Na samym końcu doliny Santa Cruz w północno – wschodniej części Cordillera Blanca, w otoczeniu potężnych ścian Pucachirca i dostojnych grani Quitaraju stoi przepiękna lodowa katedra która nie bez przyczyny zyskała miano najpiękniejszej góry świata. Alpamayo nie było w naszych planach. Jest jednak tak piękna, że będąc tak blisko trudno o nią nie zawalczyć. Choć najpiękniej prezentuje się od północnej strony, południowo-zachodnia ściana jest najbardziej popularna i gromadzi najwięcej wspinaczy z całego świata.
Przez wiele lat najpopularniejszą i najłatwiejszą drogą była Ferrari, z której obecnie od kilku lat wyjście na grań zamyka wielki serak. Od czasu do czasu część tego seraka obrywa się i spadając w dół zmiata wszystko co napotka na swojej drodze. W 2003 roku w ten sposób zginał wenezuelski przewodnik który prowadził na szczyt włoskich wspinaczy.
Dziś bardziej popularna jest droga francuska, która choć trudniejsza bezpośrednio prowadzi na szczyt i daje większe poczucie bezpieczeństwa.
W obecnym sezonie w Cordillera Blanca panują dość trudne warunki. Anomalie pogodowe dotykają również ten rejon i w górach mimo pełni lata wciąż leży bardzo dużo śniegu. Część gór ze względu na luźny śnieg w ścianie i duże zagrożenie lawinowe nie miała jeszcze w tym sezonie żadnego wejścia.
Mimo niestabilnej pogody decydujemy się na to aby zdobywać Alpamayo i wybieramy french direct. Wyruszamy 6 czerwca. Nie spieszymy się. Mamy sporo czasu a pogoda choć zmienna nie budzi naszego niepokoju.
Pierwszego dnia dojeżdżamy do Cashapampy i tam wynajmujemy muły. Ruszamy bardzo spokojnie do góry. Pierwszy odcinek drogi jest dość stromy ale szybko docieramy do przepięknej doliny Santa Cruz. Dalej wzdłuż rzeki idziemy po w miarę płaskim terenie aż docieramy do pierwszego obozu Llamacoral na wysokości 3700 mnpm. Jest słonecznie choć chłodno. Szybko rozbijamy namioty, gotujemy jedzenie i cieszymy się ciszą i pustką bo to rzadkie szczęście pod Alpamayo. Oprócz naszej ekipy nie ma na razie nikogo, przynajmniej tu w Llamacoral. Kolejnego dnia budzimy się leniwie. Do bazy zaledwie 4 godziny drogi więc nie ma powodu aby się spieszyć. Śniadanie, kawa i …..drugie śniadanie w czasie kiedy suszymy namioty i śpiwory. Zwykle rano jest słońce więc wykorzystujemy najmniejszy jego promyk aby się ogrzać i wysuszyć. Wreszcie ruszamy i w 3 godziny docieramy do bazy. Tam jest już spory tłok. Kilka teamów aklimatyzuje się w bazie od kilku dni a my w towarzyskiej atmosferze znajdujemy chwile na to aby uciec od zgiełku i nacieszyć oczy przepięknym widokiem Artesonraju. Jest tak piękny, że z pewnością gdyby nie sąsiedztwo Alpamayo mógłby ubiegać się o miano najpiękniejszej góry świata. Kolejnego dnia w planach mamy dotarcie do Campo Alto na lodowcu u stóp Alpamayo na wysokości 5500 mnpm ale po drodze dopada mnie tak koszmarny ból głowy ze decydujemy się na to aby przenocować nieco niżej w Campo Morena na wysokości około 4900 mnpm. Ból głowy nie puszcza mimo ibupromu a noc jest już bardzo zimna. Rano na morenie jest zbyt zimno aby utrzymać to leniwe dotychczas tempo. Szybkie śniadanie, pakowanie i w drogę. Lodowiec jest zaledwie 10 minut od obozu. Wreszcie trochę lżej bo zakładamy na siebie sprzęt zamiast nosić go w plecakach.
Szybko i bez większych utrudnień docieramy do przełęczy. Po drodze mijamy kilka małych szczelin i docieramy do nachylonej o 55 stopni ścianki pod przełęczą. Sporo śniegu, trochę potu i jesteśmy na przełęczy. Wreszcie naszym oczom ukazuje się północno-zachodnia ściana Alpamayo. Jest piękna!!!!! Lokalni Indianie w języku Quechua mówią o tej górze Kraina Rzek, bo koronkowe, lodowe „rynny” w ścianie Alpamayo przypominają rzeczne koryta.
Rozbijamy namioty tak szybko jak to możliwe bo nad nami zbierają się coraz cięższe chmury. Zaczyna wiać coraz silniejszy wiatr ale pamiętam, że w czerwcu pogoda jest bardzo zmienna więc nie martwię się zbytnio tymi warunkami. Kiedy tylko słońce chowa się za chmurami robi się tak zimno, że natychmiast chowam się w swoim śpiworze. Rozgrzewam się gorąca herbatą i nie mogę się doczekać 1 rano aby wreszcie wyruszyć na szczyt. Nie mogę zasnąć. Nie wiem czy z powodu niecierpliwości czy z niepokoju który budzi silny wiatr, coraz mocniej szarpiący nasz namiot. Wreszcie budzik oznajmia że jest godzina 24 ale wtedy przychodzi Jose. W jego oczach widzę niepewność i zanim Jose zdążył cokolwiek powiedzieć wychylam się z namiotu. Mleko! Gęsta mgła która sprawia, że nie widać nawet sąsiednich namiotów. Do tego lodowaty, silny wiatr. Ustalamy że spotykamy się za godzinę ponownie i wtedy podejmiemy ostateczną decyzję co do tego czy ruszamy w górę czy rezygnujemy. Ta godzina mija szybciej niż mogłabym się spodziewać. Zanim Jose otwiera namiot wiem już, że pogoda się nieco poprawiła. Nadal jest mgła i sypie śnieg, ale na szczęście widać już sąsiednie namioty.
Zapada decyzja, ze przynajmniej podejmiemy próbę wejścia na szczyt. Jak warunki nadal będą tak fatalne wrócimy. Światełka w innych namiotach sugerują, że nie jesteśmy osamotnieni w tej decyzji. Ruszamy około 3 rano. Nie jesteśmy sami. Oprócz nas wspina się jeszcze grupa 12 Tyrolczyków. Dopóki w ścianie jest śnieg jest znośnie. Ale ten kończy się szybko i wraz z rosnącym nachyleniem śnieg zamienia się w lód. Jak kilka razy dostaję bryłą lodu w kask zaczynam mieć obawy za każdym razem kiedy chce podnieść głowę do góry. Lód sypie się na głowę, kilka razy dostaje w rękę ale kiedy trafia mnie na tyle spory kawał lodu, że wypadam ze stanowiska żałuję, że nie jesteśmy w ścianie pierwsi. I tak 400 metrów. Wreszcie docieramy pod sam szczyt. Tam robi się korek. Na szczycie zmieszczą się 3-4 osoby a nas jest znacznie więcej w tym „ścianowym korku”. Marznę w oczekiwaniu na wolne miejsce. Wreszcie możemy wejść i wreszcie na szczycie pojawia się słońce. Mamy zaledwie kilka chwil. Kilka zdjęć, łyk herbaty i zjeżdżamy na dół. Jeden wyciąg, drugi…piaty….. Wreszcie docieramy do szczeliny u podnóża góry i dalej już łatwo dochodzimy do obozu. Tam znowu kilka łyków herbaty i pakujemy się. Udało się!!!!!! 10 czerwca 2009 stanęliśmy na szczycie najpiękniejszej góry świata!!!! Alpamayo zdobyte!!! Wracamy!!!
|