Za dwadzieścia lat
bardziej będziesz żałował
tego czego nie zrobiłeś,
niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny,
opuść bezpieczną przystań.
Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Mark Twain
   
 
    Góry na których byliśmy - Ameryka Południowa
 
« wszystkie kontynenty
Roraima
• wysokość:2700m n.p.m
• data wejścia:
2009-02-23 wyprawa: Ameryka na nowo ODKRYTA
 
Praktyczne informacje:

 

Roraima 2700 mnpm

Termin w jakim odbyła się nasza wyprawa

Luty 2009

Najlepszy termin

Cały rok, ale najbardziej suche miesiące to grudzień i styczeń

Czas trwania

6 dni

Stopień trudności drogi klasycznej  

Droga klasyczna to trekking, ale dla ambitnych wspinaczy możliwe jest wspinanie się na szczyt Roraimy i to bardzo trudnymi technicznie drogami. Wlaśnie tam spotkać możecie Kurta Alberta który nie tylko jako pierwszy zdobyl Roraimę od wenezuelskiej strony ale też często tam wraca by robić nowe drogi.

Niezbędny sprzęt

W wypadku Roraimy najbardziej niezbędny sprzęt to dobre buty trekkingowe i nieprzemakalne ubranie. Ważne też aby ubranie było z długim rękawem bo inaczej zjedzą was muszki puri-puri i komary. Dobry repelent jest absolutnie niezbędny a najlepszy jaki udało nam się znaleźć w Wenezueli to Avispa. Repelent lepiej kupić na miejscu w Wenezueli bo te przywożone z Polski są po prostu nieskuteczne.

Dojazd

Startujemy z Ciudad Bolivar i wsiadamy w autobus który jedzie w kierunku Santa Elena.

UWAGA: jadąc autobusem z Ciudad Bolivar do San Francisco korzystamy  z linii autobusowej Trans Bolivar, która ma swój  przystanek na lotnisku. Te linie są szybsze i tańsze od tych, które stacjonują na dworcu autobusowym

Wysiadamy w San Francisco gdzie wynajmujemy auto, które dowozi nas do Paratepuy.

Opis drogi wraz z obozami

Pierwszy dzień

San Francisco – Paratepuy – przejazd autem

Paratepuy – obóz nad Rio Tek, czas przejścia około 3h

W obozie nad Rio Tek największą zmorą są komary i muszki puri-puri. Pamiętaj o dobrym repelencie. 

Drugi dzień

Rio Tek – baza pod Roraimą, czas przejścia około 5h

Dzień trzeci

Baza pod Roraimą – szczyt Roraimy, czas przejścia około 6h. Tam rozbija się obóz i w zależności od tego co chcesz zobaczyć zostaje się tam jeden lub dwa dni.

Dzień czwarty

To zwykle dzień w którym zostajesz na szczycie. Rozległe plateau szczytowe daje duże możliwości trekingu, np. z obozu do tzw triple - point (miejsce gdzie zbiegają się granice 3 państw – Wenezueli, Gujany i Brazyli) czas przejścia to około 5h

Dzień piąty

Szczyt Roraimy – obóz nad Rio Tek

Dzień szósty

Rio Tek – Paratepuy i dalej przejazd autem do San Francisco

Koszty

960 BsF od osoby – 6 dni w tym bilet z Ciudad Bolivar do San Francisco i z powrotem, jedzenie, porter (porter nosi wyłącznie jedzenie i jest przy okazji kucharzem), przewodnik

Istotne kontakty

  1. Jeśli chcesz się wspinać to warto to robić z Ivanem Calderon. Nie współpracowaliśmy z nim bezpośrednio ale poznaliśmy się pod Roraimą gdzie robił nową drogę z Kurtem Albertem. To niezależny przewodnik, który może pokazać Ci każde miejsce w Wenezueli ale specjalizuje się we wspinaniu. Kontakt do Ivana: kcstepuy@hotmail.com lub kcstepuy@gmail.com Ivan komunikuje się po hiszpańsku i angielsku.
  2. Jeśli interesuje Cię droga trekkingowa usługę przewodnicką w bardzo rozsądnej cenie znajdziesz W Ciudad Bolivar u niezależnego przewodnika z którym za małe pieniądze możesz pójść na Roraime. Na imię ma Luis. Numer telefonu: (0412) 1845560 (jeśli dzwonisz z Polski pamiętaj o kierunkowym do Wenezueli 58). Luis komunikuje się po hiszpańsku.

Uwagi:

  1. Prawo wenezuelskie nakazuje aby na Roraimę wchodzić z przewodnikiem.
  2. Koniecznie zabierz ze sobą dobry repelent
  3. Droga którą jedzie się pod Roraimę to jeden ze szlaków narkotykowych z Kolumbii do Brazylii co wiąże się z częstą kontrolą autobusów. Jeśli twój autobus będzie kontrolowany nie spuszczaj z oczu swojego bagażu nawet jeśli osobą kontrolującą jest policja. Policji często zdarza się w nie postrzeżony sposób „przywłaszczyć” czyjeś  mienie. 

 

Opis:

Roraima – najwyższy szczyt Guyany zdobywamy od wenezuelskiej strony

 

W ostatnich tygodniach mała kontuzja ręki jakiej się nabawiłam podczas przeprawy przez rzekę Kukenan uniemożliwiła mi pisanie. Nadrabiam zatem zaległości pisząc o wejściu na Roraimę

 

Roraima – rozległe tepuy na granicy 3 państw: Wenezueli, Brazylii i Gujany. Niezbyt wysokie bo sięgające zaledwie 2700 mnp ale na tyle wysokie by być najwyższym szczytem Guyany. Od początku naszej podróży wiedzieliśmy, że chcemy zdobyć Roraimę- magiczną ze względu na Artura Conan Doyla, który właśnie tu wyobraził sobie „zaginiony świat” dinozaurów, magiczną ze względu na endemiczne gatunki zwierząt i roślin  i ze względu na swój księżycowy krajobraz.

Na Roraime można przyjechać jedynie z przewodnikiem a agencje oferują wygórowane ceny. Poszukiwanie niezależnego przewodnika nie trwało długo. Znajdujemy go w Ciudad Bolivar. Na imię ma Luis. Negocjujemy bardzo dobra cenę i dla bezpieczeństwa przed wyjazdem z Ciudad Bolivar płacimy mu jedynie za jedzenie i bilety do San Francisco. W San Francisco, które jest prawie u podnóża góry płacimy resztę należnej  sumy i startujemy. Po drodze nasza grupa powiększa się o 6 czeskich biologów. Prawdziwych pasjonatów, których zachwyca każde źdźbło trawy a nawet kleszcze i inne stworzenia które na swój własny użytek wrzucam do jednego worka z nazwą „nieprzyjazne dla człowieka”. 

Wynajmujemy jeepa i jedziemy do wioski Paratepuy skąd dalej prowadzi już szlak trekkingowy wśród wysuszonych traw gran sabana. Po około 3 godzinach dość szybkiego marszu docieramy do Rio Tek, które w mojej fantazji po kilkunastu godzinach podróży urosło do rozmiarów raju, w którym chciałam wreszcie położyć się w pozycji horyzontalnej i odpocząć. Jakże wielkie było moje zdziwienie kiedy okazało się, że Rio Tek jest może i rajem ale dla muszek puri-puri które atakują jak nienasycone wampiry a są tak maleńkie że trudno się przed nimi schować. Kiedy obudziłam się kolejnego ranka w namiocie miałam wrażenie ze śpią obok mnie zupełnie inni ludzie niż Ci których widziałam wieczorem. Jesteśmy tak pogryzieni przez moskity i puri-puri, że wyglądamy jak chorzy na ospę w jej bardzo ostrej fazie. Pakujemy się tak szybko jak to możliwe i „uciekamy” z Rio Tek. Nie jadłam nawet śniadania, żeby ograniczyć ilość czasu w tym niezwykłym „raju” ;). Idziemy do Campo Base, które znajduje się prawie pod samą ściana Roraimy. Prowadza tu około 4 godziny drogi wśród suchych o tej porze roku traw grana sabana. Gdzieniegdzie trawy są bardziej zielone i zwykle wtedy dla nas oznacza to konieczność przeprawiania przez rzekę, która mimo pory suchej ma dość wartki nurt. Wreszcie docieramy do Campo Base i tam kończą się nasze zapasy słodkiej wody. Mam mieszane uczucia kiedy Luis podaje mi neste rozpuszczoną w wodzie ze strumienia i zapewnia że to jest bezpieczne…..pozostaje mi jednak albo umierać z pragnienia gotując każdy kubek wody albo zaufać. Zaufałam. Za każdym razem rozpuszczając aspirynę w wodzie ze strumienia ufałam, że  jej zdrowotne walory będą przeważały nad ewentualnymi skutkami ubocznymi picia wody ze strumienia ;).

Jesteśmy w campo base poza sezonem. To w tym czasie bardzo spokojne miejsce. Oprócz nas są tam jeszcze dwa zespoły, które zdobywają Roraime droga wspinaczkową. W jednym z nich jest Kurt Albert, który jako pierwszy zdobył  Roraimę droga wspinaczkowa od wenezuelskiej strony. Wydaje się, że teraz wspina się tu z sentymentu. Jest z wenezuelskim przewodnikiem Ivanem z którym dość szybko się zaprzyjaźniamy.

 

Niestety psuje się pogoda, choć Carl i Ivan mówią, ze wcale się nie psuje tylko jest taka jak zawsze czyli PADA DESZCZ. Rano zwijamy mokry namiot i ruszamy na szczyt. Z pewną tęsknota myślę o schronisku na szczycie o którym miejscowi mówią „refugio”.

Droga na szczyt jest urozmaicona i baaaaaaaaaaardzo ciekawa. W znacznej części szczególnie dla naszych przyjaciół z Czech bo dla nich jungla wokół Roraimy to prawdziwy Raj. Przechodzimy wśród porośniętych mchem drzew palmowych. Dookoła soczysta w deszczu zieleń miesza się z intensywnymi barwami kwitnących kwiatów i roślin owadożernych. Choć zachwyca mnie bogactwo kolorów to ani na chwile nie tracę czujności bo myśl o tym, że to co jest na drzewach mogłabym mieć za koszula przyprawia mnie o gęsią skórkę i przezornie staram się niczego nie dotykać.   

Wciąż pada a my coraz bardziej zapadamy się w błocie. Jesteśmy już tak przemoczeni, że dbam już tylko o to aby suchy był choć plecak a w dodatku po mojej twarzy spływa niebieska pasta do zębów którą Luis kazał mi posmarować ugryzienia po puri-puri. Z taką ilością niebieskiego koloru na twarzy mam szanse dostać się do wioski smerfów albo innych zielono-niebieskich stworów bez przepustki ;).  

Myśl o REFUGIO na szczycie rozgrzewa mnie i pozwala z optymizmem iść do góry w tak intensywnym deszczu, coraz silniejszym wietrze i coraz głębiej zasysającym nas błocie. 

Wreszcie wychodzimy na szczyt. Kamienne labirynty we mgle wyglądają identycznie. Czekamy na Luisa, który został w tyle z Czechami podziwiającymi endemiczne okazy żab. Jesteśmy coraz bardziej zmarznięci ale wreszcie z mgły wyłania się Luis i przejmuje prowadzenie. Zgodnie z instrukcją Refugio powinno być kilka minut od szczytu ale po 10 minutach zaczynam się niecierpliwić bo dookoła nie ma nawet najmniejszych zwiastunów obiecanego schroniska. Kiedy Luis prowadzi nas na wąską, skalna półkę i mówi „Agui es refugio” spodziewam się, że to jest żart i to dość nieudany. Ale kiedy widzę, że Luis zabiera się za rozbijanie swojego namiotu wiem już, że musze przedefiniować w swojej głowie znaczenie słowa „SCHRONISKO”.

 

„Schronisko” pod wiszącą skała staje się naszym domem na najbliższe dwa dni. Wciąż pada i pada, wciąż jest mgła i wciąż jest zimno. Dookoła kamienne labirynty w które nie mamy ochoty się zagłębiać w takiej pogodzie. Drugiego dnia na chwilę zza mgły wyłania się słońce. Ta chwila twa krótko ale wystarczy bo zobaczyć, że kamienne labirynty rozciągają się aż po horyzont a z najwyższych partii Roraimy widać odlegle o 25 km Paratepuy. Warto było tu wejść i to wcale nie dlatego, że to najwyższy szczyt Gujany. Warto było dla tych kilku słonecznych chwil i zapierającego dech w piersiach widoku.

 

Pogoda nas nie rozpieszczała bo oprócz tych kilku słonecznych chwil na szczycie w drodze powrotnej znowu przedzieramy się nie tylko przez jungle ale tez przez mgłę. Schodzimy do campo base gdzie zatrzymujemy się na chwile i wymieniamy przyjacielskie uściski z Ivanem ale nie zostajemy tu na noc bo czas karnawału przyciągnął na Roraime rzesze turystów którzy właśnie rozpoczęli „oblężenie” campo base. Schodzimy niżej do Rio Tek. Przeprawa przez rzekę kukenan kosztuje mnie kontuzje ręki. Po intensywnych deszczach rzeka przybrała wody i nurt stał się bardziej wartki. Na śliskich kamieniach mój ciężki plecak nie dał mi żadnych szans.  To niesamowite, że dopiero kiedy nie miałam możliwości używania prawej ręki zobaczyłam jak bardzo jest mi potrzebna. Kłopotem było wszystko: jedzenie, mycie, pakowanie…..

 

Na szczęście oprócz opóźnień w pisaniu chyba nie będzie więcej konsekwencji tego mokrego upadku ;)

I do Bolivara się zagoi :D

 

 

 
opisz swoją wyprawę
 
 

Jeżeli byłeś w miejscu, które chciałbyś opisać, jeżeli widziałeś coś co chciałbyś polecić innym przyłącz się do nas i napisz o tym! Z ochotą opublikujemy wspomnienia ludzi takich jak my - ciekawych świata, z pasją oddających się podróżom, przemierzających odległości z otwartymi oczami.

formularz dodawania wyprawy »
 
 
 
współpracujemy z:
 
  Magazyn Turystyki Górskiej  
  Magazyn górski  
  Ceneria - outdorowa porównywarka cen  
  www.wyprawy.onet.pl  
  Globtroter  
  Serwis wspinaczki mikstowej  
  Góry - górski magazyn sportowy  
  www.e-gory.pl  
  www.swiatpodrozy.pl  
  Poznański Klub Podróżnika  
  Chodzieski Dom Kultury  
  Radio Afera  
  planynawakacje.pl