę długo, jakieś tłumaczenia, włącza się kolejna pani. Kolejka stoi. Po dobrych dziesięciu minutach zaczynam się niepokoić. Po kilku kolejnych zaczynam analizować czy dobrze nas odprawiłem przez Internet. W końcu jednak Katarzyna wychodzi z kolejki by powiedzieć, że do Amsterdamu lecimy razem lotem Air France i dalej do Limy również Air France a nie KLM. Przewoźnicy szukali ochotników na zamianę lotów bo samolot jest … przepełniony!?!? Nie wiem jak to możliwe a jednak. Za zamianę dostaliśmy jeszcze po 75 euro. Czuję, że wszystkie negocjacje będzie prowadzić Kasia;)

     

    Do Limy dotarliśmy około 20.00 i kolejny punkt naszego planu – przejazd nocą do Cusco – padł. O tej porze nie było już autobusów. A zatem zostajemy w Limie, z której zawsze uciekam natychmiast. Pierwsze doświadczenia z tym miastem zaważyły na tyle, że uważam je za jedno z najohydniejszych miejsc na moim ukochanym kontynencie. Okropne wrota do najbardziej niezwykłego kraju na świecie! A jednak Lima zaskoczyła mnie pozytywnie – jakoś bardziej przyjazna, korki i hałas nie tak natarczywe. Do tego słoneczny poranek i koliber buszujący po patio naszego hostalu sprawiły, że patrzę na tego dwunastomilionowego molocha nieco inaczej:)

     

    odkryte.pl Peru

     

    Kiedy już pomyśleliśmy, że czas działać zgodnie z planem… - kolejna zmiana. Autobusy do Cusco pełne. Rzucamy monetą. Opcja pierwsza czekamy do wieczora na autobus, w którym są wolne miejsca. Opcja druga – zaczynamy od Arequipy. Losowanie odbyło się gdzieś na dworcu autobusowym Civa na Javier Prado w Limie i trwało dwie sekundy. Przed nami droga do Ciudad Blanca (Białego Miasta) Arequipy!

     

    O poznawaniu Peru przez Panią Trener od strony kulinarnej napiszemy nieco później.

    Zdjęć w galerii jeszcze nie ma, ale będą :

     

     28.05.2015

    Plecaki spakowane i sprawdzone;) Dziś w nocy ruszamy do Berlina, stamtąd do Amsterdamu i dalej do Limy. Pierwsza relacja pewnie dopiero z dawnej stolicy inkaskiego państwa i centrum wszechświata:) – Cusco.

     

    Wyruszamy - Apus Andinos 2015

     

    Serdeczne podziękowania dla wszystkich, którzy pomogli w organizacji wyprawy, a w szczególności:

     

    ODLO  MEGA FIT  2b Active Fitness

    Telewizja STK

    Artgen

 
 
 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  Magazyn Turystyki Górskiej  
  Magazyn górski  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  www.wyprawy.onet.pl  
  Globtroter  
  Serwis wspinaczki mikstowej  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  www.e-gory.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Poznański Klub Podróżnika  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Radio Afera  
  planynawakacje.pl