Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
 
    Góry na których byliśmy - Ameryka Południowa
 
« wszystkie kontynenty
Huascaran
• wysokość:6746m n.p.m
• data wejścia:
2009-06-22 wyprawa: Ameryka na nowo ODKRYTA
 
Praktyczne informacje:

 

Huascaran 6746 mnpm

Termin w jakim odbyła się nasza wyprawa

Czerwiec 2009

Najlepszy termin

Najlepszy czas na wspinanie w północnym Peru  to maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień przy czym w lipcu należy się spodziewać najbardziej stabilnej pogody i najlepszej kondycji śniegu. 

Czas trwania

6 dni przy założeniu, że korzystasz ze wszystkich obozów. Przy dobrej aklimatyzacji 4 dni

Aklimatyzacja

Przed wyjściem na Huascarana warto zaaklimatyzować się na jednym z łatwych i szybkich (max 2-3 dni) szczytów w okolicy Huaraz. Najpopularniejszy szczyt to Pisco 5752 m npm i Vallunaraju 5686 mnpm.

Jeśli wybierasz się na Pisco to z Huaraz transportem publicznym tzw bus collectivo za 6 soli jedziesz do miejscowości Yungay. Tam za około 40 soli jedziesz do Cebollopampa. Dalej trek do bazy pod Pisco i dalej na szczyt.  W bazie pod Pisco jest schronisko gdzie można coś wypić i zjeść.

Stopień trudności drogi klasycznej   

Za John Biggar AD, za Brad Johnson PD+/AD-

Najtrudniejszym wydaje się odcinek pomiędzy obozem pierwszym a drugim ze względu na dużą ilość szczelin i niebezpieczeństwo lawin. Szczelin należy spodziewać się prawie do samego szczytu.

Niezbędny sprzęt

Raki, czekan uprząż, lina, kask, śruby lodowe i szable śnieżne (kilka szabli bo bywa sporo śniegu)

Dojazd

Transport publiczny:

W Huaraz łapiesz autobus do Mancos (koszt biletu autobusowego do  Mancos to około  5 Soli). W Mancos musisz wziąć taxi do Musho. Koszt taxówki to około 20 soli.

 Transport prywatny

Huaraz – Musho to koszt około 100$. Możesz go zorganizować prawie w każdej agencji turystycznej. 

Opis drogi wraz z obozami

Wariant standard

1 dzień – wyjeżdżamy z Huaraz i docieramy do Musho. Możesz skorzystać tu z transportu bezpośredniego z Huaraz (taxi) albo pojechać transportem publicznym do Mancos i dopiero tam złapać taxi do Musho.

W Musho wynajmujemy muły i idziemy do Bazy na wysokość 3750 mnpm.

Czas przejścia Musho – Baza – 3 h (bez plecaków)

2 dzień – Baza 3750 mnpm – Campo Morena  4750 mnpm. Czas przejścia   2 h (to pierwszy dzień kiedy na plecach dźwigamy sprzęt)

3 dzień – Campo Morena  4750 mnpm – Obóz Pierwszy na lodowcu 5100 mnpm. Czas przejścia 2 h.

4 dzień – Obóz Pierwszy  5100 mnpm – Obóz drugi  5900 mnpm. Czas przejścia 3,5 h. Ważne aby wyjść z obozu pierwszego bardzo wcześnie rano bo na wspomnianym odcinku jest wiele szczelin do pokonanie i duże zagrożenie lawinowe.

5 dzień – Obóz drugi  5900 mnpm – szczyt 6746 mnpm – Obóz Drugi  4300 mnpm. Standardowy czas wejścia na szczyt to od 5-7 godzin w zależności od warunków oraz szczelin.

6 dzień – Obóz drugi - Baza – Musho ewentualnie Baza – Musho – Huaraz w 7 dniu

Przy dobrej aklimatyzacji można skrócić czas zdobywania góry do 4 dni.

Koszty

Transport prywatny Huaraz – Musho – około 100 $

Bilet autobusowy Mancos – 5 Soli

Taxi Mancos  – Musho – około 20 Soli

Bilet wstępu do parku Narodowego Huascaran – 65 Soli. Bilet jest wielorazowego użytku i ważny jest przez miesiąc.

Muły – 5 $ za jednego muła za każdy dzień

Ariero – 10 $ za każdy dzień. Należy pamiętać o tym, że ariero policzy jeden dodatkowy dzień pracy swojej i mułów. To tak zwany dzień na powrót.

Tragarze – 30 $ za każdy dzień pracy

Wynajęcie w Huaraz sprzętu np. szabli śnieżnych – 2 Sole za całą jedną szable za wyprawę

Zakup szabli śnieżnych – 14 Soli za jedną.

 

Mapy

Alpenverine Cordillera Blanca

Istotne kontakty

1. Casa de Guias  e-mail: informes@casadeguias.com.pe

 tel: (51-43) 42-1811 lub (5143) 42-7545

2. Marco Herrera Rodriguez: mobil: 043943644737, e-mail: galaxia_peru@hotmail.com 

Pomocna literatura

 „The Andes. A guide for climbers” John Biggar.

“Classic Climbs of the Cordillera Blanca Peru” Brad Johnson  

Uwagi

 1. Aby pokonać odcinek pomiędzy 1 obozem na lodowcu a drugim na przełęczy trzeba wyruszyć bardzo wcześnie rano. Po drodze mija się spore pole lawinowe i im wcześniej tam będziesz tym bezpieczniej przez nie przejdziesz. My wyruszaliśmy z jedynki około 4 rano.

 2. Jeśli przyjedziesz do Huaraz sam i szukasz partnera na trekking albo wspinanie idź do Café Andino. Znajdziesz tam tablicę ogłoszeń i tym samym być może kompana podróży.

 

Opis:

Tej góry też nie było w naszych planach. Takie długie podróże jak nasza mają to do siebie, że pozwalają na bieżąco plany modyfikować. Huaraz i okoliczne szczyty tak bardzo nas zachwyciły, że szukamy wręcz powodów aby zostać tu jak najdłużej. Najwyższa góra Peru to powód nie byle jaki.

Wśród wyjątkowej urody szczytów Cordillera Blanca nikt nie zwróciłby uwagi na Huascarana. Nie zwróciłby, gdyby nie jego ogrom. I nie chodzi tu wcale o wysokość. Choć jest o trzysta metrów wyższy od najwyższych z pozostałych szczytów. Chodzi właśnie o ogrom całego masywu. Jest tak przytłaczający, że leżące obok i sięgające ponad 6300m Huandoy i Chopicalqui wydaja się maleństwami. Najwyższy szczyt Peru i szósty w całych Andach swą nazwę zawdzięcza Huascarowi, jednemu z ostatnich inkaskich władców. Został zabity w wojnie domowej przez przyrodniego brata Atahualpę i w ten sposób uniknął spotkania z Hiszpanami.

Jednak Indianie Quechua nazywają szczyt Matararaju co oznacza  Lodowa Trzcina (Matara = totora (rodzaj trzciny) Raju = lód)

Trudno zapomnieć też o tym, że Huascaran jest sprawcą jednej z największych tragedii w historii Peru.. W 1970 roku podczas trzęsienia ziemi, które w samym środkowym Peru pochłonęło 80 tys. ofiar, z Huascarana zeszła ogromna lawina śniegu, kamieni i błota, która dosłownie zmiotła z powierzchni ziemi całe miasteczko Yungay wraz z wszystkimi mieszkańcami.

 

Po zdobyciu Alpamayo nie dajemy sobie wiele czasu na odpoczynek i ruszamy już 16 czerwca. Ruszamy w bardzo zgranym włosko-peruwiańsko-polskim składzie. Mamy czas i doskonałe nastroje. Po wynajęciu mułów w Musho  ruszamy niezbyt stromą drogą która prowadzi najpierw przez wioskę, później przez eukaliptusowy las by wreszcie wspiąć się na wysokość 3750 m npm na położoną w dolnej partii moreny platformę na której jest baza. Jest wcześnie, słonecznie i ciepło. Gotujemy jedzenie, wylegujemy się na słońcu, Mauro pali jednego papierosa za drugim i tak mija całe popołudnie. W bazie nie ma nikogo więcej. Wprawdzie wszyscy mówią, że w obecnym sezonie są fatalne warunki w Cordillera Blanca bo spadło tak wiele śniegu, że na wielu szczytach jest duże zagrożenie lawinowe, ale……..czy to powód pustki w bazie? Nawet się nad tym nie zastanawiamy. 

Nadchodzi kolejny dość słoneczny dzień. Z bazy po późnym śniadaniu ruszamy do kolejnego obozu na morenie, nieco poniżej lodowca na wysokości 4700 mnpm. Kiedy tam docieramy mamy w prawdzie sporo czasu i niedaleko do kolejnego obozu na lodowcu, ale skoro nic nas nie goni, a w okolicy jest schronisko……..

Rozbijamy namioty i w doskonałych nastrojach czekamy na zachód słońca, który już z tego miejsca pięknie rozświetla Huascaran. Mauro tradycyjnie pali papierosa za papierosem i popija Casillero del Diablo, które za zupełnie chorą cenę można kupić w schronisku, albo parzy w swoim maleńkim przyborniku kawowym tradycyjną włoską  kawę . Włoskie przyzwyczajenia widać nie opuszczają go mimo wysokości. Zastanawiam się jak wysoko zamierza ze sobą wnosić to magiczne cudo, w którym może zaparzyć jedna małą filiżankę mocnej kawy. Kolejnego dnia wstajemy tak późno jak to możliwe bo nasze namioty długo pozostają w cieniu który rzuca Huascaran. Kiedy są już suche pakujemy się i ruszamy do góry. Początkowo przez 40 minut moreną by wreszcie ruszyć przez lodowiec. Ruszamy w dwóch teamach i kiedy jesteśmy już blisko obozu pierwszego na lodowcu, prawie dokładnie pod przełęczą między dwoma wierzchołkami Huascarana słychać spory huk  Wszyscy patrzymy w kierunku dużego urwiska pełnego seraków ponad obozem. Właśnie tam  ze ściany zaczyna obsuwać się śnieg. Początkowo jak niewielki strumień wody by nagle z hukiem w dół runęły seraki i ogromne ilości śniegu zalegające nad obozem. Po sekundach wszystko to zamieniło się w galopującą w naszym kierunku lawinę. Rzuciliśmy się do ucieczki.. Po chwili stało się jasne, że cała nasza trójka na linie nie ma szans. Teraz kiedy o tym myślę, wiem, że nikt, nawet agent 007 też nie miałby szans. Kiedy zatrzymaliśmy swój dziki jak na 5100 m npm galop, nagle lawina też się zatrzymała. Większość śniegu i kawałków lodu wylądowała w szczelinie poniżej ściany. „Tenemos suerte” zarechotał  Jose, Mauro choć przerażony nie na żarty zapalił papierosa,  Jarek zamilkł na kolejne kilka minut a mi w głowie kołatała  tylko jedna myśl „idźmy dalej, nie chce tu nocować”.

Niestety moje marzenia o dalszej wspinaczce nie mogły zostać zrealizowane, przynajmniej przez najbliższe kilka godzin, bo odcinek pomiędzy pierwszym obozem na 5100 mnpm a drugim obozem na Gargancie na wysokości 5900 mnpm należy do najniebezpieczniejszych. Szczeliny i ogromne pole lawinowe najbezpieczniej jest przekraczać wcześnie rano zanim słońce ogrzeje ścianę i runą w dół tony śniegu.

Potulnie rozbijam namiot i wrzucam do niego wszystko co dźwigam na swoim grzbiecie. Przepiękny zachód słońca pozwala szybko zapomnieć o lawinowej przygodzie. Lodowiec w zachodzącym słońcu wygląda jak dopiero co upieczone ciastko. Mam fantazje, że jest waniliowe i właśnie wtedy Mauro wyciąga swój uroczy „dzbanuszek” i zaczyna parzyć kawę. Hmmm, jak bardzo tęsknie choćby za waniliowym budyniem.

 

Ledwo zachodzi słońce, a śnieg ścina mróz i robi się tak zimno, że natychmiast zatapiam się w swoim śpiworze. Gorąca herbata i próbuję zasnąć. To pierwszy obóz gdzie mam z tym problem bo budzę się przy każdym trzasku spadającej lawiny. Szczęśliwie to nie jest długa noc, bo ruszamy do obozu drugiego o 5 rano. Jest ciemno i zimno, ale za to bardziej bezpiecznie. Przechodzimy szczeliny, jedna za drugą. Przypominam sobie wszystkie opisy przewodnikowe, które podają, że  każdego roku na Huascaranie ze względu na globalne ocieplenie jest coraz więcej szczelin. Jedne mniejsze, inne większe. Wspinamy się dość stromą ścianka o nachyleniu około 50 stopniu, przekraczamy kolejne szczeliny i trawersujemy w lewo. Tam tak szybko jak to możliwe staramy się przejść przez pole lawinowe. Mijamy wielkie lodowe głazy i mniejsze bryły lodu i śniegu. Wygląda groźnie i chcę jak najszybciej być na Gargancie. Wreszcie docieramy na przełęcz. Mimo tego, że jest słonecznie jest bardzo zimno. Wieje silny wiatr choć mówią, że takich wiatrów spodziewać się można dopiero w sierpniu. 

W takim zimnie szybko rozbijamy namiot (nawet nie wiedziałam, że jesteśmy w stanie zrobić to tak szybko ;)) i znikam w nim natychmiast w pełnym opakowaniu. Mija trochę czasu zanim czuję, że moje palce u stóp i dłoni robią się ciepłe. Zaczyna mnie jednak coraz bardziej zastanawiać dlaczego tak mały jest ruch na tej górze w samym środku sezonu.

Po dwóch godzinach docierają jeszcze dwa zespoły, jeden peruwiańsko- słowacki a drugi amerykański. Będzie raźniej a góra jest na tyle duża, że tłok raczej nam nie grozi. Mauro znika w swoim namiocie na długie godziny i ani razu nie słyszę propozycji „quieres cafe italiano?”. Spodziewam się, że śpi choć trochę niepokoi mnie ta cisza. Myślę, że wszyscy są skupieni przed atakiem szczytowym. Jest coraz zimniej i wieje coraz silniejszy wiatr. Kiedy leżymy w namiocie mam obawy o to, że kiedy wyjdziemy z niego oboje wiatr porwie namiot. Na wszelki wypadek nie sprawdzamy tego i wychodzimy z namiotu pojedynczo. Czas mija wolno ale w końcu pisk budzika oznajmia północ. Wiatr tak huczy, że nie słyszę tego co mówi do mnie Jarek. Niewiele zostało mi do ubrania bo większość mam już na sobie zakładam tylko buty, które „śpią” ze mną w śpiworze, uprząż, kask i w zasadzie jestem gotowa. Czekam na sygnał że wychodzimy. Jest tak przeraźliwie zimno, że nie chcę wychodzić z namiotu za wcześnie. Potrzebuję chwili na zapięcie raków. Wreszcie. Wszyscy gotowi. Ruszamy. Mauro zostaje w namiocie. Jest wyziębiony i chory. Teraz rozumiem że mój niepokój z powodu ciszy i braku cafe italiano po południu był uzasadniony.

Kierujemy się na przełęczy w lewą stronę i dość szybko dochodzimy do pierwszych szczelin,  mocno zasypanych śniegiem. Mosty jednak są kruche i w  pierwszą szczelinę wpada Jose. Małpia zwinność i duża siła pozwalają mu zawisnąć na czekanie na krawędzi szczeliny. Adrenalina natychmiast mnie rozgrzewa kiedy czuję szarpnięcie liny. Kolejne szczeliny przechodzimy z większą uważnością i solidniejszą asekuracją. Docieramy do trawersu.  Nad nami wielkie seraki  a my pniemy się do góry. Nie ma drogi, jesteśmy pierwsi i szukamy najlepszego wejścia. Jest dużo śniegu i natychmiast przypominam sobie opowieść Szwajcarów spotkanych w Huaraz, którzy z powodu śniegu mieli sporo problemów w tym sezonie. Na Huascaranie droga normalna zmienia się nie tylko z sezonu na sezon, ale też z miesiąca na miesiąc. Jest tak duża ilość szczelin, że konieczne jest szukanie przejścia pomiędzy nimi czasami z prawej, czasami z lewej strony, a czasami nie da się inaczej tylko trzeba je przeskoczyć. Jest coraz zimniej bo wieje coraz silniejszy wiatr. Mam wrażenie, że odmrozi mi policzki. Jednak idziemy uparcie do góry. Śniegu dużo i sypki. W oddali widzę migoczące światło czołówek dwóch pozostałych zespołów. Kiedy po raz pierwszy słyszę „mucho placa,  peligroso” nie chce przyjąć tego do wiadomości. Idziemy wyżej i zakładamy pierwsze szable. Wypadają przy pierwszym niezbyt mocnym szarpnięciu. Dociera do nas drugi zespół. Słyszę jak Jose rozmawia z Rogerem. „peligroso, peligroso, peligroso” – to najczęściej pojawiające się słowo w tej rozmowie. Nie chcę uwierzyć, że jest na tyle niebezpiecznie aby wracać. Jesteśmy już na 6400 m npm. Zostało zaledwie 300 m. wiatr huczy mi w uszach, śnieg sypiący się ze ściany oblepia lodem twarz, a ja wciąż myślę „idźmy, idźmy”. Docierają kolejne zespoły. Wchodzimy jeszcze kilkadziesiąt metrów wyżej z nadzieją, że wyżej są lepsze warunki. Niestety nie są. Zapada decyzja która przyjmuję z ogromnym trudem. „Schodzimy”.

W silnym wietrze i milczeniu wracamy do obozu. Mamy czas – myślę - może zaczekamy na poprawę pogody. Przecież nie może wciąż tak wiać. Pytam Jose o to ile dni potrzeba na to aby warunki w ścianie poprawiły się. „Przy dobrej pogodzie 10-15” - słyszę.

Wtedy wiem, że naprawdę schodzimy.

„Tranquila Isabella, la montana espera”.

 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  Magazyn Turystyki Górskiej  
  Magazyn górski  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  www.wyprawy.onet.pl  
  Globtroter  
  Serwis wspinaczki mikstowej  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  www.e-gory.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Poznański Klub Podróżnika  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Radio Afera  
  planynawakacje.pl